Archive | Laos RSS feed for this section

We speak English! – część 2.

9 Gru

DSCN9867

laos-48

laos-43

ch-11

P1020930

cambodia_a_-47

Kolejka do huśtawek

28 Kwi

Kiedy planowaliśmy naszą podróż po Laosie, do Vang Vieng postanowiliśmy nie przyjeżdzać wcale. Jednak skuszeni obietnicą ciekawych okolic i może trochę jednak ciekawi słynnego, a dla niektórych jedynego (!), przystanku w tym kraju zatrzymaliśmy się tu w drodze z Luang Prabang do stolicy Laosu, Wientianu. Pierwszego poranka w recepcji hotelu przywitala nas taka rozmowa dwóch młodych Brytyjek ze swoim kolegą:

–          Słuchaj, musimy chyba pojechać do tego… yyy…  Wientianu.

–          Tak, a gdzie to jest?

–          No… Chyba w Laosie…

Tak, musieliśmy dotrzeć we właściwe miejsce – pomyślałem. To musi być Vang Vieng.

Niegdyś cicha osada, dziś azjatycka mekka backpackerów. To ta strona sceny, która w tej podróży średnio nas interesuje. W skrócie cała zabawa polega na upijaniu sie w opór, odurzaniu się happy shake’ami lub happy pizzą (składnik happy to grzybki, opium lub marihuana do wyboru), oglądaniu odtwarzanych w kółko od lat odcinków Przyjaciół i Family Guy’a  na leżankach w licznych wideobarach, i potem (to główna atrakcja Vang Vieng), spływaniu w ogólnym zamroczeniu na rzece Nam Song na nadmuchanych dętkach z opon traktorów. Przystankami co kilkadziesiąt metrów są skonstruowane z bambusa przyrzeczne bary serwujące m.in. whisky na wiaderka (!) i posiadające wymyślne konstrukcje od wielkich huśtawek, przez zjeżdzalnie po zip-line’y – których finał to zawsze wielki plusk w rzece.  Każde miejsce ma wielkie głośniki i każde oczywiście serwuje swoją muzykę, więc momentami zlewa się to w jeden wielki chaotyczny łomot. Uczestnicy zabawy to głównie bardzo młodzi ludzie (tacy, których rzadko spotykamy gdzie indziej po drodze)  i w przeważającej cześci Brytyjczycy i Australijczycy. Pewnie nawet byśmy się skusili na te wodne zabawy (jeszcze łatwiej gdybyśmy mieli znów te 20 lat), ale całe miejsce to trochę taki dziwny cyrk. Tłumy rozgolaszonych młodych turystów w szortach i bikini, pijanych i obowiązkowo wymazanych od góry do dołu w różne mniej lub bardziej wulgarne rysunki i napisy przechadzają się po ulicach miasteczka wśród mieszkańców, przy których takie skąpe ubranie (nie mówiąc o stanie i zachowaniu imprezowiczów) po prostu nie przystoi. Trochę przykro, że nikt nie wie do końca gdzie jest, chociaż każdy przewodnik nawołuje do zakrywania ciała w tym bądź co bądź konserwatywnym kraju.  Oczywiście chodzi o pieniądze, więc lokalni są zadowoleni,  że biali przyjeżdżają i u nich swoje pieniądze zostawiają, ale ich opinię o cudzoziemcach można sobie tylko wyobrazić.

Poza obserwacją tej groteski  był jednak inny powód, dla którego warto było tu przyjechać. Okolice Vang Vieng to tereny usiane górami wapiennymi, licznymi jaskiniami i sielskimi wioskami. Całodzienna wyprawa rowerowa (bolesna zresztą dla naszych siedzeń) odkryła przed nami jedne z najpiękniejszych plenerów jakie zobaczyliśmy w Laosie… [-k.]

Spacery po Luang Prabang

27 Kwi

Niezwykła pomysłowość laotańskich komunistów

1 Kwi

Mimo wyjątkowo ponurej pogody (tak zimno i mokro, że nawet lokalni wydawali się zdezorientowani) uparliśmy się, że słynnych jaskiń Pathet Lao sobie nie odpuścimy. Droga do położonego obok Vieng Xai Sam Neua była drogą przez mękę, zajęła nam dwa dni w najgorszym deszczu na pokładzie zupełnie rozklekotanych autobusów  z pootwieranymi na oścież oknami (bo oni tutaj wolą ubrać kurtkę zimową z futerkiem niż po prostu zlikwidować źródło zimna czyt. zamknąć okno). Wynik był taki, że jak już w końcu dojechaliśmy w te odległe regiony, zmuszeni byliśmy położyć się do łóżka na dwa dni i przed zwiedzaniem czegokolwiek odchorować swoje.

Vieng Xai to obecnie senne miasteczko o populacji liczącej zaledwie 3000 ludzi, ale kiedyś, w 1964 roku, było to centrum dowodzenia laotańskiej komunistycznej partyzantki Pathet Lao. Właśnie wtedy Amerykanie, chcąc w ten sposób zatrzymać rozprzestrzeniający się w Azji Południowo-Wschodniej komunizm, rozpoczęli sekretne bombardowania Laosu. W ukryciu, nie przyznając się do tego nawet przed własnymi obywatelami, przez 9 lat zrzucali na Laos bomby. I to właśnie okolice Vieng Xai najbardziej ucierpiały. Na Laos zrzucono ponad 2 mln ton bomb, czyli więcej niż na całą Europę w trakcie II Wojny Światowej. Żeby uchronić siebie i swoich przywódców przed niechybną zagładą, ponad 20 tys. ludzi przeniosło się do okolicznych jaskiń. Vieng Xai było idealną lokalizacją. Nie dość że usytuowane jest na małej równinie pomiędzy górami, to jeszcze są to góry wapienne z tysiącami jaskiń, które przy wspólnym wysiłku można było odpowiednio zagospodarować, poszerzyć i wzmocnić. W środku zorganizowano całe życie społeczne. Szkoły, szpitale, sale zgromadzeń, prywatne rezydencje i instytucje publiczne. Teatr i ministerstwa. Stacja radiowa i centrala telefoniczna. Koszary i działa przeciwlotnicze. Kuchnie ze względu na wentylację improwizowano na zewnątrz, a gotowano w nich tylko w nocy, bo nawet najmniejsza aktywność na ziemi mogła sprowokować dodatkowe naloty. Każdy z przywódców ruchu rewolucyjnego zajmował swoją jaskinię. Po roku 1974, gdy naloty w końcu ustały,  głównodowodzący zbudowali sobie domy przed tymi własnie jaskiniami i tam się przenieśli wraz z rodzinami. Od stosunkowo niedawna 7 z dwustu jaskiń mogą zwiedzać turyści. Odwiedziliśmy więc te, w których żyli i z których dowodzili liderzy Pathet Lao. Niesamowite przeżycie. [-a.]

Dzień jak co dzień w Muang Ngoi Neua

30 Mar

Siedzę sobie na tarasie lokalnej restauracyjki i obserwuję maleńką przystań w Muang Ngoi Neua. Rzeka Nam Ou ciągnie się przez 448 km od prowincji Phongsali na północy aż po Luang Prabang, a wokół niej toczy się życie wielu wiosek. Z góry widok jest niesamowity. Jest wpół do czwartej i nadszedł czas wielkiej komunalnej kąpieli. Z góry wioski powoli zaczynają się schodzić ludzie, aby dokonać codziennych ablucji. Do rzeki ściągają młodzi i starzy, mężczyźni, kobiety, dzieci i bawoły. Wszyscy (no może oprócz bawołów) w rękach dzierżą nieodzowne koszyczki z kosmetykami i wszelkimi akcesoriami kąpielowymi. Kobiety w sarongach i mężczyźni w slipkach mydlą się, szorują i płuczą. Dzieci radośnie poddają się zabiegom rodziców, albo radzą sobie same beztrosko pluskając się w czystej wodzie. Parskają i prychają, gonią się, skaczą z lin poprzywieszanych do drzew przy brzegu, dają się ponieść prądowi rzeki. Nieopodal starsza kobieta bez ceregieli rozbiera się i oczom wszystkich ukazują się jej wyniszczone czasem piersi. Nikogo oprócz mnie ten widok nie dziwi, obok flirtują ze sobą nastolatki, przepływa łódką jakiś mężczyzna. Po kąpieli kobiety niezwykle sprawnie przebierają się w świeże sarongi i stopniowo od ceremonii mycia się wszyscy przechodzą do prania przyniesionych ze sobą rzeczy. Mężczyźni i chłopcy w każdym wieku albo opatulają się w wielkie ręczniki i zbierają do odejścia, albo rozebrani, z uśmiechem na ustach, kładą się na zasłużony po tym ogromnym wysiłku higienicznym odpoczynek na jednej z przycumowanych łódek. W międzyczasie ktoś płucze w rzece sałatę, którą zapewne spożyję dziś na obiad. Parę metrów dalej jakiś facet próbuje namówić do wejścia do wody opornego bawoła i w końcu mu się udaje. Mniej więcej dziesięcioletni chłopiec kucając w skupieniu myje naczynia, a inny nieopodal załatwia swą fizjologoczna potrzebę wprost do tej samej rzeki. Umięśnieni mężczyźni naprawiają swoje łódki, wylewają z nich wodę, wbijają jakieś niewidoczne dla mnie z góry gwoździe. Po lewej tata z synkiem czyszczą sieci, uderzając w nie mocno czymś w stylu pejcza. Wzdłuż brzegu biegają małe ćwierkające (gdaczące?) kurczaki, czarna maciora z grupką nieporadnych pociech ryje w ziemi w poszukiwaniu czegoś do pochłonięcia, psy drapią się zapamiętale, a koty leniwie przechadzają się. Do brzegu cały czas przypływają obładowane rozmaitymi towarami długie wąskie łódki, które szybko i sprawnie zostają wyładowane przez pojawiającą się nie wiadomo skąd siłę roboczą. Wielkie i ciężkie pakunki noszone są także przez kobiety i dzieci, które rączki od toreb zakładają sobie na czoło i chwiejąc się pod ich ciężarem sprawnie balansują na stromej drodze z i do wioski. Wszyscy są uśmiechnięci, panuje atmosfera ogólnej błogości i przyjemnego marazmu, która i mi się udziela. Od trzech godzin siedzę nad jedną Lao coffee i nawet nie zauważyłam upływu czasu. Na moich stopach zauważam przeciągającego się kota o lekko zamglonym wzroku. Jest rudy i mięciutki. Patrzy na mnie, jakby nie wiedział o co mi chodzi, bo on tu już sobie przecież leży w spokoju od paru godzin. Pada deszcz, ale nikomu to nie przeszkadza. Słychać tylko roześmiane głosy i plusk wody. Nikomu się nigdzie nie spieszy. Od godziny próbuję zapłacić za kawę, ale właściciel gdzieś sobie poszedł i wygląda na to, że ma w nosie moje 5000 kipów.

Muang Ngoi Neua ma tylko 800 mieszkańców i jest prawdziwą laotańską wioską przy rzece Nam Ou. Jeszcze w latach siedemdziesiątych ktoś wpadł na pomysł, że jakby tak otworzyć tu kilka guesthousów i restauracji z menu po angielsku, to może można by żyć z turystyki. Miał rację. Jest tu tak pięknie, że każdy, kto raz tu przyjedzie od razu zakocha się w tym miejscu. Pokryte dżunglą góry i spokojnie płynąca urokliwa rzeka sprawiają, że zwalniasz, chociaż wcale tego nie planowałeś.

Mieszkańcy wioski wpuścili białych do swojego świata i dają się im oglądać w swojej codzienności. Żyją jakby nigdy nic, ani się nie afiszują, ani nie krępują. Myją się i piorą w rzece, o świcie płyną na targ i kupują to, czego im brakuje na miejscu. Są sobą, chociaż żyją z tego, że goszczą i karmią zagranicznych turystów. Nie ma tu efektu zoo, biali czyli falang bezboleśnie współistnieją z lokalnymi. Nikt nikogo nie wytyka palcami, chociaż czasem trzeba po prostu przymknąć oko na bycie fotografowanym w trakcie popołudniowej toalety. Odmeldowuję się, bo za chwilę w wiosce na trzy godziny włączają prąd. Czas naładować baterie do aparatu. [-a.]

Dni na rzece Nam Ou

27 Mar

Ta inna strona Laotańczyków

26 Mar

Jeszcze w Luang Namtha dane nam było ujrzeć nową dla nas, imprezową stronę Laotańczyków.

Po pierwsze, na nocnym targu z jedzeniem, na który chodziliśmy na kolacje, pewnego wieczoru trafiliśmy na jakąś większą imprezę, podobno organizowaną przez rząd. Stoły były konkretnie zastawione i oczywiście  nie brakowało na nich obowiązkowego piwa Beerlao, które jest tu chlubą narodową. Tym razem nikt nie zapraszał, więc z pokorą obserwowaliśmy sytuację z boku. A był to widok wyjątkowy. Tradycyjny laotański taniec ludowy lam wong polega na tym, że duża grupa uczestników tworzy kilka kręgów i delikatnie się w nich porusza wykonując charakterystyczne łagodne ruchy rękami. Każdy tańczy sam i nikt nikogo nie dotyka. W połączeniu z tradycyjną laotańską muzyką obrazek jest aż nierealny.

Po drugie, gdy pewnego dnia udaliśmy się do pobliskiej restauracji na obiad, okazało się, że jest ósmy marca, a jak nam wszystkim wiadomo, ósmy marca to Międzynarodowy Dzień Kobiet. W Laosie to święto traktowane jest bardzo poważnie i kobiety w całym kraju w ten własnie dzień odbijają sobie wszelkie niesprawiedliwości, dyskryminacje i inne tego typu wyzyski. Gdy wchodziliśmy, żona właściciela lokalu była właśnie w trakcie wyśpiewywania jakiejś rzewnej ballady do swojej profesjonalnej maszynki karaoke. Wokoło walały się pirackie płyty kompaktowe z bardzo kolorowymi nadrukami, koleżanki gospodyni podrygiwały ochoczo wraz ze swymi dziećmi i matkami, psy się ganiały i ogólnie panował niezwykle przyjemny chaos i rozpasanie. Po odśpiewaniu kilku utworów właścicielka przybytku, która robiła jednocześnie za kelnerkę, chwiejnym krokiem podeszła do nas (byliśmy jedynymi klientami, bardzo możliwe, że jej pianie odstraszyło innych) i powiedziała, że przyjmie zamówienie pod warunkiem, że po zjedzeniu trochę z nimi potańczę i pośpiewam, bo to Dzień Kobiet i trzeba świętować. Następnie przyszła z butelką  Beerlao i bardzo bełkocząc nalała mi całą szklankę i powiedzmy sobie szczerze, nie pozostawiła żadnego wyboru, co do tego, co powinnam z nią zrobić. Gdy już uczyniłam to, co do mnie należało, zadowolona pogroziła Kubie palcem i powiedziała, że on dziś powinien mi cały dzień służyć, bo to jest nasz dzień i chociaż ten jeden dzień w roku kobieta powinna czuć się jak królowa. Następnie kazała mu klękać, całować się w rękę, przysięgać jej, że zrobi mi dzisiaj masaż i będzie mnie we wszystkim słuchał.  Nie wiem, jak bardzo laotańska kobieta jest na co dzień uciskana, ale jej oddanie sprawie było fascynujące i godne podziwu. Zachwycające było również to, jak ważne na drodze do tej chwilowej corocznej emancypacji było dla nich zalanie się w trupa. Koleżanki podchodziły do siebie znienacka i na siłę wlewały sobie nawzajem pół butelki piwa do buzi. Pluły, oblewały się całe i zaśmiewały do rozpuku. To nasz dzień! Ten jeden raz w roku to my się bawimy i nam się służy! Pamiętaj! To nie on dzisiaj pije, tylko Ty!! – krzyczały rozradowane. Miałam nadzieję, że zanim zjem, one zupełnie zapomną o mojej obietnicy. Ale nie. Jak tylko ostatni kęs wylądował w moich ustach, jeszcze zanim zdążyłam go przełknąć, pani domu już ciągnęła mnie za rękę w kierunku ich babskiego kółka. Dziękowałam Bogu, że dzień wcześniej podejrzałam trochę jak się tańczy, bo miałabym naprawdę spory problem z odnalezieniem się w tych rytmach. A tak, pewniejsza dzięki wcześniejszej wnikliwej oberwacji, ruszyłam bez wahania do boju i myślę, że wyszłam z niego obronną ręką. Dziewczyny były usatysfakcjonowane, ja zadowolona z siebie, Kuba wyraźnie rozbawiony, a właściciel trochę już znudzony tym całym cyrkiem z odwracaniem ról i myślę, że z utęsknieniem czekał końca tego męczącego dnia. [-a.]