Herbaciany luz

22 Mar

O północnej Tajlandii słyszeliśmy tyle dobrego, że postanowilismy sprawdzić, o co w tym wszystkim chodzi. Mówiono nam, że ta część królestwa jest zupełnie inna od jego reszty i że jej główną zaletą jest to, że w sumie to z Tajlandią ma niewiele wspólnego. Pojechaliśmy więc najpierw do malutkiego Tha Ton, które słynie tylko z tego, że można stamtąd wziąć łódkę do samego Chiang Rai. Nie spodziewaliśmy się niczego wyjątkowego i czekała nas bardzo miła niespodzianka. Tha Ton jest ślicznym miasteczkiem położonym w górach w zakolu rzeki Mae Nam Kok. Nie brakuje tu ani guesthousów, ani restauracji, ale my akurat trafiliśmy na sezon ogórkowy i dzięki temu mogliśmy naprawdę nacieszyć się tym uroczym miejscem. Znaleźliśmy przytulny bungalow, z którego w ogóle nie chciało nam się ruszać. Chodziliśmy na spacery po okolicy i nie mogliśmy się nią nacieszyć. Odwiedziliśmy Wat Tha Ton położony na zboczu góry. Wspięliśmy się na jej wszystkie dziewięć poziomów, na każdym odkrywając coś nowego: świątynie, posągi, skromne mini domki mnichów szukających odosobnienia, no i przede wszystkim niesamowite widoki na górzyste doliny aż po Birmę. Wieczorem wałęsaliśmy się razem z okolicznymi psami po wyludniowych ulicach i chłonęliśmy atmosferę miejsca. Gdyby czas nas nie gonił zostalibyśmy tam dużo dłużej. Ciężko się wyjeżdżało.

Szybko zapomnieliśmy o smutku, gdy zobaczyliśmy jak niesamowita jest trasa do naszego następnego przystanku, Mae Salong.  Dwugodzinna droga w zatłoczonym lokalnymi wieśniaczkami sorng taa ou (pikapie przerobionym na niby-autobus) prowadziła przez przepiękne góry i co zakręt widoki zapierały nam dech w piersiach. Mae Salong to miasteczko zamieszkałe w większości przez Chińczyków, głównie rodziny i potomków zbiegłych tu oddziałów chińskiego ruchu nacjonalistycznego, którzy po rewolucji chińskiej w 1949 najpierw uciekli do Birmy, by w końcu osiedlić się w górach Tajlandii. Miejscowość stawia na turystykę oraz uprawę herbaty, kawy, kukurydzy oraz drzew owocowych, po tym jak rząd ostatecznie ukrócił kwitnący tu kiedyś proceder uprawy i handlu opium.

Pierwszy dzień poświęciliśmy głównie na robienie zaległego prania, planowanie dalszych przystanków i ogólne lenistwo. Za to na drugi dzień wstaliśmy bardzo wcześnie i w pośpiechu udaliśmy się na pobliski rynek. Ściągają na niego kobiety z plemienia Akha, żyjące w górach i nadal ubierające się w swoje piękne tradycyjne stroje. Zafascynowani przemykaliśmy między nimi próbując bez wprawiania ich (i siebie) w zakłopotanie zrobić jakieś zdjęcie. Zjedliśmy typowe dla tych okolic śniadanie składające się ze smażonych w głębokim tłuszczu drożdżowych bułek i szklanki gorącego mleka sojowego. Posileni, wynajęliśmy motor i przez cały dzień jeździliśmy po górach i okolicznych wioskach. Było stromo, a nasz motor miał taką moc  (a raczej niemoc), że kilka razy musiałam zsiadac, żebyśmy w ogóle gdzieś dojechali. Warto było. Góry w tym rejonie pokrywa niesamowicie wyglądający patchwork różnych upraw i nielicznych zabudowań. W drodze powrotnej nie mogliśmy się oprzeć pokusie, żeby w tę kompozycję nie wejść i w niej nie posiedzieć. Przez dwie godziny byliśmy maleńką (i raczej nie pasującą) cząstką tego krajobrazu i nawet nie potrzebowaliśmy gadać, żeby się tym cieszyć. Siedzieliśmy sobie między krzakami herbaty i patrząc przed siebie głupawo się uśmiechaliśmy. [-a.]

Advertisements

Jedna odpowiedź to “Herbaciany luz”

  1. REnata 26 marca 2011 @ 05:09 #

    sielanka!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: