Archive | Lipiec, 2011

Nareszcie chłód

16 Lip

Po upalnym Jaipurze jedyne o czym szczerze marzyliśmy to chłód. Nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, ale naprawdę zatęskniłam za zimnem. Za potrzebą opatulenia się szalikiem, za ubieraniem się na cebulkę, za zakrytymi butami i dotykiem skarpetek na stopach. Dziwne, co? Od upałów po prostu żyć się odechciewa. Przynajmniej mi. Po miesiącach pod znakiem nieustannego pocenia się, gdy w końcu wysiedliśmy w McLeod Ganj, koło Dharamsali, nie mogliśmy nacieszyć się oddychaniem. Świeże, pachnące lasem powietrze w płucach było czystą rozkoszą. I w końcu długi rękaw. Na kilka dni z radością odłożyłam na dno plecaka jedyną bluzkę, w której potrafiłam funkcjonować przy czterdziestu stopniach.  Żegnaj, przeklęta.

McLeod Ganj jest pięknie usytuowane i ma wielkie znaczenie dla Tybetańczyków i dla tych, którzy wspierają ich sprawę. Jest tu jednak tylu turystów, głównie tych poszukujących sensu życia i tybetańskich souvenirów, że ciężko się cieszyć pięknem lokalizacji. Całe cztery ulice miasteczka są tak zatłoczone, że aż trudno uwierzyć, że jest się na jakiejś górze w Himalajach.

Z Dharamsali uciekliśmy do Manali. Samo Manali jest miejscem zupełnie niesympatycznym, pełnym hinduskich turystów, którzy przechadzają się w tę i nazad po tej samej rozkopanej ulicy usłanej dziesiątkami sklepików z przeróżnym badziewiem. My mieszkaliśmy w pobliskim Vashisht. Vashisht to małe miasteczko położone na wschodzie rzeki Bjas. Jest zagłębiem backpackerów, bo jest bardzo tanio (pokoje z łazienką i niesamowitym widokiem na Himalaje kosztują jakieś sześć dolarów), wprost przepięknie (ze wszystkich stron otaczały nas widoki jak z pocztówek), wygodnie (niemieckie piekarnie, espresso, izraelskie śniadania, księgarnie, szkoły jogi i medytacji i wszystko, czego dusza światowego łazęgi zapragnie)  i do tego klimatycznie (mimo całej infrastruktury przygotowanej dla zachodniego turysty i mimo zatrważającej liczby tych ostatnich, Vashisht dalej jest małym miasteczkiem, w którym ludzie noszą swoje tradycyjne stroje, zbierają zioła w lesie, hodują krowy i wyprawiają tradycyjne trzydniowe wesela, na które zapraszana jest cała wioska). Nasze plany udania się na północ zostały całkowicie pokrzyżowane (następnym razem…), więc rozgościliśmy się w Vashisht. Cały tydzień cieszyliśmy się drobnostkami, o których nigdy wcześniej nawet nie myśleliśmy. Przeobfitymi śniadaniami za półtora dolara. Wizytami w kafejce internetowej, której właściciel ze stoickim spokojem przełączał się na zasilanie awaryjne, gdy na dachu obok z okropnym trzaskiem płonął kabel do tej pory dostarczający prąd. Weselem, które trwało bez końca i na które wszyscy byli zaproszeni. Spacerowaliśmy po okolicznych lasach, dawaliśmy się naciągać w ściemnionych sklepikach z niby starą biżuterią . No i obserwowaliśmy innych podróżników. To ostatnie było rzeczywiście interesującym doświadczeniem. Indie przyciągają specyficzny typ turysty zachodniego. Zupełnie innego niż Azja Południowo-Wschodnia. Tu typowy obieżyświat ma albo długie, albo przedziwnie  wystrzyżone włosy, nosi zwiewne szaty w pastelowych kolorach, brzydzi się wynalazkiem obuwia i spotkanych na swej drodze innych białych pozdrawia uduchowionym Namaste. Miasteczko leży na zboczu góry i z hoteli usytuowanych wyżej (jak nasz) widać dachy domów położonych poniżej. A widok to fascynujący, bo turyści w Vashisht stawiają na kontakt z naturą i prężą się na dachach swych hoteli w imponujących pozycjach jogi najwidoczniej składanych w ofierze Himalajom, zawzięcie ćwiczą tańce z ogniem przy dźwiękach psychodelicznej muzyki z małych przenośnych głośniczków, albo po prostu siedzą w kręgach wtajemniczonych i zawzięcie palą słynny charas z Manali, czyli lokalny haszysz. Co poniektórzy posiłkują się mocniejszymi specyfikami i potem biegają w kółko po dachu ze wzrokiem utkwionym w niebie, rękami odganiając jakieś, podejrzewam, straszliwe nietoperze (This is bat country!!).

Vashisht jest fajne. Nasi sąsiedzi, Anglik ze świeżo poznaną Francuzką, przez tydzień nie opuścili swojego pokoju/balkonu. Zamawiali jedzenie z restauracji na dachu, czytali sobie Małego Księcia i cały dzień gapili się na góry i palili. Odwiedzały ich okoliczne psy (drugie piętro, a psiaki w jakiś przedziwny sposób odnajdowały ich i ich łóżko, w którym zazwyczaj zupełnie wyluzowani gospodarze pozwalali im spać). Przemili sąsiedzi codziennie pytali nas, czy udało nam się już dojść do wodospadu (to w sumie jedyna atrakcja w tej okolicy). W przeddzień naszego wyjazdu bardzo zadowoleni z siebie pochwalili się, że już nawet widzieli drogowskaz na ten wodospad. Takie właśnie jest Vashisht. Tu nic nie trzeba. [-a.]

WIĘCEJ ZDJĘĆ – TUTAJ

TIMELAPSE (WIDEO)

45 stopni w Jaipurze

9 Lip


WIĘCEJ ZDJĘĆ – TUTAJ

O tych, co jeździli (indyjską) koleją

3 Lip

Dotychczas, z uwagi na ogólne przemęczenie i wspomniany już wcześniej upał po prostu nie do wytrzymania, planując podróż pociągami kupowaliśmy bilety w klasie 3AC. 3-tier AC to wagony klimatyzowane z trzema piętrami łóżek (z pościelą!), więc mimo że są nad nimi jeszcze dwie lepsze klasy, 3AC uważane jest już za wagon prawie luksusowy. Jadąc właśnie 3AC z Kalkuty do Varanasi (16 godzin) i z Varanasi do Mumbaju (25 godzin) nie do końca docenialiśmy komfort tej klasy. Jak to świeżo przybyli, oburzaliśmy się u pana w agencji, że ma on trudności w zakupie biletów, że cena niebezpiecznie się podnosi wraz z każdą naszą kolejną u niego wizytą, że co to znaczy waiting list, a już tym bardziej, o co w ogóle chodzi z biletami tatkal i tourist quota. Nasza irytacja wynikała tylko i wyłącznie z ignorancji. System kolejowy w Indiach jest bardzo … hmmm… specyficzny i obcokrajowcom potrzeba trochę czasu, żeby się do niego przyzwyczaić, a przede wszystkim  żeby się z nim pogodzić.

Klas jest osiem, ale prawie żaden pociąg nie ma wagonów wszystkich tych klas. Bilety na bardziej popularne trasy, zwłaszcza w sezonie (wakacyjnym, pielgrzymkowym lub/i egzaminacyjnym) są wyprzedane jakieś dwa/trzy miesiące wcześniej, więc opcja pójścia na dworzec i po prostu zakupienia biletu kilka dni przed podróżą (co było naszą strategią do tej pory) zupełnie odpada. Pozostają więc agencje pośredniczące, które zawsze znajdą jakieś cudowne rozwiązanie, oczywiście za odpowiednią opłatą. Gdy po dwóch tygodniach w Kalkucie chcieliśmy się z niej w końcu wydostać, okazało się, że nie mamy wyjścia i zwróciliśmy się o pomoc do takiej właśnie instytucji. Biletów nie ma – powiedział nam pan – przynajmniej na dzień dzisiejszy. Co to znaczy na dzień dzisiejszy, a na jutrzejszy coś się może zmienić? – pytamy. Tak, oczywiście, możemy kupić bilety, których na razie właściwie nie ma i umieścić się w ten sposób na liście oczekujących (waiting list). W dzień (potencjalnej) podróży być może okaże się, że te bilety rzeczywiście mamy. Albo że ich jednak nie mamy i wtedy zostaną nam zwrócone pieniądze. W normalnej sytuacji, naszą szansą byłaby  również pula dla obcokrajowców (tourist quota), ale ponieważ nasze plany niefortunnie nałożyły się na plany milionów innych podróżujących, pula ta została już wyczerpana. Masz ci los, myślimy. Co my teraz zrobimy? A uczynny pan, widząc nasze załamane miny, mówi, że jeszcze nie wszystko stracone. Że jak zapłacimy trochę (taaa…) więcej, to on wtedy może zapłacić temu, komu trzeba i bilety w cudowny sposób się znajdą. Bo są jeszcze bilety typu tatkal czyli bilety awaryjne dostępne od razu. Są drogie, ale i pewne. Na tym etapie jesteśmy już mocno poddenerwowani, żeby nie użyć żadnego bardziej dosadnego słowa. Facet ewidentnie nas naciąga, a my nie możemy nic na to poradzić. W innych agencjach ta sama historia, najwyraźniej wybraliśmy najgorszy możliwy czas do podróżowania po Indiach. Radzi, nieradzi, płacimy fortunę i wychodzimy z dusznej kanciapy z biletami w ręku, ale w nienajlepszych humorach. W Varanasi historia się powtarza, ale pracujący tu pan jest bardziej rozmowny i nieco rozjaśnia nam w głowach, jeśli chodzi o system zakupu biletów kolejowych w tym pięknym kraju. Okazuje się, że w tych gorących okresach, kiedy wydaje się, że cały świat natychmiast musi się przemieścić z popularnego miejsca A do równie popularnego miejsca B, pracownicy kolei zacierają ręce z zadowolenia. To ich czas. Mimo że ich rządowe pensje są dużo wyższe od poborów przeciętnego obywatela Indii, dodatkowo zarabiają na rozchwytywanych biletach biorąc za nie po prostu w łapę. Czyli że nie dość, że jest million klas, pełno rodzajów biletów wypuszczanych w różnym czasie, to jeszcze dochodzi kwestia łapówek dla nieuczciwych pracowników kolei. Przynajmniej ten ostatni problem miała rozwiązać możliwość rezerwowania biletów przez internet, ale jak widać nie do końca tak się stało. Hindusi jednak w tym całym systemie zupełnie naturalnie się odnajdują. My niestety trochę mniej.

W Delhi idziemy na dworzec sami i oczywiście biletów nie ma. Ani tych dla turystów, ani dla Hindusów. Przynajmniej nie w klasie klimatyzowanej (przypominam o temperaturze ponad czterdziestu stopni zarówno w Dehli, jak i w docelowym Jaipurze). Ewentualnie możemy kupić miejsca na znanej nam już liście oczekujących. Jesteśmy ograniczeni czasem, więc nie możemy sobie pozwolić na niepewność. Kupujemy bilety w wagonie niższej klasy, bez klimy. Na dwudziestoczterogodzinną podróż przy wiatrakach. W końcu młodzi jesteśmy, jak Hindusi dają radę, to i my damy.

Wsiadamy do pociągu wieczorem i nie jest tak źle. Tzn. już robi się niepokojąco tłoczno, ale o dziwo temperatura nie jest taka straszna. W przedsionku obok ubikacji ludzie poukładali się już na sobie pokotem, gotowi do jazdy. Doświadczenie nie takie obce, bo przecież na różnych podłogach się już spało w naszych pospiesznych, ale tu ludzi jest troszkę więcej. Skrupulatnie zajmujemy swoje miejsca i czekamy odjazdu pociągu. Z każdą chwilą pociąg coraz bardziej się zapełnia. Siedzeń już dawno zabrakło, na naszych leżankach na górze już usadowili się jacyś ludzie. Przez wagon nie da się przejść, bo korytarze zupełnie zakorkowane. Wszędzie wiszą, leżą, siedzą (lub coś pomiędzy) jakieś nogi, ręce, menażki, baniaki z wodą i różne inne rzeczy, których nawet nie umiem zidentyfikować. Każdy ma mieć przecież swoją rezerwację, więc jak to jest możliwe, że na dolnych trzech siedzeniach siedzi i w najlepsze rozprawia sześciu facetów? Odjeżdżamy i liczymy na to, że pociąg szybko się rozpędzi i wpadająca przez okna bryza trochę orzeźwi już formujący się zapaszek i powoli szykujący się gorąc. Niestety tak się nie dzieje. Pociąg rzadko kiedy rozwija prędkość wyższą niż 20km/h i w rezultacie w mgnieniu oka w środku robi się naprawdę gorąco. Tłok jest już taki, że o wizycie w toalecie mogę sobie najwyżej pomarzyć. Na wielu z leżanek kładzie się nawet do czterech pasażerów (też pomyślałabym, że to fizycznie niemożliwe, o ile bym tego na własne oczy nie widziała). Podłogi są po prostu usłane ciałami reprezentantów różnych grup demograficznych. Do tego co chwilę ludzie się zamieniają się miejscami. Ruch w interesie taki, że w ogóle nie wiadomo, o co chodzi. Tzn. nam nie wiadomo, bo pozostali są najwyraźniej w swoim żywiole. Zapada zmrok, a leżący, siedzący i stojący zaczynają formować jakieś grupy , a potem nawet podgrupy i rozmowom i żartom nie ma końca. Co trzeci facet sobie w najlepsze pali, a popiół strzepuje do pustych kubeczków po własnie wypitym chai (bo nawet takie warunki nie powstrzymują od interesów obnośnego sprzedawcę tutejszej herbaty z mlekiem i przyprawami). Wszyscy są niby dla nas mili, ale mało kto mówi po angielsku i już powoli nie mamy gdzie siedzieć. Na naszych łóżkach u góry ktoś rozłożył już gazetę i zabrał się do posiłku. Trzy osoby na moim wyrku i trzy na Kuby. Czekamy aż zjedzą, a potem na migi komunikujemy im, że chcemy przenieść się już na nasze posłania. Mamy nadzieję na więcej przestrzeni i bliskość jednak trochę wiejących wiatraków. Mamy miejsca na samej górze, więc powinno być dobrze. Tylko czemu tylu ich siedzi na pojedyńczym miejscu? Próbujemy dogadać się z siedzącym naprzeciwko nas panem w typowej muzułmańskiej czapeczce.  Pytamy, czemu pociąg taki przeładowany, a on na to, że to dzień niezwykle ważnego w islamie święta i cały pociąg jedzie na jego obchody do Ajmeru (o zgrozo, tylko dwie godziny przed Jaipurem, gdzie my wysiadamy!). Że jutro pociągi do Jaipuru będą dosłownie puste. Suuper. My to mamy szczęście. A potem jak gdyby nic pan nas pyta, ile mamy miejscówek. Nie wiedząc o co dokładnie mu chodzi, patrzymy na siebie i mówimy, no, że dwie, a ile. A on ile ma?(jechał ze swoim ojcem). A on, że jedną. Tak po prostu. I wtedy doznajemy olśnienia. No tak. To wszystko tłumaczy. Dlaczego tak dużo ludzi jest w tym wagonie. Dlaczego siedzą po kilka osób na jednym siedzeniu/posłaniu. Dlaczego tylu ich stoi, albo leży i dlaczego ciagle kto inny siedzi na tym samym miejscu. W kraju tak przeludnionym i tak biednym (poniżej granicy ubóstwa żyje jakaś jedna czwarta indyjskiego społeczeństwa), niewielu stać na kupienie miejscówek dla całej rodziny. Kupują miejsca na wagon siedzący, bez rezerwacji miejsc, plus jedno miejsce z rezerwacją w wagonie sleeper. Wagon bez rezerwacji, jak można się spodziewać, jest naprawdę przeładowany, więc cała rodzina i tak ląduje w wagonie z rezerwacją. Mimo że na całą rodzinę mają tylko jedną miejscówkę. Przesiadają się, wiercą, całe zastępy ruchliwych jak mrówki dzieci zanoszą się płaczem. Sytuacja powoli zaczyna nas przerastać. Prawie po ludzkich głowach chodzą sprzedawcy chai’u, samos, biryani, orzeszków, lodów, wody i napojów chłodzących. Co stację do wagonu wsiadają wędrowni muzykanci i niczym niezrażeni odśpiewywują swoje piękne pieśni ku chwale Allaha w rytm jedynych dozwolonych w ich muzyce bębenków. Nad naszymi głowami co kilka minut słyszymy kroki tych, dla których po prostu fizycznie nie ma już miejsca w wagonie, więc tę podróż odbywają na jego dachu (a czytaliśmy, że taki widok to już zamierzchłe czasy). Wieczorem, już na naszych posłaniach pod sufitem, próbujemy się jakoś ułożyć, ale co chwilę ktoś kładzie się na naszych nogach. W sleeperze nie ma pościeli, ale jest już tak gorąco, że w ogóle nam jej nie brakuje. Jestem już zmęczona i to niestety odbija się na mojej zdolności empatii. Ja rozumiem przeludnienie itd., ale ja akurat kupiłam całą miejscówkę tylko dla siebie i jako absolutna egoistka z Zachodu, nie mam zamiaru z nikim się nią dzielić. I tak już ją dzielę z własnym plecakiem, bo nigdzie nie było na niego miejsca. Leżę skulona, ale jak tylko na dosłownie sekundę przesunę nogę w którąś stronę, od razu na moim łóżku pod sufitem pojawia się jakaś postać. Czasem nawet dwie, albo trzy (przysięgam!). Robi się późno, a nikt ani nie gasi światła, ani się nie ucisza. Nic z tych rzeczy. Całą noc ta masa ludzka w jakiś przedziwny sposób się przemieszcza i najwyraźniej każdy ma jakąś interesującą historię do opowiedzenia. Z początku jesteśmy całą sytuacją trochę rozbawieni. Tłok, ożywione rozmowy, posiłki w powietrzu, żarty. Wraz z nastaniem zmroku, moja cierpliwość powoli się wyczerpuje, a już zupełnie znika, gdy nagle, dosłownie na moje leżące ciało, ktoś kładzie coś mniej więcej mojego rozmiaru. Nie wiem co to, jakiś garnek, bęben, nie wiem, ale rzecz zostaje ze mnie potulnie zabrana po stanowczej reakcji Kuby. Chłopak jest zdziwiony, ale wraca w tłum. Biedny, mimo wszystko myślę, co on z tym bębnem czy cholera wie czym w tym tłumie zrobi? W końcu jakimś cudem zasypiamy (żartom, papierosom i opowieściom nie ma końca). Jak się budzę w moich nogach oczywiście już ktoś siedzi. Młoda dziewczyna, wygląda jakby już się u mnie zadomowiła. Już i tak się obudziłam, więc tym razem postanawiam być dobroduszna (może pod wpływem wyrzutów sumienia wobec chłopca z bębno-garem).  Pociąg, nagrzany i temperaturą na zewnątrz (nieuchronnie zbliżaliśmy się do pustynnego Radżastanu) i ilością rozgrzanych ciał w środku, sprawia wrażenie rozgrzanej do czerwoności puszki. Ściany i siedzenia po prostu parzą. Wszystko paruje. Słowo daję, zdychamy. Łapię się na arcymądrych, majakliwych rozważaniach typu: Czy można zemdleć na leżąco? Ciekawe, czy ktoś kiedyś umarł w pociągu z gorąca?

My nie umarliśmy. Mimo nieludzkiej wprost temperatury (jak się potem okazało, nasze ubrania, popakowane w plecakach w próżniowe worki, dosłownie się zagotowały), mimo niewyobrażalnego dla nas do tej pory tłoku, śmierdzącego dymu tanich papierosów, nieustannego hałasu, natarczywej uwagi współpasażerów,  odwodnienia z powodu tempa w jakim nasza lodowata woda zmieniała się w zupełnie niepitną zupę o smaku bliżej nieokreślonym. Mimo pięciogodzinnego opóźnienia tego horroru potocznie zwanego pociągiem, mojej przeklętej migreny, mimo ciuchów już od kilkunastu godzin dosłownie przyklejonych do naszych ciał. Taka sobie lekcja wytrzymałości, cierpliwości i przetrwania w kraju, który nijak nie potrafi sobie poradzić z faktem, że ma już 1,2 miliarda mieszkańców, a ich liczba wciąż nieubłaganie rośnie. [-a.]

Wideo (IPhone)

Przystanek Mumbaj

1 Lip

DUŻE ZDJĘCIA – TUTAJ

DUŻE ZDJĘCIA – TUTAJ