Tag Archives: Tajlandia

We speak English! – część 2.

9 Gru

DSCN9867

laos-48

laos-43

ch-11

P1020930

cambodia_a_-47

We speak English! – część 1.

4 Kwi

Już ani bez domu, ani w drodze, ale przypomniało nam się coś, co planowaliśmy umieścić na blogu już od bardzo dawna. Dla tych, co w Azji już byli, małe zabawne przypomnienie. Dla tych, co jeszcze nie mieli okazji, mała lingwistyczna uczta. Smacznego! [-a.]

Plaża

2 Czer

Muszę przyznać, ża mam trochę wyrzuty sumienia, że nie zagłębiliśmy się tak w rzeczywistość Tajlandii, jak innych zwiedzanych przez nas krajów. Zastanawiam się, czemu tak się stało. Może dlatego, że Tajlandię „robiliśmy” tak na raty, po trochu, jak byliśmy przejazdem do innych krajów. A może dlatego, że Tajlandia trochę sama się prosi o takie instrumentalne traktowanie.

To piękny kraj. Mający do zaoferowania tak wiele. Hipnotyzująca kolorami, widokami i atmosferą górzysta północ. Zupełnie nieturystyczne dżungle Issanu na północnym wschodzie kraju. Przyprawiający o zawrót głowy nowoczesny Bangkok. Przepiękne plaże wysp południa. I ludzie. Otwarci, pomocni, uśmiechnięci, ale rzadko nachalni. Dumni. Kochający swojego, ostatnio bardzo chorego, króla całym sercem. Tajlandia to kraj kontrastów, nierówności, niesamowitego rozwoju i ciągle istniejącej biedy. Biedni są tak biedni jak w innych krajach azjatyckich, a jednocześnie wszędzie są centra handlowe, kawa na wynos i całodobowe 7/11.

Nie zaznaliśmy jeszcze tajskiego życia plażowego, więc przyszedł czas i na to. Tę część zostawiliśmy na koniec Azji Południowo-Wschodniej. Chcieliśmy odpocząć, podopinać bloga, posnorklować, mentalnie przygotować się na Indie. Najpierw pojechaliśmy do Krabi, a stamtąd na plażę Hat Ton Sai po stronie andamańskiej, a później na drugą stronę, na wyspę Ko Pha Ngan. I rzeczywiście, tu jest naprawdę pięknie. To wszystko prawda, co piszą w folderach, przewodnikach, magazynach. Widzieliśmy stosunkowo niewiele, ale to wystarczy, żeby wyrobić sobie pogląd na temat wysp w Zatoce Tajskiej. Ko Pha Ngan, mimo mnogości resortów, hoteli, pensjonatów i oczywiście 7/11, jest po prostu przepiękną wyspą z przeróżnymi plażami, turkusową wodą, lasami palmowymi i bardzo stromymi drogami na całkiem nieźle zarysowanych górach. Znaleźliśmy resort na uboczu, w którym przez większość czasu byliśmy całkiem sami, a z racji tego, że jest poza sezonem, za cenę budżetowego hotelu trafił nam się superresort z basenem, piękną prywatną plażą i mnóstwem hamaków. I tak właśnie spędziliśmy cały błogi tydzień. Czytając na hamaku, pływając w basenie, trochę snorklując, jeżdżąc na motorze po wyspie i gadając z Daeng.

Daeng jest nieformalną zarządzającą resortem. Ma trzydzieści lat i jest przeuroczym ladyboy’em, pięknym człowiekiem o niefortunnej urodzie, ale sercu ze złota. Codziennie spędzaliśmy razem całe godziny rozmawiając o domu, świecie, turystach i Tajlandii. Daeng jest bardzo rozrywkową osobą, uwielbia imprezy i poznawanie nowych ludzi. Interesuje się wszystkim po trochu. Pochodzi z Issanu, z wioski na północnym wschodzie, gdzie białej twarzy nie uświadczysz i przez to Tajowie są tam prawdziwsi, bardziej szczerzy, niezmienieni. Daeng mówi świetnie po angielsku, siedem lat pracy w resorcie dla zachodnich turystów, tłumaczy z uśmiechem. Jednak najbardziej kocha swoje życie w tych miesiącach, kiedy nie musi pracować i wraca do domu, do rodziny. Tam mnie naprawdę kochają i nikt nic nie musi udawać. Uwielbialiśmy te rozmowy. Daeng ma bardzo wnikliwy umysł i niektóre jej przemyślenia  pozostaną z nami na zawsze. Jak opowiadała o  turystach, to nie mogla ukryć pobłażliwego uśmiechu. Przyjeżdża tu tylu ludzi i wielu z nich narzeka, że Tajlandia się bardzo zmieniła, że wszystko jest takie cywilizowane, ugrzecznione, coraz mniej tajskie. A ja ich wtedy prowadzę za rękę do lustra i mówię: Wiesz, kto zmienił Tajlandię? Ty! I inni tacy jak ty. Wszyscy ci, którzy przyjeżdżali do kiedyś dziewiczej Tajlandii i narzekali, że w domku nie ma gorącej wody, że plaża zbyt kamienista, żeby pływać, że nie można zjeść frytek.  To właśnie dla ciebie my, Tajowie, budujemy coraz ładniejsze, coraz bardzie zachodnie, bungalowy, z gorącą wodą, klimatyzacją, telewizorem. To dla Ciebie budujemy baseny prawie na plaży. Dla Ciebie uczymy się jak usmażyć hamburgera. A potem ty wracasz i mówisz nam, że Tajlandia się bardzo zmieniła. Masz rację. I to nasza wina. My, głupi Tajowie sami daliśmy się wciągnąć w tę grę. W tę gonitwę zaspokajania zachodnich potrzeb.  Za dolary i euro.

I coś w tym jest. Może dlatego Tajlandia nie złapała nas za serca. Mimo że nam się bardzo podobała. Mimo zagmatwanej polityki, pięknych krajobrazów, ogólnej różnorodności. Tajlandia po prostu zgadza się, żeby ją tak traktować.  I ja jej za to wcale nie winię. [-a.]

I ♥ Bangkok

26 Maj


Surrealizm w Nong Khai

30 Kwi

W Wientianie, stolicy Laosu, jakoś się nie zakochaliśmy i raczej szybko przekroczyliśmy granicę z Tajlandią. Zatrzymaliśmy się  na dwa dni w przyjemnym miasteczku Nong Khai, gdzie czekając na pociąg do Bangkoku, natrafiliśmy w internecie na informację o niedalekim parku rzeźb.  Sala Kaew Ku to dzieło wygnanego z Laosu (gdzie wcześniej zbudował coś podobnego) artysty Luang Pu. Nie spodziewaliśmy się niczego specjalnego, ale surrealistyczne podejście do buddyjskiej symboliki całkiem nam się spodobało. [-k.]


Herbaciany luz

22 Mar

O północnej Tajlandii słyszeliśmy tyle dobrego, że postanowilismy sprawdzić, o co w tym wszystkim chodzi. Mówiono nam, że ta część królestwa jest zupełnie inna od jego reszty i że jej główną zaletą jest to, że w sumie to z Tajlandią ma niewiele wspólnego. Pojechaliśmy więc najpierw do malutkiego Tha Ton, które słynie tylko z tego, że można stamtąd wziąć łódkę do samego Chiang Rai. Nie spodziewaliśmy się niczego wyjątkowego i czekała nas bardzo miła niespodzianka. Tha Ton jest ślicznym miasteczkiem położonym w górach w zakolu rzeki Mae Nam Kok. Nie brakuje tu ani guesthousów, ani restauracji, ale my akurat trafiliśmy na sezon ogórkowy i dzięki temu mogliśmy naprawdę nacieszyć się tym uroczym miejscem. Znaleźliśmy przytulny bungalow, z którego w ogóle nie chciało nam się ruszać. Chodziliśmy na spacery po okolicy i nie mogliśmy się nią nacieszyć. Odwiedziliśmy Wat Tha Ton położony na zboczu góry. Wspięliśmy się na jej wszystkie dziewięć poziomów, na każdym odkrywając coś nowego: świątynie, posągi, skromne mini domki mnichów szukających odosobnienia, no i przede wszystkim niesamowite widoki na górzyste doliny aż po Birmę. Wieczorem wałęsaliśmy się razem z okolicznymi psami po wyludniowych ulicach i chłonęliśmy atmosferę miejsca. Gdyby czas nas nie gonił zostalibyśmy tam dużo dłużej. Ciężko się wyjeżdżało.

Szybko zapomnieliśmy o smutku, gdy zobaczyliśmy jak niesamowita jest trasa do naszego następnego przystanku, Mae Salong.  Dwugodzinna droga w zatłoczonym lokalnymi wieśniaczkami sorng taa ou (pikapie przerobionym na niby-autobus) prowadziła przez przepiękne góry i co zakręt widoki zapierały nam dech w piersiach. Mae Salong to miasteczko zamieszkałe w większości przez Chińczyków, głównie rodziny i potomków zbiegłych tu oddziałów chińskiego ruchu nacjonalistycznego, którzy po rewolucji chińskiej w 1949 najpierw uciekli do Birmy, by w końcu osiedlić się w górach Tajlandii. Miejscowość stawia na turystykę oraz uprawę herbaty, kawy, kukurydzy oraz drzew owocowych, po tym jak rząd ostatecznie ukrócił kwitnący tu kiedyś proceder uprawy i handlu opium.

Pierwszy dzień poświęciliśmy głównie na robienie zaległego prania, planowanie dalszych przystanków i ogólne lenistwo. Za to na drugi dzień wstaliśmy bardzo wcześnie i w pośpiechu udaliśmy się na pobliski rynek. Ściągają na niego kobiety z plemienia Akha, żyjące w górach i nadal ubierające się w swoje piękne tradycyjne stroje. Zafascynowani przemykaliśmy między nimi próbując bez wprawiania ich (i siebie) w zakłopotanie zrobić jakieś zdjęcie. Zjedliśmy typowe dla tych okolic śniadanie składające się ze smażonych w głębokim tłuszczu drożdżowych bułek i szklanki gorącego mleka sojowego. Posileni, wynajęliśmy motor i przez cały dzień jeździliśmy po górach i okolicznych wioskach. Było stromo, a nasz motor miał taką moc  (a raczej niemoc), że kilka razy musiałam zsiadac, żebyśmy w ogóle gdzieś dojechali. Warto było. Góry w tym rejonie pokrywa niesamowicie wyglądający patchwork różnych upraw i nielicznych zabudowań. W drodze powrotnej nie mogliśmy się oprzeć pokusie, żeby w tę kompozycję nie wejść i w niej nie posiedzieć. Przez dwie godziny byliśmy maleńką (i raczej nie pasującą) cząstką tego krajobrazu i nawet nie potrzebowaliśmy gadać, żeby się tym cieszyć. Siedzieliśmy sobie między krzakami herbaty i patrząc przed siebie głupawo się uśmiechaliśmy. [-a.]

Ulicami Chiang Mai

18 Mar