Archiwum | Styczeń, 2011

Konkurs, awaria, za chwilę dalszy ciąg programu…

26 Sty

Dziękujemy bardzo wszystkim, którzy głosowali na nas w konkursie na Blog Roku. Niestety nie udało nam się przejść do następnego etapu, do czego potrzeba było około 200 głosów. Pieniądze się nie zmarnowały, bo poszły na szczytny cel, a nam może uda się następnym razem.

My już od kilku dni w Kambodży. Blog chwilowo stanął z powodu awarii laptopa, ale dzisiaj wyruszamy na dwudniową wycieczkę do Bangkoku, celem jego naprawy. Zaległe wpisy powinny pojawić się już za chwilkę. Prosimy czekać cierpliwie…

Hoszimin, czyli niezły sajgon

15 Sty

Niby nowa nazwa miasta na cześć wujka Ho jest oficjalną wersją, ale mieszkańcy i jak się okazało także i firmy transportowe ciagle wolą tę starą. My zresztą też, bo jakże piękna i wymowna jest w naszym języku. I przy niej zdecydowanie zostaniemy…

Sajgon miał być tylko kilkudniowym przystankiem, ale z kilku dni niespodziewanie zrobiły się prawie dwa tygodnie. A wszystko przez wizy, a właściwie przez naszą chęć ich przedłużenia. W Wietnamie spedzilismy już miesiąc, ale na dopełnienie naszego planu odwiedzenia delty Mekongu i wyspy Phu Quoc zabrakło nieco czasu. Widząc oferty taniego, ekspresowego załatwiania sprawy w kilku małych miejscowościach po drodze, byliśmy pewni, że w Sajgonie, największej w końcu metropolii, będzie podobnie. I tu spotkała nas niespodzianka. Szybki serwis okazał się drogi, a tryb normalny miał zająć ponad tydzień. Jako że zabraliśmy się za to późno, a w środku wypadł jeszcze sylwester, wyszło jeszcze dłużej. Energię dużych miast lubimy, a wizę tak czy inaczej potrzebowaliśmy, postanowiliśmy więc zostać i poeksplorować tutejsze życie.

Ciężko mi pisać o tym mieście. Nie ma tu spektakularnych atrakcji turystycznych, a największą jest chyba jego energia sama w sobie. Sajgonowi dużo bliżej do miast zachodnich niż jakiemukolwiek innemu miejscu w Wietnamie. Podobnie jak w Chinach, tak i tutaj północna część kraju to siedziba władzy a południe to ośrodek finansowy. W centrum miasta widać dużo drogich hoteli, butików, restauracji i centrów handlowych. Samochody są z górnej połki, ludzie ubierają się lepiej, a zaskakującą sprawą jest to, że można tu zobaczyć otyłe osoby, co gdzie indziej w Wietnamie zdarzało się bardzo rzadko. Klasyczna oznaka postępu…

Niesamowity w Sajgonie jest ruch uliczny. Niby świateł drogowych na skrzyżowaniach jest więcej niż w Hanoi, ale olbrzymia liczba dwuśladów zalewających ulice wygląda oszałamiająco. Nasza nowo nabyta umiejętność przechodzenia na drugą stronę jezdni została tutaj, z przymusu, dopracowana do perfekcji ale nawet po dwóch tygodniach obserwowanie fali motocykli i umiejętności ich kierowców było fascynujące.

Po zobaczeniu dwóch muzeów (oczywiście maksymalnie propagandowych), kilku budynków kolonialnych, marketów, pagód i smutnej, pozostawionej w nietkniętym stanie od upadku Sajgonu w 1975 r., siedzibie byłej, demokratycznej władzy, wpadliśmy w małą miejską rutynę. Codziennie rano śniadanie i kawa w ulubionym miejscu, spacer znanymi okolicznymi ulicami, ulubiony shake owocowy na rogu, małe wypady nad rzekę czy do Chinatown, a na koniec dnia książki i filmy o Wietnamie. Poczuliśmy się “prawie” jak w domu. Zastał nas też tutaj Sylwester, który był dla nas wyjątkowy. Spędziliśmy go na imprezie na środku kompletnie nieprzejezdnego, bo zakorkowanego ludźmi, skrzyżowania w backpackerskiej okolicy Pham Ngu Lao. A to wszystko pomiędzy barami z setkami tańczących białych turystów. Chaos, hałas, serpentyny. Niezły był sajgon… [-k.]

II etap konkursu na Blog Roku 2010 – głosowanie

14 Sty

To już drugi etap konkursu na Blog Roku 2010. Jeżeli podoba wam się nasz blog, pomózcie nam przejść do następnego etapu. Głosować na nas możecie wysyłając SMS o treści D00026 na numer 7122 (koszt 1,23 zł brutto). Dochód z SMSów będzie przekazany w całości na rehabilitację niepełnosprawnych.

Dokładne informacje na temat konkursu tutaj.

Chwilowy brak nowych wpisów spowodowany jest awarią laptopa, ale już wkrótce nadchodzi update.

Easy Riders, czyli wiatr we włosach

1 Sty

Po krawieckich przygodach w Hoi An, udaliśmy sie do Nha Trang, czyli popularnego nadmorskiego resortu. Nha Trang, poza odwiedzeniem jednej pagody z grubym buddą, nie zwiedzaliśmy wcale. Za to spacerowaliśmy po plaży, jedliśmy w restauracjach zachodnie jedzenie i odwiedzaliśmy okoliczne kluby i bary. Czyli dla odmiany zafundowaliśmy sobie takie klasyczne wakacyjne przyjemności – pisać o tym nie trzeba.

Następnym przystankiem było  górskie miasto Dalat – niegdyś ulubione miejsce francuskich kolonizatorów, uciekających przed upałem Sajgonu. Pozostawili oni tu po sobie wiele ciekawej architektury – głównie willi, ale oglądanie tych przybytków nie było naszym celem. Do Dalat przyjechaliśmy znaleźć przewodników na wycieczkę przez góry.

Easy Riders to, zainspirowana tytułem filmu, nazwa słynnej motocyklowej grupy przewodników założonej przez weteranów wojny wietnamskiej. Jest ona niestety kolejną w tym kraju instytucją posiadającą dziesiątki imitatorów. Pomysł całego przedsięwzięca to pokazanie turystom kraju od mniej uczęszczanej strony, jadąc przez przepiękne plenery – często trudno dostępne dla zagranicznych gości. To także szansa na poznanie historii prawdziwych ludzi i lekcja na temat miejsc i wydarzeń wojny wietnamskiej (tzn. amerykańskiej) od tych, którzy w niej bezpośrednio uczestniczyli. Oryginalni Easy Riderzy mieli swoje początki w Dalat, ale ludzi podających się za nich można spotkać na ulicach wielu dużych miast. Każdy z motorem (nie skuterem) i jako takim angielskim w kółko nagania turystów. “Want Easy Rider?”

Początkowo było około pięćdziesięciu zrzeszonych razem założycieli. Jednak z biegiem czasu, głównie z powodu różnic w wizji prowadzenia działalności, podzielili się na wiele mniejszych grup, często składających sie z lidera-weterana i jego młodszych współpracowników. Po wnikliwym rozeznaniu wybraliśmy nasz skład. Pan Hong, 62-letni weteran armii południowej, oraz Hiep i Lan – jego dwaj młodzi pomocnicy – stali się osobami, z którymi mieliśmy spędzić następnych kilka dni na drogach Wietnamu. Przyznam, że motory to środek transportu, którego zawsze się trochę bałem, a dodatkowo taka wycieczka miała być mocnym nadszarpnięciem naszego backpackerskiego budżetu. Decyzja o wyruszeniu w tę podróż nie przyszła więc łatwo. Na całe szczęście to zrobiliśmy i teraz mogę już śmiało powiedzieć, że były to nasze najlepiej dotąd spędzone dni w Wietnamie.

Po pierwsze – ludzie. Odwiedziliśmy kilka wiosek mniejszości etnicznych (H’mong, Ede i Khmerów), w których całe rodziny przywitały nas nieprawdopodbnie serdecznie. Od tych prostych ludzi emanowały niesamowite ciepło i radość, które ciężko opisać. Poza tym wszyscy byli zachwyceni naszą urodą i zafascynowani naszymi długimi nosami. Posiadanie tłumaczy pozwoliło nam na kontakt, którego sami nigdy byśmy nie nawiązali – nie mówiąc o dostaniu się do tych miejsc.

Po drugie – praca ludzi. Nasi przewodnicy zafundowali nam wiele postojów w bardzo ciekawych miejscach pracy lokalnych mieszkańców. Byliśmy na farmie jedwabników i w fabryce jedwabiu, w domowej wytwórni tofu, papieru ryżowego i łuskarni orzeszków, w przydrożnych pracowniach artystów rzeźbiących w drewnie (a dokładnie w korzeniach drzew) i marmurze. Zatrzymywaliśmy się na polach ryżowych, plantacjach pieprzu,  kawy i w jej małych przetwórniach. Widzieliśmy sady drzew kauczukowych i fabrykę wytwarzającą z nich gumę. Tych miejsc było jeszcze więcej, a w każdym z nich przewodnicy szczegółowo wyjaśniali nam cały proces. Nikt nas nie popędzał – mogliśmy spokojnie przyglądać się pracy ludzi, którzy zresztą za każdym razem bardzo cieszyli się z naszych odwiedzin. Obserwacje te dały nam  dużo do myślenia, bo pokazały skąd te różne rzeczy, które tak po prostu kupujemy na codzień, tak naprawdę się biorą i jak ciężką pracą są często okupione. Że te towary przed przybyciem na nasze półki jakiś zręczny Azjata zasadził, zerwał, wyprażył, obrał, obrobił, umył, wysuszył,  zmielił, zapakował i wysłał. Poza tym spryt i pracowitość Wietnamczyków robią naprawdę spore wrażenie. W końcu napędzają jedną z 20 najszybciej rozwijających się gospodarek świata.

Po trzecie – nasi Easy Riderzy. Pan Hong okazał się studnią wiedzy bez dnia. Mógł długo opowiadać o ludziach, o buddyzmie, o tutejszych zwyczajach, o wojnie. Te ostatnie historie robiły szczególne wrażenie, gdy zatrzymywaliśmy się przy zniszczonym przez bomby moście, kościele czy na fragmentach słynnego szlaku Hoszimina. Hiep i Lan doskonale uzupełniali pana Honga – będąc przewodnikami po wielu plantacjach czy zakładach. Innym benefitem podróżowania z Wietnamczykami było jedzenie, którego próbowanie z nimi w lokalnych restauracjach było dla nas całkiem nowym doświadczeniem. Dotąd kulinarne specjały poznawaliśmy trochę po omacku, a teraz ktoś w końcu nam objaśnił, co jest czym, z czym co się je i co jak się nazywa. Wszystko było naprawdę pyszne, a ceny na rachunkach magicznie okazywały się dużo niższe niż te, które dotąd sami płaciliśmy w restauracjach. Czary mary – inny cennik dla lokalnych. Dodatkowo wszyscy trzej są doskonałymi, doświadczonymi kierowcami i mimo totalnie nieprzewidywalnego i niebezpiecznego ruchu na drogach Wietnamu skutecznie omijali ryzykowne sytuacje i bardzo szybko pozwolili nam poczuć się swobodnie na siedzeniach pasażerów. Wspólne posiłki, a szczególnie te wieczorne, z obowiązkową wódką ryżową (happy water), ich poczucie humoru i niecodzienne osobowości na pewno zostaną z nami na długo.

Po czwarte – sceneria. Czterodniowa jazda na motorach przez przepiękne góry środkowego Wietnamu to coś, czego chyba nigdy nie zapomnimy. Małe laguny z nieuczęszczanymi przez turystów wodospadami czy malownicze przełęcze, gdzie nasi przewodnicy fundowali nam krótkie spacery, były zawsze przyjemnymi przerywnikami po długiej jeździe. Te góry to piękny zakątek świata, a wycieczka z Easy Riders to zdecydowanie najlepszy sposób na jego zobaczenie.

Pod koniec wyprawy, na której punkt docelowy wybraliśmy Sajgon, poważnie rozważaliśmy przedłużenie wyprawy o deltę Mekongu. Zrezygnowaliśmy tylko z powodów finansowych, ale zaraz po rozstaniu z naszymi przewodnikami zrobiło się jakoś pusto… Przez te cztery dni przywiązaliśmy się do nich i do tej przygody. Szkoda, że to już koniec… [-k.]