Dżungle Isanu

18 Mar

Na początek Tajlandii wybraliśmy nieco mniej popularny wśród turystów Isan, czyli północno-wschodnią część kraju. To co nas tam przyciągnęło to dwa parki narodowe Khao Yai i Nam Nao. Byliśmy też w Khon Kaen, Khorat i Pak Chong. Miastom tym kompletnie brakowało charakteru, dla nas pozostaną więc tylko kolejnymi punktami na mapie.

Tajlandia w porównaniu do sąsiadów jest mocno rozwiniętym krajem i podróżowanie po niej jest naprawde proste. Od samej granicy do pierwszego parku dotarliśmy bardzo łatwo, na dwie przesiadki pod drodze nie czekaliśmy prawie wcale. Dworce są dobrze oznakowane z różnymi klasami autobusów, częstymi kursami i ustalonymi, wydrukowanymi cenami. Dodatkowo Tajlandia posiada kilka linii pociągów, tanie linie lotnicze i świetną infrastukturę dla odwiedzających popularniejsze miejsca.

Pierwszy z parków na naszej trasie, Khao Yai, to najstarszy i drugi największy park narodowy Tajlandii. Jego teren to głównie porośnięte dżunglą góry z dzikimi małpami, słoniami, kilkunastoma jeszcze dzikimi (trzymającymi się z dala od ludzi) tygrysami i znalezionymi niedawno krokodylami. Dzień w parku spędziliśmy na dwóch małych trekach. Pierwszy 3,5-godzinny z przewodnikiem (z obowiązkową maczetą) zawiódł nas do wodospadu, z którego podobno Leonardo Di Caprio skakał w filmie „Niebiańska Plaża”. Niestety my odwiedziliśmy go w porze suchej, co oznaczało bardzo mało wody (i złamany kark Leo, gdyby spróbował teraz), ale miejsce i tak było imponujące. Drugi szlak, nieco krótszy, pokonaliśmy sami. Po drodze, w środku dżungli spotkaliśmy duże stado makaków szalejących na drzewach nad naszymi głowami. Trafiliśmy też na niesamowite show setek wielkich, kolorowych motyli przysiadających na dnie na wpół-suchej teraz rzeki. Powiedziano nam, że potrzebują soli zawartej w moczu większych zwierząt i dlatego w tak wielkich grupach zbierają się w miejscach, w których zwierzęta przychodzą do wodopoju. Doszliśmy też do tego fragmentu rzeki, gdzie rzekomo żerują krokodyle. Niestety (a może stety) nie było nam dane ich zobaczyć.

Drugi park, czyli Nam Nao, także oczarował nas od pierwszych kroków. Niestety po przejściu niecałego kilometra dopadła nas ulewa i to nie byle jaka, bo tropikalna. Zupełnie przemoknięci dobiegliśmy do biura parku. Tam rozebraliliśmy się, ile mogliśmy, rozwiesiliśmy nasze ciuchy i czekaliśmy na lepszą pogodę. Przerw w deszczu było niewiele i zaczęło się robić późno, więć poddaliśmy się i ruszyliśmy na główną drogę w celu zatrzymania jednego z ostatnich autobusów do miasta. I tutaj niemiła niespodzianka. Na drodze spędziliśmy 2,5 godziny i żaden autobus nawet nas nie minął. Byliśmy w środku olbrzymiego lasu, 80km od miasta i na dodatek zaczęło się robić ciemno, więc nie wyglądało to za fajnie.  I tu dopisało nam szczęście. Najpierw dwóch młodych Tajów podwiozło nas na pace do granicy parku, a potem strażnik parku bez pytania załatwił nam kolejnego stopa. Byliśmy w lekkim szoku wsiadając do wielkiego luksusowego samochodu, w którym starsza para oznajmiła nam, że jedzie do tego miasta, gdzie my i bez problemu nas tam zabierze. Nasi wybawcy okazali się niezwykle mili, niestety ich angielski był bardzo ograniczony i ich usilne próby porozumienia się były dla nas dość ciężkie (i komiczne). Brakowało im słowa, więc po naradzie spytali „Breakfast, lunch and… ?”. „Dinner!” – odpowiedzieliśmy zgodnie. ”Dinner!” – wykrzyknęli uradowani i zanim się obejrzeliśmy staliśmy przed restauracją. Zabrali nas do niej na wielką, wielodaniową kolację, za która zresztą uparli się zapłacić. Byliśmy już całkiem oszołomieni. Po ciężkich przeprawach językowych ze słowniczkiem, z ich dziećmi pomagającymi im telefonicznie i ich uroczą zaciętością, wytłumaczyli nam że on jest kimś w stylu naszego wojewody jednej z prowincji Tajlandii, a dodatkowo razem z żoną prowadzą farmę pieczarek i właściwie są monopolistami na całą północną Tajlandię, a grzybki, które jemy w jednym z dań z pewnością są ich produktem. Ot, taka niespodziewana wycieczka z VIP-ami. Po kolacji zostaliśmy odwiezieni pod same drzwi hotelu, który mimo ich nieznajomości miasta, odnaleźli z telefoniczą pomocą jednego z asystentów. Dodatkowo zaproponowali zawiezienie nas następnego dnia do kolejnego miasta (bo akurat ten cel pokrywał się z ich planami). Nie chcąc nadużywąc uprzejmości wycofaliśmy się z tej oferty, poza tym mimo najszczerszych chęci bariera językowa była mocno niezręczna. Podsumowując, pogoda położyła nasz plan na Nam Nao, ale za to powrót był w pięknym stylu. [-k.]

Advertisements

komentarze 3 to “Dżungle Isanu”

  1. REnata 18 marca 2011 @ 05:38 #

    podroze stopem, chocby nawet niespodziewane i nieplanowane, maja swoje uroki!!!! Happy St. Patrick’s Day (ach… u Was juz po…)!!! Zielone parki zamiast zielonego piwa – pozazdroscic!

  2. Ewa Ś. 19 marca 2011 @ 01:04 #

    piękne widoki, piękne ujęcia. Szerokiej drogi no i ciepła:))

  3. Florian 30 października 2015 @ 10:31 #

    mega:) zdjecia robią wrażenie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: