Archive | Luty, 2011

Sam Dollar z Battambang

28 Lu

Dollara poznał Kuba przed naszym hotelem, gdy ten próbował namówić go na wycieczkę motocyklową po okolicy. Zagadał go bardzo płynnym angielskim i od razu oczarował poczuciem humoru, dystansem do wielu spraw, dojrzałością osoby dużo starszej. Bez oporów opowiadał o swoim życiu, rodzinie, o tym, jak funkcjonuje jego własny kraj.

Dollar studiuje projektowanie mody i podchodzi do tego bardzo poważnie. Ubrania i dodatki kompletuje z pełną świadomością i swego rodzaju gustem. Ma tylko mamę, bo jego tata zmarł przed dwoma laty. Żeby tacie okazać szacunek i zapewnić dobry byt po śmierci, Dollar wstąpił na rok do buddyjskiego zakonu. Jego mama bardzo długo nie chciała mówić o swoich doświadczeniach z czasów Czerwonych Khmerów. Po wielu namowach, w końcu ze łzami w oczach opowiedziała mu o tym, jak w wyniku katorżniczej pracy, głodu i nieludzkich mordów, straciła troje dzieci (rodzeńtwo Dollara, którego nigdy nie poznał, bo urodził się dopiero w 1983), brata oraz siostrę.

Dollar z kolegami zabrali nas na całodniową wycieczkę po okolicach Battambang i był to naprawdę dzień pełen wrażeń. Jeździliśmy przez przepiękne wioski, przejechaliśmy się słynnym bamboo train (prowizorycznym ”pociągiem” skonstruowanym przez przedsiębiorczych wieśniaków w celu transportowania przeróżnych dóbr po torach nie funkcjonujących pociągów), w końcu spróbowałam suszonych na słońcu marynowanych w czosnku i chili muszelek, zjedliśmy smaczny obiad, po którym nastąpił cudowny odpoczynek na hamakach. Zwiedziliśmy interesujące świątynie, obserwowaliśmy, jak bohaterski Dollar ryzykując życiem ratuje małą małpkę, która nieopatrznie wpadła do olbrzymiego zbiornika z wodą, delektowaliśmy się przepięknym zachodem słońca na szczycie góry nie mogąc się jednocześnie nadziwić sprawności dokazujących nieopodal małych makaków, a na koniec wybałuszaliśmy oczy oglądając tysiące nietoperzy wylatujących z jaskini na żer zaraz po zmroku.

Nasi przewodnicy uświadomili nam, jak dużo mamy szczęścia, że urodziliśmy się akurat w Polsce, że możemy sobie podróżować i poznawać inne kraje. W Kambodży prawie nikt nie ma paszportu, bo ludzi zwyczajnie na taki luksus nie stać. Paszport na kraje azjatyckie kosztuje kilkaset dolarów, a na świat kilka tysięcy. A i pieniądze bez znajomości nie są podobno żadną gwarancją.

Po wycieczce zaprosiliśmy chłopaków na karaoke. Czyniąc to byliśmy przekonani, że po prostu zapraszamy ich na piwo do klubu, w którym ludzie dla rozrywki własnej i tłumu śpiewają znane piosenki. Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że kluby karaoke to miejsca podzielone na prywatne wygłuszone pokoiki z łazienkami, ze ścianami pokrytymi kolorowymi skórzanymi poduszkami, z wygodnymi kanapami, wielkim ekranem typu plazma, porządnym sprzętem grającym z dwoma mikrofonami oraz całkiem niezłą akustyką. Czas w takim pokoiku się kupuje  ($5 za godzinę tej przyjemności plus obowiązkowe raczej drogie piwo). Wraz z pierwszym zawodzeniem w drzwiach pokoiku pojawiają się dwie bardzo odświętnie (delikatnie mówiąc) przyodziane hostessy, które z gracją zabierają się do nalewania gościom piwa z puszek do szklanek oraz pomagają śpiewać duety. Kambodżanie, podobnie jak inni Azjaci, uwielbiają śpiewać, nie wiedzą co to wstyd i w wykonanie popularnych lokalnych przebojów wkładają całe swoje serce.  Jest to co najmniej ujmujące. Bawiliśmy się świetnie, a do tego na koniec podziękowaniom pod naszym adresem nie było końca, bo okazuje się, że Dollar i jego koledzy na prawdziwym karaoke byli dopiero drugi raz, bo to rozrywka wyłącznie dla bogatych.

Dollara nie trzeba było nawet ciągnąć za język, żeby opowiedział nam o tym, że każdy biznes, nawet działający na własną rękę nastoletni początkujący kierowca motoru-przewodnik, musi płacić lokalnej policji znaczny procent. Że nawet rolnik jadący z miasteczka do miasteczka zatrzymywany jest na krótkiej trasie ze 2-3 razy, żeby opłacić stojących lub też siedzących przy drodze za rozkładanym stołem funkcjonariuszy prawa (!) (i rzeczywiscie sami byliśmy tego świadkami wiele razy).

Mówił, jak ciężko żyje się w kraju, gdzie nawet nie warto głosować, bo nawet jeśli w powszechnych wyborach wygra partia opozycyjna, to i tak nadal rządzić będzie partia rządząca do tej pory (bezwstydnie pragnąca władzy i nie przebierająca w środkach), mająca za sobą pieniądze i wojsko. Już raz się tak zdarzyło. W 1993 r. ogłoszono zwycięstwo partii rojalistycznej, a rzekomo pokonany urzędujący premier, a zarazem lider partii ludowej (nawiasem mówiąc siejący terror i grozę były Czerwony Khmer) postanowił, że on i tak będzie sprawował funkcję premiera, tworząc w ten sposób niespotykaną ną świecie sytuację, w której państwo ma dwóch rzekomo równorzędnych premierów, z których w rzeczywistości rządzi ten, który przegrał wybory. Co gorsza, do dnia dzisiejszego jest on szefem rządu, tylko w XXI w. swoich oponentów morduje w mniej jawny sposób.

Opowiadał też, że w Kambodży nie da się ożenić, dopóki nie posiada się określonej sumy pieniędzy. Stawki różnią się w poszczególnych regionach, ale w okolicach Battambang najtańsze wesele można zorganizować już za jakieś $2000. Bo chodzi o to, że żadni kmerscy rodzice nie wydadzą swojej ukochanej córki za mąż za mężczyznę, który nie jest w  stanie zapłacić za swoje przyjęcie ślubne. Przeciętny Kambodżanin zarabia podobno około $400 rocznie, więc spróbujcie sobie wyobrazić, ile się musi namęczyć i nakombinować taki młody khmerski Romeo, żeby założyć rodzinę ze swoją wybranką. Czyli, jak to mówią w Azji “No money, no honey”.

Kolega Dollara, Huot, opowiadał nam o swoich rodzicach, którzy w czasach rządów Pol Pota zostali zmuszeni do zawarcia związku małżeńskiego. On był owocem tej “miłości”. Okazuje się, że Czerwoni Khmerzy nagminnie aranżowali małżeństwa, w celu stworzenia całkiem nowego społeczeństwa, wyzbytego ludzkich uczuć i przywiązań.

Dowiedzieliśmy się również, że system edukacji nawet we współczesnej Kambodży stara się omijać kwestię niechlubnego reżimu Pol Pota i młodzi ludzie, o ile nie zostaną uświadomieni przez starszych członków własnych rodzin, nie mają zbytnich szans dowiedzieć się prawdy o tych strasznych latach.

Motocyklowa wycieczka po okolicach Battambang oraz późniejszy wypad na karaoke okazały się nie tylko superrozrywką, ale i niesamowitą lekcją historii i pokory. Magiczny dzień z magicznym Dollarem sprawił, że poczuliśmy Kambodżę. Jej piękno i jej niewyobrażalny smutek. [-a.]

Leniwa magia Kampot

14 Lu

Od razu po usłyszeniu ponurego wyroku w Toshibie zostało postanowione, że jedynym dla nas ratunkiem jest Bangkok, ale ponieważ akurat wypadł weekend i i tak nic byśmy w Tajlandii nie wskórali, zdecydowaliśmy się udać do pobliskiego Kampot.

Kampot to urocze miasteczko na południu Kambodży, z populacją 40 tys. mieszkańców. Słynie głównie z tego, że uwodzi swoją wyluzowaną, wręcz senną atmosferą oraz ciekawą i dobrze zachowaną architekturą kolonialną. Poza tym położone jest nad rzeką,co sprzyja przyjemnym popołudniom na stateczkach. Stanowi też bazę do zwiedzania m.in. Parku Narodowego Bokor.

W Kampot jest dużo turystów, ale jakoś to nie razi, bo miasto jest naprawdę dziwne, powolne, spowite typowym dla Kambodży czerwonym pyłem. Ulice jakieś takie szerokie, ale prawie puste, mnóstwo  bardzo urokliwych francuskich budynków, trochę nadszarpniętych zębem czasu, ale nadal robiących wrażenie, wielkie i niezwykle piękne drzewa, często obsypane dwukolorowymi kwiatami (nie wiem, jaka tajemnica za tym stoi, ale wygląda to niesamowicie). Do tego pełno hoteli, barów i restauracji z wybornym jedzeniem i lokalnym, i zachodnim (z czego postanowiłyśmy z Beatą skwapliwie skorzystać zamawiając największe danie w menu w postaci całego kilograma żeberek w sosie barbeque, czym wzbudziłyśmy powszechne rozbawienie zarówno wśród obsługi, jak i nowopoznanych znajomych).

Ponieważ czas nas gonił, musieliśmy wybrać tylko jedną rzecz do zobaczenia i padło na usytuowaną na wzgórzu opuszczoną francuską stację Bokor.

Bokor to wybudowane w 1921 r. francuskie miasteczko – resort. Miało dawać schronienie Francuzom, umęczonym upałem i wilgotnością Phnom Penh. Przy budowie hotelu z kasynem, który był centralnym punktem obiektu, zginęło podobno 900 osób. W trakcie pierwszej Wojny Indochińskiej w późnych latach czterdziestych, stacja została opuszczona po raz pierwszy, a w 1972 już na dobre po zdobyciu okolicznych terenów przez oddziały Czerwonych Kmerów (którzy notabene twardo się stąd bronili aż do lat dziewięćdziesiątych!).

Nie wiem za bardzo jak mam opisać nasze wrażenia z tej wycieczki, bo trudno jest ubrać w słowa coś, co przed ubieraniem w słowa bardzo się broni. Żeby dotrzeć na szczyt góry musieliśmy najpierw odbębnić swoje na pace pikapa (w ogólnym zamieszaniu i tłumie udało się nam nawet zawrzeć nowe i bardzo interesujące znajomości), potem zaliczyć nasz pierwszy trek w dżungli (umówmy się, nie był szczególnie wymagający, ale zawsze coś), potem znów wsiąść na pikapa (droga w remoncie), by w końcu naszym oczom ukazał się sporych rozmiarów opuszczony budynek. Z daleka nie wyglądał zbyt imponująco, ale im bliżej byliśmy, tym bardziej nas fascynował. Były hotel stoi na szczycie góry i widok z okien, balkonów i wielkiego tarasu (kilometr w dół)  jest oszałamiający. Do tego stare mury pokryte są czerwonym porostem, przez puste witryny okien i framugi drzwi przelewają się fale mgły, a wiatr hula po budynku tak, że stojąc w przejściach słyszy się tylko świst. Na dokładkę, sam budynek zbudowany jest na wielu poziomach, a żeby dostać się z jednego na drugi, trzeba znaleźć właściwe schody, które na każdym pietrze ukryte są w zupełnie innym miejscu. Było dziwnie, niepokojąco, nieswojo. Niesamowicie.

W drodze powrotnej dowiedzieliśmy się, że droga jest w remoncie, bo na górze będzie już wkrótce budowany nowy, lepszy resort, który przyciągnie tabuny bogatych turystów i zmieni to magiczne miejsce w kolorowy i nowoczesny jarmark. A jak. [-a.]

Dzień dobry Kambodżo!

11 Lu

Swój czar Kambodża rzuciła na nas od razu po tym, jak przekroczyliśmy granicę. Trochę inny (w większości płaski, ale piękny) krajobraz z wysokimi palmami rozciągającymi się aż po horyzont, biedniejsze niż w Wietnamie, ale urocze i zadbane (czyste!) wioski z domkami na palach, często zbudowane z bambusa i liści palm kokosowych i, tak jak obiecywały przewodniki, wszechobecny uśmiech na twarzach ludzi. Kobiety jeszcze piękniejsze niż w Wietnamie i łatwiejsza komunikacja, bo w Kambodży po angielsku mówi naprawdę dużo ludzi.  Trochę już znużeni Wietnamem, Kambodżę przywitaliśmy z entuzjazmem…

Pierwszym naszym przystankim była stolica – Phnom Penh. Ciężko nam było sobie wyobrazić, że Czerwoni Kmerzy zdołali ją dosłownie w jeden dzień w 1975 r. całkiem wyludnić, zsyłając całą jej populację na ciężkie roboty na polach, głodząc ją i mordując (niezorientowanym a zainteresowanym polecamy film „Pola Śmierci”, a jeszcze bardziej książkę Jona Swaina „River of time”). Na długo po tym Phnom Penh stało się miastem duchów.

Dziś, podobnie jak inne azjatyckie metropolie, miasto tętni intensywnym życiem, jednak na swój niepowtarzalny sposób. Phnom Penh kłuje w oczy kontrastami. Większość pieniędzy Kambodży (poza mega-turystycznym Siem Reap) skoncentrowana jest właśnie tu. Na ulicach sąsiadują ze sobą bieda i przepych. W państwie słynącym z bardziej niż nieprzyzwoitej korupcji oraz niewyobrażalnej arogancji i bezkarności władz, stolica jest tego najlepszym dowodem.  Biedne masy napływają do miasta w nadziei na lepszy los i pokornie rzeźbią (a raczej klepią) swoje drobne interesiki na tle wielkich willi oraz majestatycznie i niezwykle cicho sunących wielkich Lexusów elit (Nigdy w życiu nie widzieliśmy ich aż tylu naraz!).

Atrakcje Phnom Penh są niestety w większości smutnym przypomnieniem tragicznych wydarzeń sprzed trzydziestukilku lat. Odwiedziliśmy te ponure miejsca. Pola śmierci w Choeng Ek i więzienie S-21 (Tuol Sleng) w którym Czerwoni Kmerzy torturowali i zabijali tysiące ludzi są fascynujące, ale przede wszystkim przygnębiające. Ilość zła, którego Kambodżanie zaznali w ciągu niecałych czterech lat 75′-79′  jest nieprawdopodobna, a dzień spędzony na zwiedzaniu kluczowych dla tego okresu miejsc był dobitną jego wizualizacją…

Z przyjemniejszych miejsc zwiedziliśmy przepiękny (chociaż okupowany przez setki turystów) Pałac Królewski ze Srebrną Pagodą (srebrne płytki zostały przykryte niestety średnio pięknymi wykładzinami), niesamowite Muzeum Narodowe z wieloma rzeźbami ze świątyń Angkoru (tylko czemu ich tyle wywieźli, zamiast ich pilnować na miejscu?) oraz kilka ciekawych marketów. Trzeba przyznać, że Phnom Penh ilością obiektów do zwiedzania nie powala.

Innym powodem, dla którego tu przyjechaliśmy była nadzieja na naprawę laptopa w otwartym niedawno autoryzowanym serwisie Toshiby. Okazało się jednak, że takiego modelu panowie z Toshiby na oczy nie widzieli i raczej na odczepne usłyszeliśmy cenę z kosmosu oraz prognozę ośmiotygodniowego terminu naprawy.  Decyzja więc zapadła – wyruszamy do Bangkoku, gdzie obiecano nam pomóc od ręki… [-k. i -a.]

Phu Quoc, czyli przeklęta wyspa

4 Lu

Phu Quoc miało być superprzyjemnym zakończeniem naszego pobytu w Wietnamie. Nagrodą po trudach (hehe, dobre sobie) zwiedzania dużych głośnych miast, ciasnych tuneli, ciemnych jaskiń, smutnych cmentarzy wojskowych. Rekompensatą za cierpliwe wdychanie smogu i pyłu, za pokorne poddawanie się ogłuszaniu klaksonami, za jedzenie z talerzy przecieranych jedynie brudną reklamówką. Wisienką na torciku. Odpoczynkiem.

Phu Quoc leży w Zatoce Tajlandzkiej, tuż przy wybrzeżu Kambodży. Jest najwiekszą wyspą Wietnamu, słynącą z dwóch tradycyjnych produktów: sosu rybnego (nuoc mam) oraz czarnego pieprzu. Ostatnio zaczęto zakładać tu także farmy pereł. Phu Quoc było kiedyś senną wyspą żyjącą swoim życiem i swoim tempem. Do czasu wojny domowej, kiedy to założono tu największy obóz jeniecki Południowego Wietnamu. Obecnie Phu Quoc to popularna atrakcja turystyczna, reklamowana jako wyspa pustych rajskich plaż i niezrównanych w smaku owoców morza. Tego nam było trzeba. Czasu na spokojne pożegnanie się z Wietnamem, na dokończenie jednych książek i zaczęcie następnych, tych o Kambodży. Taką mieliśmy wizję. My, świeża opalenizna, stosy ciekawych lektur na białym piasku, bezstresowa nauka pływania w przezroczystej turkusowej wodzie (bo ja dalej się boję), potem spokojne zwiedzanie bezdroży wyspy na motorze, a wieczorem niespieszne delektowanie się przysmakami lokalnej kuchni i oczywiście nadrabianie zaległości w pisaniu bloga. Rzeczywistość bardzo szybko zweryfikowała nasze wyobrażenia.

Południowa plaża Sao, opisywana w przewodniku jako skrawek ziemi zupełnie nieskażony cywilizacją, okazała się wybrzeżem zaśmieconym wszystkim co możliwe z trzema hotelami, w których nie dość że prawie nie było wolnych pokoi, to jeszcze te, co były zupełnie nie pasowały jakością do swej ceny. Opcje jedzeniowe ograniczały się do kilku zrobionych pod turystów restauracji z cenami, które również nas nieprzyjemnie zaskoczyły. Zostaliśmy ta jedną noc i na dobry początek pobytu na wyspie, zgubiliśmy portfel.

Na drugi dzień przenieśliśmy się na zachód wyspy, w okolice miasta Duong Dong, gdzie znaleźliśmy niedrogi i bardzo przyjemny dwupokojowy bungalow, który wydawał się być idealnym na nasz długo wyczekiwany tygodniowy odpoczynek.  Ku naszej wielkiej zgryzocie, przy rozpakowywaniu plecaków odkryliśmy, że ekran naszego laptopa pękł na pół. Dół. Maksymalny dół. Głupi wydatek, a do tego niepotrzebny kłopot, bo z Sajgonu już wyjechaliśmy, następne duże miasto to Phnom Penh, ale to najwcześniej za tydzień i i tak nie wiadomo, czy tam nam pomogą. Czyli życie to nie bajka, nawet na tropikalnej wyspie.

Żeby sobie do końca nie psuć humoru, postanowiliśmy wypożyczyć skuter i pojechać na północ wyspy, gdzie plaże są podobno najpiękniejsze, a do tego można się nimi cieszyć tylko we własnym towarzystwie. Skuszeni tą perspektywą wyruszyliśmy na podbój raju. Okolice rzeczywiście były niesamowite, duże plantacje pieprzu wyglądały naprawdę imponująco, a znaczną część wybrzeża pokrywały rozłożone na ziemi płachty z suszącymi się na słońcu srebrnymi rybkami anchois, z których poźniej powstaje podobno najlepszy na świecie sfermentowany sos rybny. Było pięknie, wręcz sielsko…  dopóki… nie pośliznęliśmy się na zakamuflowanej kupce piasko-żwiru i nie wylądowaliśmy na czerwonej ziemi, poobijani, umorusani, a co poniektórzy nawet z zupełnie rozharatanym kolanem. Do szpitala mieliśmy godzinę jazdy, a z kolana najzwyczajniej w świecie wystawało kapiące krwią mięso. Było ciężko, ale cóż. W końcu dojechaliśmy, a jakieś całkiem sympatyczne, aczkolwiek nie mówiące słowa po angielsku, wietnamskie dzieci (no, przynajmniej wyglądały na nie więcej niż 16 lat) sprawnie opatrzyły rany, a nawet zawołały prawdziwego doktora do zaszycia nieszczęsnego kolana. Cała operacja opatrywania i zakładania pięciu, jak się okazało, szwów, poszła niezwykle sprawnie, kosztowała niedrogo, a pacjent żyje i ma się dobrze. Po dotarciu do hotelu zauważyliśmy, że nie tylko kierowca był poszkodowany. Skuter nie prezentował się zbyt dobrze, no i ten wydatek również trzeba było pokryć. Hurra!

Podsumowując nasz wypoczynek na Phu Quoc, z książek udało nam się przeczytać zaledwie po jednej, opalaliśmy się niewiele, z blogiem nic nie ruszyliśmy do przodu, rybą się zatrułam, pływać nie zdążyłam się nauczyć, a dodatkowo zgubiliśmy portfel, a także, jak się okazało w ostatni dzień, mały aparat, zepsuliśmy komputer, no i  mieliśmy wypadek na motorze. Wyspa jest piękna, chociaż może nie aż tak, jak o niej piszą, a nam, zważywszy na okoliczności, wydała się przeklęta. Tak jakby duchy więzionych tu kiedyś partyzantów z Wietkongu odbijały sobie poniesione krzywdy. A kysz! [-a.]

Nie-miasto nocą, czyli jak się wymigać od śpiewania karaoke po wietnamsku

3 Lu

Są takie miejsca, do których przyjeżdża się tylko po to, żeby od razu udać się gdzie indziej. My zaliczyliśmy do takich Rach Gia czyli miasto, w którym nocuje się tylko po to, żeby wczesnym rankiem wsiąść na prom i wyruszyć w kierunku rzekomo rajskiej wyspy Phu Quoc. Trochę z przekory postanowiliśmy wieczorkiem zrobić mały rekonesans po okolicy, no bo to przecież niemożliwe, żeby tam tak całkiem nic nie było. Zwabieni odgłosami hucznej zabawy, czytaj: wietnamskiego popu w wersji karaoke, dochodzącymi z pobliskiej uliczki miedzy guesthousami, postanowiliśmy spróbować swego szczęścia. W miarę zbliżania się do źródła tego tak dobrze rokującego hałasu, naszym oczom stopniowo ukazywały się suto zastawione stoły, tabuny usadzonych przy nich postaci, krążące między dziesiątkami dłoni kieliszki, i w końcu całe masy uśmiechniętych twarzy. Zanim zorientowaliśmy się, co się dzieje, już siedzieliśmy przy honorowym stole, już nakładano nam smakołyki z dużych komunalnych talerzy do naszych osobistych miseczek, już polewano wino ryżowe do jedynego na stole kieliszka.  (Uwaga! Tutaj pije się inaczej niż u nas – obowiązuje zasada „nalej i daj komuś, kogo lubisz, a ten z kolei lubianej przez siebie osobie może zaproponować wypicie kieliszka na spółkę”. Wynik: wszyscy wstawieni, ale nikt nie narąbany.) Po kilkunastu minutach okazało się, że trafiliśmy na coś , co nazwałabym „przedweselem”, czyli imprezę organizowaną przez stronę panny młodej dla jej rodziny i przyjaciół w przeddzień ślubu. (Podejrzewamy, że pan młody wraz ze swoją ekipą bawią się w tym czasie w ten sam sposób, ale nie jest to informacja sprawdzona). Panna młoda wydawała się bardzo uszczęśliwiona naszym nieoczekiwanym przybyciem. Wyglądało to tak, jakbyśmy, o dziwo, przydali prestiżu, a przynajmniej uroku jej imprezie. Przedstawiła nas swojemu tacie (nie pytajcie jak), zwinnie dostawiała krzesła do naszego szybko zapelniającego się stołu (każdy chciał pić z białym, w końcu rzadko przytrafia się taka okazja), posadziła koło nas swojego nauczyciela z uniwerku, który wyraźnie był jej najważniejszym gościem przy tym stole. Śmiała się, przyprowadzała nowych znajomych, dokładała mięsiw, sajgonek, warzyw, owoców, zup i ryżu. Atmosfera robiła się coraz gorętsza, coraz więcej gości odważało się śpiewać do mikrofonu. W końcu wydawało się, że i nam się nie upiecze i jak nic, będzie trzeba śpiewać. I pogodziłam sie z tym nadchodzącym upokorzeniem. Gdy jednak okazało się, że śpiewać można tylko po wietnamsku i to bez napisów (nie żeby pisany po wietnamsku tekst utworu jakoś mógł nam pomóc..), udało się nam wytargować zamianę śpiewu na taniec na środku parkietu. Pląsaliśmy jak te rusałki w rytm lokalnych przyśpiewek i śmiechu było co niemiara. Jak sie domyślacie, zabawa byla przednia… [-a.]

Delta Mekongu, czyli Waterworld

2 Lu

Większą część tej jednej z największych delt świata Khmerzy stracili w XVIII wieku na rzecz Wietnamu. Khmerów zostało już tam niewielu, za to Wietnamczycy zrobili z tego regionu gigantyczną plantację ryżu. Wietnam jest obecnie drugim po Tajlandii największym jego eksporterem, a ponad połowa jego pochodzi właśnie stąd. Ryż i gęsta siatka kanałów delty wywarły wpływ na życie tutejszych ludzi, dla których rzeka jest drogą komunikacji i handlu, a dla tych posiadających pływające łódki/domy także miejscem do życia.

Nasze zwiedzanie zaczęliśmy w mieście Vinh Long, w którym to zaraz po przyjeździe wynajęliśmy łódkę z przewodnikiem na następny dzień. Mieliśmy odwiedzić jeden ze słynnych pływających targów, wyspy, ogród drzewek bonzai i kilka innych miejsc. Niestety był to lekki niewypał i popełniliśmy błąd płacąc za nią w całości z góry. Angielski pani sprzedającej nam tour był całkiem niezły, niestety samego przewodnika ograniczał się do kilku słów. Po całkiem ładnym wschodzie słońca (zaczęliśmy płynąć o 6:30 rano) i około godzinie podróży głównym kanałem rzeki dotarliśmy do pływającego rynku, który niestety był totalnym rozczarowaniem. Kilka dużych łodzi z silnikami, które wyglądały na małe hurtownie. Nie było ani gęsto, ani barwnie, ani nie udało się kupić nic do jedzenia. Następnym przystankiem była wyspa, na której zostaliśmy zabrani do turystycznej mini restauracji (czyli sklepu z miodem). Przed nią stał mały ul, a uśmiechnięty pracownik zrobił nam 10-sekundową prezentację plastra z pszczołami,a następnie zaprosił nas na płatną degustację produktów. Miód, pszczoły i ul specjalną atrakcją dla nas nie są, więc podziękowaliśmy i ruszyliśmy dalej. Po kolejnej godzinie płynięcia zorientowaliśmy się, że nasz kierowca zabiera nas z powrotem do bazy! Po naszych protestach i krótkiej dyskusji (w większości na migi) łaskawie zabrał nas jeszcze do ogrodu drzewek bonzai, w którym pośród różnych roślin bonzai niestety nie było (!) i do fabryki cegieł, gdzie niewiele się akurat działo, chociaż spacer po jej terenie był ciekawy. Po wypadzie pozostał niesmak i niedosyt. Kolejną próbę zwiedzania postanowiliśmy podjąć w Can Tho, czyli największym mieście delty.

Tu już było dużo lepiej. Wyruszyliśmy znowu o świcie (tym razem mniej spektakularnym,bo przy większym zachmurzeniu) i po około godzinie dotarliśmy do pierwszego targu. Ten już wyglądał ciekawiej, chociaż tu też królowały duże łodzie hurtowników. Za to targ w Phong Dien, oddalony o kolejne 2 godziny był naprawdę fajny. Tu już była sprzedaż detaliczna, małe wiosłowe łódki,  pyszne ryżowe placki i chwilami robiło się całkiem tłoczno i kolorowo. W drodze powrotnej popłynęliśmy malutkimi bocznymi kanałami, które były po prostu przepiękne. Plantacje ryżu, wodne palmy kokosowe i praktycznie brak innych ludzi. Sama ta trasa, która trwała dobre dwie godziny, warta była wydanych pieniędzy. Oryginalnie w naszych planach była głębsza, rowerowa eksploracja delty, ale jakoś po tej wycieczce poczuliśmy że jesteśmy już gotowi na… naszą pierwszą w życiu tropikalną wyspę. [-k.]