Archiwum | Kambodża RSS feed for this section

We speak English! – część 2.

9 Gru

DSCN9867

laos-48

laos-43

ch-11

P1020930

cambodia_a_-47

Reklamy

Dzieci Angkoru

17 Mar

Turystów odwiedzających słynny kambodżański kompleks świątyń Angkoru czeka nieunikniona konfrontacja z bardzo natarczywymi sprzedawcami przeróżnych pamiątkowych bibelotów. Większość z nich to albo dzieci, albo młodzież od dziecka pracująca w ten sam sposób. Dzieci Angkoru są śliczne, nadzwyczajnie bystre, mówią w kilku językach i dokładnie wiedzą, jak ich użyć, żeby nawet najbardziej opornego klienta namówić do zakupu zupełnie mu niepotrzebnych przedmiotów. Są rozgadane, radosne i naprawdę ciężko im się oprzeć. Zasmucające jest to, że nawet najbardziej świadomy turysta nie uniknie moralnego dylematu. Czy kupując bransoletkę wspiera jakąś biedną rodzinę, czy może napędza mechanizm wyzysku dzieci, które w tym czasie powinny być w szkole?

Phan, 10 lat. Pracuje 4 dni w tygodniu, po szkole. Dzisiaj ma słaby dzień, bo jakoś nikt nie chce kupić od niej żadnych pocztówek. Od szefa dostaje jedną czwartą tego, co uda jej się zarobić.

Chan, 18 lat. Jest już profesjonalistką. Od wielu lat pracuje dla sklepiku cioci sprzedając chusty, koszulki i napoje. Do szkoły już nie chodzi, bo nie stać ją na dalszą edukację.

Piseth, 10 lat. Chodzi do szkoły od 7 do 11 rano, a potem 4 dni w tygodniu pracuje sprzedając bransoletki. Angielskiego nauczyła się w pracy, od turystów.

Lieu, 10 lat. Sprzedaje tradycyjne khmerskie grzechotki. Nie chce rozmawiać, ale bardzo chętnie pozuje do zdjęć.

Makara, 7 lat. Pracuje codziennie wraz ze starszą siostrą. Sprzedaje bransoletki.

C.L., 20 lat. Pod świątyniami sprzedaje książki o Angkorze, Kambodży, Czerwonych Khmerach. Przeczytała już wszystkie. Mówi świetnym angielskim, chociaż nigdy nie uczyła się go w szkole.

Keo, 16 lat. Sprzedaje bransoletki oraz malutki khmerski instrument, wydający całkiem interesujące dźwięki. Bez wahania rzuca nazwę polskiej stolicy i zadowolona z siebie dodaje, że w domu ma nawet 20 złotych, które jako pamiątkę ofiarował jej jakiś szczodry polski turysta.

Anina, 18 lat. od dziesięciu lat sprzedaje obrazy pod tą samą świątynią. Zna siedem języków i bez problemu przeskakuje z jednego na drugi. Wita mnie radosnym “Dzień dobry”, a na odchodne krzyczy: “Dziękuję bardzo!”

Anina, 18 lat. Jej chłopak leży obecnie w szpitalu dochodząc do siebie po drugim już w tym roku wypadku motocyklowym. Jest Szwedem, ma 31 lat i mieli się pobrać w zeszłym roku, ale niestety jego mama nie wyraziła zgody. Anina marzy o tym, żeby wyjechać do Szwecji sprzątać domy, bo tam się podobno bardzo dużo zarabia.

Tri, 12 lat. Od kilku lat sprzedaje pamiątki. Dziś jest bardzo zmęczony, bo rano był w dwóch szkołach, najpierw od 7-11 w kambodzańskiej, którą woli, a potem w angielskiej. Wszystko, co zarabia oddaje mamie. Pracuje, bo nie ma taty, a wydatków dużo. Szkoła w Kambodży jest płatna, a żeby móc stać pod świątynią trzeba co miesiąc opłacać policję.

Dith, 7 lat. Pomaga rodzicom w rodzinnej restauracji. Przynosi menu i próbuje sprzedawać drewniane flety. Jest bardzo nieśmiały.

Dith, 7 lat. Pomaga rodzicom w rodzinnej restauracji. Przynosi menu i próbuje sprzedawać drewniane flety. Jest bardzo nieśmiały.

Tao i Duyen zauważają potencjał w nowej wycieczce bogato wyglądających zachodnich turystów.

Tao, 6 lat. Sprzedaje pocztówki. Już jest bardzo przekonująca.

Duyen, 9 lat. Sprzedaje podniszczone wachlarze. Jest cała umorusana i bardzo zdeterminowana.

Pai, 10 lat. Z oddaniem sprzedaje trochę już wygniecione widokówki. Goni za klientami przez cały wielki parking, pamięta ich imiona nawet gdy wyjdą ze świątyni po kilku godzinach.

Thida, 6 lat. Sprzedaje magnesy na lodówkę z wizerunkiem Angkor Wat. Jest rozbrajająco malutka, ale całkiem nieustępliwa.

Thida, 6 lat. Sprzedaje magnesy na lodówkę z wizerunkiem Angkor Wat. Jest rozbrajająco malutka, ale całkiem nieustępliwa. [-a.]

Upalny tydzień w świątyniach Angkoru

3 Mar

Tak prawdę mówiąc, to w Siem Reap, które stanowi doskonałą bazę wypadową do zwiedzania świątyń spędziliśmy prawie dwa tygodnie. Rozleniwiło nas to miasto pełne wszelkich backpackerskich uciech, od naleśników z bananami począwszy, a na pedicure-masażu stóp wykonywanym przez małe rybki skończywszy.  Siem Reap tętni życiem. Życiem turystycznym. Nie sposób ogarnąć ilości sklepików i straganów z wszystkim, czego potencjalny podróżnik może sobie wymarzyć, liczby restauracji od ulicznych z przepysznym lokalnym i nie tylko jedzeniem aż po ekskluzywne knajpki w stylu conajmniej europejskim. To samo z hotelami i guesthousami, które oferują lokum już od dolara wzwyż. Życie nocne także prezentuje się całkiem nieskromnie, z czego raz nawet skorzystaliśmy (Były tańce na stołach i inne tego typu wybryki). Jest niedrogo, łatwo i przyjemnie i nie powiem, żeby nam to nie odpowiadało. Mniej więcej co drugi dzień albo wynajmowaliśmy tuk tuka, albo rowery i z przyjemnością (mniejszą lub większą, bo upał dawał się nam naprawdę we znaki) udawaliśmy się na zwiedzanie imponujących świątyń.

Świątynie Angkoru powstawały między IX a XV w. w czasach Imperium Khmerskiego. Jest ich podobno ponad tysiąc, niektóre w stanie totalnej ruiny, inne, jak Angkor Wat, doskonale zachowane. Budynki Angkoru to najdoskonalszy przykład klasycznej architektury khmerskiej. Położony wśród lasów i terenów rolniczych kompleks budynków był największym na świecie miastem sprzed rewolucji przemysłowej. Świątynie różnią się między sobą stylami, stanem zachowania, wielkością, położeniem, stopniem „zarośnięcia” dżunglą. Najbardziej zachwyciły nas Banteay Srei, Banteay Samre, Bayon i Angkor Wat (aczkolwiek delektowanie się tą ostatnią przychodzi z trudem z uwagi na ilość „współdelektujących” się).

Chciałabym umieć opisać te świątynie, ale wydaje mi się, że wszelkie słowa tu zawiodą. Pozostaje mi tylko polecić Wam zdjęcia Kuby. Wybaczcie. [-a.]

Sam Dollar z Battambang

28 Lu

Dollara poznał Kuba przed naszym hotelem, gdy ten próbował namówić go na wycieczkę motocyklową po okolicy. Zagadał go bardzo płynnym angielskim i od razu oczarował poczuciem humoru, dystansem do wielu spraw, dojrzałością osoby dużo starszej. Bez oporów opowiadał o swoim życiu, rodzinie, o tym, jak funkcjonuje jego własny kraj.

Dollar studiuje projektowanie mody i podchodzi do tego bardzo poważnie. Ubrania i dodatki kompletuje z pełną świadomością i swego rodzaju gustem. Ma tylko mamę, bo jego tata zmarł przed dwoma laty. Żeby tacie okazać szacunek i zapewnić dobry byt po śmierci, Dollar wstąpił na rok do buddyjskiego zakonu. Jego mama bardzo długo nie chciała mówić o swoich doświadczeniach z czasów Czerwonych Khmerów. Po wielu namowach, w końcu ze łzami w oczach opowiedziała mu o tym, jak w wyniku katorżniczej pracy, głodu i nieludzkich mordów, straciła troje dzieci (rodzeńtwo Dollara, którego nigdy nie poznał, bo urodził się dopiero w 1983), brata oraz siostrę.

Dollar z kolegami zabrali nas na całodniową wycieczkę po okolicach Battambang i był to naprawdę dzień pełen wrażeń. Jeździliśmy przez przepiękne wioski, przejechaliśmy się słynnym bamboo train (prowizorycznym ”pociągiem” skonstruowanym przez przedsiębiorczych wieśniaków w celu transportowania przeróżnych dóbr po torach nie funkcjonujących pociągów), w końcu spróbowałam suszonych na słońcu marynowanych w czosnku i chili muszelek, zjedliśmy smaczny obiad, po którym nastąpił cudowny odpoczynek na hamakach. Zwiedziliśmy interesujące świątynie, obserwowaliśmy, jak bohaterski Dollar ryzykując życiem ratuje małą małpkę, która nieopatrznie wpadła do olbrzymiego zbiornika z wodą, delektowaliśmy się przepięknym zachodem słońca na szczycie góry nie mogąc się jednocześnie nadziwić sprawności dokazujących nieopodal małych makaków, a na koniec wybałuszaliśmy oczy oglądając tysiące nietoperzy wylatujących z jaskini na żer zaraz po zmroku.

Nasi przewodnicy uświadomili nam, jak dużo mamy szczęścia, że urodziliśmy się akurat w Polsce, że możemy sobie podróżować i poznawać inne kraje. W Kambodży prawie nikt nie ma paszportu, bo ludzi zwyczajnie na taki luksus nie stać. Paszport na kraje azjatyckie kosztuje kilkaset dolarów, a na świat kilka tysięcy. A i pieniądze bez znajomości nie są podobno żadną gwarancją.

Po wycieczce zaprosiliśmy chłopaków na karaoke. Czyniąc to byliśmy przekonani, że po prostu zapraszamy ich na piwo do klubu, w którym ludzie dla rozrywki własnej i tłumu śpiewają znane piosenki. Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że kluby karaoke to miejsca podzielone na prywatne wygłuszone pokoiki z łazienkami, ze ścianami pokrytymi kolorowymi skórzanymi poduszkami, z wygodnymi kanapami, wielkim ekranem typu plazma, porządnym sprzętem grającym z dwoma mikrofonami oraz całkiem niezłą akustyką. Czas w takim pokoiku się kupuje  ($5 za godzinę tej przyjemności plus obowiązkowe raczej drogie piwo). Wraz z pierwszym zawodzeniem w drzwiach pokoiku pojawiają się dwie bardzo odświętnie (delikatnie mówiąc) przyodziane hostessy, które z gracją zabierają się do nalewania gościom piwa z puszek do szklanek oraz pomagają śpiewać duety. Kambodżanie, podobnie jak inni Azjaci, uwielbiają śpiewać, nie wiedzą co to wstyd i w wykonanie popularnych lokalnych przebojów wkładają całe swoje serce.  Jest to co najmniej ujmujące. Bawiliśmy się świetnie, a do tego na koniec podziękowaniom pod naszym adresem nie było końca, bo okazuje się, że Dollar i jego koledzy na prawdziwym karaoke byli dopiero drugi raz, bo to rozrywka wyłącznie dla bogatych.

Dollara nie trzeba było nawet ciągnąć za język, żeby opowiedział nam o tym, że każdy biznes, nawet działający na własną rękę nastoletni początkujący kierowca motoru-przewodnik, musi płacić lokalnej policji znaczny procent. Że nawet rolnik jadący z miasteczka do miasteczka zatrzymywany jest na krótkiej trasie ze 2-3 razy, żeby opłacić stojących lub też siedzących przy drodze za rozkładanym stołem funkcjonariuszy prawa (!) (i rzeczywiscie sami byliśmy tego świadkami wiele razy).

Mówił, jak ciężko żyje się w kraju, gdzie nawet nie warto głosować, bo nawet jeśli w powszechnych wyborach wygra partia opozycyjna, to i tak nadal rządzić będzie partia rządząca do tej pory (bezwstydnie pragnąca władzy i nie przebierająca w środkach), mająca za sobą pieniądze i wojsko. Już raz się tak zdarzyło. W 1993 r. ogłoszono zwycięstwo partii rojalistycznej, a rzekomo pokonany urzędujący premier, a zarazem lider partii ludowej (nawiasem mówiąc siejący terror i grozę były Czerwony Khmer) postanowił, że on i tak będzie sprawował funkcję premiera, tworząc w ten sposób niespotykaną ną świecie sytuację, w której państwo ma dwóch rzekomo równorzędnych premierów, z których w rzeczywistości rządzi ten, który przegrał wybory. Co gorsza, do dnia dzisiejszego jest on szefem rządu, tylko w XXI w. swoich oponentów morduje w mniej jawny sposób.

Opowiadał też, że w Kambodży nie da się ożenić, dopóki nie posiada się określonej sumy pieniędzy. Stawki różnią się w poszczególnych regionach, ale w okolicach Battambang najtańsze wesele można zorganizować już za jakieś $2000. Bo chodzi o to, że żadni kmerscy rodzice nie wydadzą swojej ukochanej córki za mąż za mężczyznę, który nie jest w  stanie zapłacić za swoje przyjęcie ślubne. Przeciętny Kambodżanin zarabia podobno około $400 rocznie, więc spróbujcie sobie wyobrazić, ile się musi namęczyć i nakombinować taki młody khmerski Romeo, żeby założyć rodzinę ze swoją wybranką. Czyli, jak to mówią w Azji “No money, no honey”.

Kolega Dollara, Huot, opowiadał nam o swoich rodzicach, którzy w czasach rządów Pol Pota zostali zmuszeni do zawarcia związku małżeńskiego. On był owocem tej “miłości”. Okazuje się, że Czerwoni Khmerzy nagminnie aranżowali małżeństwa, w celu stworzenia całkiem nowego społeczeństwa, wyzbytego ludzkich uczuć i przywiązań.

Dowiedzieliśmy się również, że system edukacji nawet we współczesnej Kambodży stara się omijać kwestię niechlubnego reżimu Pol Pota i młodzi ludzie, o ile nie zostaną uświadomieni przez starszych członków własnych rodzin, nie mają zbytnich szans dowiedzieć się prawdy o tych strasznych latach.

Motocyklowa wycieczka po okolicach Battambang oraz późniejszy wypad na karaoke okazały się nie tylko superrozrywką, ale i niesamowitą lekcją historii i pokory. Magiczny dzień z magicznym Dollarem sprawił, że poczuliśmy Kambodżę. Jej piękno i jej niewyobrażalny smutek. [-a.]

Leniwa magia Kampot

14 Lu

Od razu po usłyszeniu ponurego wyroku w Toshibie zostało postanowione, że jedynym dla nas ratunkiem jest Bangkok, ale ponieważ akurat wypadł weekend i i tak nic byśmy w Tajlandii nie wskórali, zdecydowaliśmy się udać do pobliskiego Kampot.

Kampot to urocze miasteczko na południu Kambodży, z populacją 40 tys. mieszkańców. Słynie głównie z tego, że uwodzi swoją wyluzowaną, wręcz senną atmosferą oraz ciekawą i dobrze zachowaną architekturą kolonialną. Poza tym położone jest nad rzeką,co sprzyja przyjemnym popołudniom na stateczkach. Stanowi też bazę do zwiedzania m.in. Parku Narodowego Bokor.

W Kampot jest dużo turystów, ale jakoś to nie razi, bo miasto jest naprawdę dziwne, powolne, spowite typowym dla Kambodży czerwonym pyłem. Ulice jakieś takie szerokie, ale prawie puste, mnóstwo  bardzo urokliwych francuskich budynków, trochę nadszarpniętych zębem czasu, ale nadal robiących wrażenie, wielkie i niezwykle piękne drzewa, często obsypane dwukolorowymi kwiatami (nie wiem, jaka tajemnica za tym stoi, ale wygląda to niesamowicie). Do tego pełno hoteli, barów i restauracji z wybornym jedzeniem i lokalnym, i zachodnim (z czego postanowiłyśmy z Beatą skwapliwie skorzystać zamawiając największe danie w menu w postaci całego kilograma żeberek w sosie barbeque, czym wzbudziłyśmy powszechne rozbawienie zarówno wśród obsługi, jak i nowopoznanych znajomych).

Ponieważ czas nas gonił, musieliśmy wybrać tylko jedną rzecz do zobaczenia i padło na usytuowaną na wzgórzu opuszczoną francuską stację Bokor.

Bokor to wybudowane w 1921 r. francuskie miasteczko – resort. Miało dawać schronienie Francuzom, umęczonym upałem i wilgotnością Phnom Penh. Przy budowie hotelu z kasynem, który był centralnym punktem obiektu, zginęło podobno 900 osób. W trakcie pierwszej Wojny Indochińskiej w późnych latach czterdziestych, stacja została opuszczona po raz pierwszy, a w 1972 już na dobre po zdobyciu okolicznych terenów przez oddziały Czerwonych Kmerów (którzy notabene twardo się stąd bronili aż do lat dziewięćdziesiątych!).

Nie wiem za bardzo jak mam opisać nasze wrażenia z tej wycieczki, bo trudno jest ubrać w słowa coś, co przed ubieraniem w słowa bardzo się broni. Żeby dotrzeć na szczyt góry musieliśmy najpierw odbębnić swoje na pace pikapa (w ogólnym zamieszaniu i tłumie udało się nam nawet zawrzeć nowe i bardzo interesujące znajomości), potem zaliczyć nasz pierwszy trek w dżungli (umówmy się, nie był szczególnie wymagający, ale zawsze coś), potem znów wsiąść na pikapa (droga w remoncie), by w końcu naszym oczom ukazał się sporych rozmiarów opuszczony budynek. Z daleka nie wyglądał zbyt imponująco, ale im bliżej byliśmy, tym bardziej nas fascynował. Były hotel stoi na szczycie góry i widok z okien, balkonów i wielkiego tarasu (kilometr w dół)  jest oszałamiający. Do tego stare mury pokryte są czerwonym porostem, przez puste witryny okien i framugi drzwi przelewają się fale mgły, a wiatr hula po budynku tak, że stojąc w przejściach słyszy się tylko świst. Na dokładkę, sam budynek zbudowany jest na wielu poziomach, a żeby dostać się z jednego na drugi, trzeba znaleźć właściwe schody, które na każdym pietrze ukryte są w zupełnie innym miejscu. Było dziwnie, niepokojąco, nieswojo. Niesamowicie.

W drodze powrotnej dowiedzieliśmy się, że droga jest w remoncie, bo na górze będzie już wkrótce budowany nowy, lepszy resort, który przyciągnie tabuny bogatych turystów i zmieni to magiczne miejsce w kolorowy i nowoczesny jarmark. A jak. [-a.]

Dzień dobry Kambodżo!

11 Lu

Swój czar Kambodża rzuciła na nas od razu po tym, jak przekroczyliśmy granicę. Trochę inny (w większości płaski, ale piękny) krajobraz z wysokimi palmami rozciągającymi się aż po horyzont, biedniejsze niż w Wietnamie, ale urocze i zadbane (czyste!) wioski z domkami na palach, często zbudowane z bambusa i liści palm kokosowych i, tak jak obiecywały przewodniki, wszechobecny uśmiech na twarzach ludzi. Kobiety jeszcze piękniejsze niż w Wietnamie i łatwiejsza komunikacja, bo w Kambodży po angielsku mówi naprawdę dużo ludzi.  Trochę już znużeni Wietnamem, Kambodżę przywitaliśmy z entuzjazmem…

Pierwszym naszym przystankim była stolica – Phnom Penh. Ciężko nam było sobie wyobrazić, że Czerwoni Kmerzy zdołali ją dosłownie w jeden dzień w 1975 r. całkiem wyludnić, zsyłając całą jej populację na ciężkie roboty na polach, głodząc ją i mordując (niezorientowanym a zainteresowanym polecamy film „Pola Śmierci”, a jeszcze bardziej książkę Jona Swaina „River of time”). Na długo po tym Phnom Penh stało się miastem duchów.

Dziś, podobnie jak inne azjatyckie metropolie, miasto tętni intensywnym życiem, jednak na swój niepowtarzalny sposób. Phnom Penh kłuje w oczy kontrastami. Większość pieniędzy Kambodży (poza mega-turystycznym Siem Reap) skoncentrowana jest właśnie tu. Na ulicach sąsiadują ze sobą bieda i przepych. W państwie słynącym z bardziej niż nieprzyzwoitej korupcji oraz niewyobrażalnej arogancji i bezkarności władz, stolica jest tego najlepszym dowodem.  Biedne masy napływają do miasta w nadziei na lepszy los i pokornie rzeźbią (a raczej klepią) swoje drobne interesiki na tle wielkich willi oraz majestatycznie i niezwykle cicho sunących wielkich Lexusów elit (Nigdy w życiu nie widzieliśmy ich aż tylu naraz!).

Atrakcje Phnom Penh są niestety w większości smutnym przypomnieniem tragicznych wydarzeń sprzed trzydziestukilku lat. Odwiedziliśmy te ponure miejsca. Pola śmierci w Choeng Ek i więzienie S-21 (Tuol Sleng) w którym Czerwoni Kmerzy torturowali i zabijali tysiące ludzi są fascynujące, ale przede wszystkim przygnębiające. Ilość zła, którego Kambodżanie zaznali w ciągu niecałych czterech lat 75′-79′  jest nieprawdopodobna, a dzień spędzony na zwiedzaniu kluczowych dla tego okresu miejsc był dobitną jego wizualizacją…

Z przyjemniejszych miejsc zwiedziliśmy przepiękny (chociaż okupowany przez setki turystów) Pałac Królewski ze Srebrną Pagodą (srebrne płytki zostały przykryte niestety średnio pięknymi wykładzinami), niesamowite Muzeum Narodowe z wieloma rzeźbami ze świątyń Angkoru (tylko czemu ich tyle wywieźli, zamiast ich pilnować na miejscu?) oraz kilka ciekawych marketów. Trzeba przyznać, że Phnom Penh ilością obiektów do zwiedzania nie powala.

Innym powodem, dla którego tu przyjechaliśmy była nadzieja na naprawę laptopa w otwartym niedawno autoryzowanym serwisie Toshiby. Okazało się jednak, że takiego modelu panowie z Toshiby na oczy nie widzieli i raczej na odczepne usłyszeliśmy cenę z kosmosu oraz prognozę ośmiotygodniowego terminu naprawy.  Decyzja więc zapadła – wyruszamy do Bangkoku, gdzie obiecano nam pomóc od ręki… [-k. i -a.]