Archive | Wietnam RSS feed for this section

Phu Quoc, czyli przeklęta wyspa

4 Lu

Phu Quoc miało być superprzyjemnym zakończeniem naszego pobytu w Wietnamie. Nagrodą po trudach (hehe, dobre sobie) zwiedzania dużych głośnych miast, ciasnych tuneli, ciemnych jaskiń, smutnych cmentarzy wojskowych. Rekompensatą za cierpliwe wdychanie smogu i pyłu, za pokorne poddawanie się ogłuszaniu klaksonami, za jedzenie z talerzy przecieranych jedynie brudną reklamówką. Wisienką na torciku. Odpoczynkiem.

Phu Quoc leży w Zatoce Tajlandzkiej, tuż przy wybrzeżu Kambodży. Jest najwiekszą wyspą Wietnamu, słynącą z dwóch tradycyjnych produktów: sosu rybnego (nuoc mam) oraz czarnego pieprzu. Ostatnio zaczęto zakładać tu także farmy pereł. Phu Quoc było kiedyś senną wyspą żyjącą swoim życiem i swoim tempem. Do czasu wojny domowej, kiedy to założono tu największy obóz jeniecki Południowego Wietnamu. Obecnie Phu Quoc to popularna atrakcja turystyczna, reklamowana jako wyspa pustych rajskich plaż i niezrównanych w smaku owoców morza. Tego nam było trzeba. Czasu na spokojne pożegnanie się z Wietnamem, na dokończenie jednych książek i zaczęcie następnych, tych o Kambodży. Taką mieliśmy wizję. My, świeża opalenizna, stosy ciekawych lektur na białym piasku, bezstresowa nauka pływania w przezroczystej turkusowej wodzie (bo ja dalej się boję), potem spokojne zwiedzanie bezdroży wyspy na motorze, a wieczorem niespieszne delektowanie się przysmakami lokalnej kuchni i oczywiście nadrabianie zaległości w pisaniu bloga. Rzeczywistość bardzo szybko zweryfikowała nasze wyobrażenia.

Południowa plaża Sao, opisywana w przewodniku jako skrawek ziemi zupełnie nieskażony cywilizacją, okazała się wybrzeżem zaśmieconym wszystkim co możliwe z trzema hotelami, w których nie dość że prawie nie było wolnych pokoi, to jeszcze te, co były zupełnie nie pasowały jakością do swej ceny. Opcje jedzeniowe ograniczały się do kilku zrobionych pod turystów restauracji z cenami, które również nas nieprzyjemnie zaskoczyły. Zostaliśmy ta jedną noc i na dobry początek pobytu na wyspie, zgubiliśmy portfel.

Na drugi dzień przenieśliśmy się na zachód wyspy, w okolice miasta Duong Dong, gdzie znaleźliśmy niedrogi i bardzo przyjemny dwupokojowy bungalow, który wydawał się być idealnym na nasz długo wyczekiwany tygodniowy odpoczynek.  Ku naszej wielkiej zgryzocie, przy rozpakowywaniu plecaków odkryliśmy, że ekran naszego laptopa pękł na pół. Dół. Maksymalny dół. Głupi wydatek, a do tego niepotrzebny kłopot, bo z Sajgonu już wyjechaliśmy, następne duże miasto to Phnom Penh, ale to najwcześniej za tydzień i i tak nie wiadomo, czy tam nam pomogą. Czyli życie to nie bajka, nawet na tropikalnej wyspie.

Żeby sobie do końca nie psuć humoru, postanowiliśmy wypożyczyć skuter i pojechać na północ wyspy, gdzie plaże są podobno najpiękniejsze, a do tego można się nimi cieszyć tylko we własnym towarzystwie. Skuszeni tą perspektywą wyruszyliśmy na podbój raju. Okolice rzeczywiście były niesamowite, duże plantacje pieprzu wyglądały naprawdę imponująco, a znaczną część wybrzeża pokrywały rozłożone na ziemi płachty z suszącymi się na słońcu srebrnymi rybkami anchois, z których poźniej powstaje podobno najlepszy na świecie sfermentowany sos rybny. Było pięknie, wręcz sielsko…  dopóki… nie pośliznęliśmy się na zakamuflowanej kupce piasko-żwiru i nie wylądowaliśmy na czerwonej ziemi, poobijani, umorusani, a co poniektórzy nawet z zupełnie rozharatanym kolanem. Do szpitala mieliśmy godzinę jazdy, a z kolana najzwyczajniej w świecie wystawało kapiące krwią mięso. Było ciężko, ale cóż. W końcu dojechaliśmy, a jakieś całkiem sympatyczne, aczkolwiek nie mówiące słowa po angielsku, wietnamskie dzieci (no, przynajmniej wyglądały na nie więcej niż 16 lat) sprawnie opatrzyły rany, a nawet zawołały prawdziwego doktora do zaszycia nieszczęsnego kolana. Cała operacja opatrywania i zakładania pięciu, jak się okazało, szwów, poszła niezwykle sprawnie, kosztowała niedrogo, a pacjent żyje i ma się dobrze. Po dotarciu do hotelu zauważyliśmy, że nie tylko kierowca był poszkodowany. Skuter nie prezentował się zbyt dobrze, no i ten wydatek również trzeba było pokryć. Hurra!

Podsumowując nasz wypoczynek na Phu Quoc, z książek udało nam się przeczytać zaledwie po jednej, opalaliśmy się niewiele, z blogiem nic nie ruszyliśmy do przodu, rybą się zatrułam, pływać nie zdążyłam się nauczyć, a dodatkowo zgubiliśmy portfel, a także, jak się okazało w ostatni dzień, mały aparat, zepsuliśmy komputer, no i  mieliśmy wypadek na motorze. Wyspa jest piękna, chociaż może nie aż tak, jak o niej piszą, a nam, zważywszy na okoliczności, wydała się przeklęta. Tak jakby duchy więzionych tu kiedyś partyzantów z Wietkongu odbijały sobie poniesione krzywdy. A kysz! [-a.]

Nie-miasto nocą, czyli jak się wymigać od śpiewania karaoke po wietnamsku

3 Lu

Są takie miejsca, do których przyjeżdża się tylko po to, żeby od razu udać się gdzie indziej. My zaliczyliśmy do takich Rach Gia czyli miasto, w którym nocuje się tylko po to, żeby wczesnym rankiem wsiąść na prom i wyruszyć w kierunku rzekomo rajskiej wyspy Phu Quoc. Trochę z przekory postanowiliśmy wieczorkiem zrobić mały rekonesans po okolicy, no bo to przecież niemożliwe, żeby tam tak całkiem nic nie było. Zwabieni odgłosami hucznej zabawy, czytaj: wietnamskiego popu w wersji karaoke, dochodzącymi z pobliskiej uliczki miedzy guesthousami, postanowiliśmy spróbować swego szczęścia. W miarę zbliżania się do źródła tego tak dobrze rokującego hałasu, naszym oczom stopniowo ukazywały się suto zastawione stoły, tabuny usadzonych przy nich postaci, krążące między dziesiątkami dłoni kieliszki, i w końcu całe masy uśmiechniętych twarzy. Zanim zorientowaliśmy się, co się dzieje, już siedzieliśmy przy honorowym stole, już nakładano nam smakołyki z dużych komunalnych talerzy do naszych osobistych miseczek, już polewano wino ryżowe do jedynego na stole kieliszka.  (Uwaga! Tutaj pije się inaczej niż u nas – obowiązuje zasada „nalej i daj komuś, kogo lubisz, a ten z kolei lubianej przez siebie osobie może zaproponować wypicie kieliszka na spółkę”. Wynik: wszyscy wstawieni, ale nikt nie narąbany.) Po kilkunastu minutach okazało się, że trafiliśmy na coś , co nazwałabym „przedweselem”, czyli imprezę organizowaną przez stronę panny młodej dla jej rodziny i przyjaciół w przeddzień ślubu. (Podejrzewamy, że pan młody wraz ze swoją ekipą bawią się w tym czasie w ten sam sposób, ale nie jest to informacja sprawdzona). Panna młoda wydawała się bardzo uszczęśliwiona naszym nieoczekiwanym przybyciem. Wyglądało to tak, jakbyśmy, o dziwo, przydali prestiżu, a przynajmniej uroku jej imprezie. Przedstawiła nas swojemu tacie (nie pytajcie jak), zwinnie dostawiała krzesła do naszego szybko zapelniającego się stołu (każdy chciał pić z białym, w końcu rzadko przytrafia się taka okazja), posadziła koło nas swojego nauczyciela z uniwerku, który wyraźnie był jej najważniejszym gościem przy tym stole. Śmiała się, przyprowadzała nowych znajomych, dokładała mięsiw, sajgonek, warzyw, owoców, zup i ryżu. Atmosfera robiła się coraz gorętsza, coraz więcej gości odważało się śpiewać do mikrofonu. W końcu wydawało się, że i nam się nie upiecze i jak nic, będzie trzeba śpiewać. I pogodziłam sie z tym nadchodzącym upokorzeniem. Gdy jednak okazało się, że śpiewać można tylko po wietnamsku i to bez napisów (nie żeby pisany po wietnamsku tekst utworu jakoś mógł nam pomóc..), udało się nam wytargować zamianę śpiewu na taniec na środku parkietu. Pląsaliśmy jak te rusałki w rytm lokalnych przyśpiewek i śmiechu było co niemiara. Jak sie domyślacie, zabawa byla przednia… [-a.]

Delta Mekongu, czyli Waterworld

2 Lu

Większą część tej jednej z największych delt świata Khmerzy stracili w XVIII wieku na rzecz Wietnamu. Khmerów zostało już tam niewielu, za to Wietnamczycy zrobili z tego regionu gigantyczną plantację ryżu. Wietnam jest obecnie drugim po Tajlandii największym jego eksporterem, a ponad połowa jego pochodzi właśnie stąd. Ryż i gęsta siatka kanałów delty wywarły wpływ na życie tutejszych ludzi, dla których rzeka jest drogą komunikacji i handlu, a dla tych posiadających pływające łódki/domy także miejscem do życia.

Nasze zwiedzanie zaczęliśmy w mieście Vinh Long, w którym to zaraz po przyjeździe wynajęliśmy łódkę z przewodnikiem na następny dzień. Mieliśmy odwiedzić jeden ze słynnych pływających targów, wyspy, ogród drzewek bonzai i kilka innych miejsc. Niestety był to lekki niewypał i popełniliśmy błąd płacąc za nią w całości z góry. Angielski pani sprzedającej nam tour był całkiem niezły, niestety samego przewodnika ograniczał się do kilku słów. Po całkiem ładnym wschodzie słońca (zaczęliśmy płynąć o 6:30 rano) i około godzinie podróży głównym kanałem rzeki dotarliśmy do pływającego rynku, który niestety był totalnym rozczarowaniem. Kilka dużych łodzi z silnikami, które wyglądały na małe hurtownie. Nie było ani gęsto, ani barwnie, ani nie udało się kupić nic do jedzenia. Następnym przystankiem była wyspa, na której zostaliśmy zabrani do turystycznej mini restauracji (czyli sklepu z miodem). Przed nią stał mały ul, a uśmiechnięty pracownik zrobił nam 10-sekundową prezentację plastra z pszczołami,a następnie zaprosił nas na płatną degustację produktów. Miód, pszczoły i ul specjalną atrakcją dla nas nie są, więc podziękowaliśmy i ruszyliśmy dalej. Po kolejnej godzinie płynięcia zorientowaliśmy się, że nasz kierowca zabiera nas z powrotem do bazy! Po naszych protestach i krótkiej dyskusji (w większości na migi) łaskawie zabrał nas jeszcze do ogrodu drzewek bonzai, w którym pośród różnych roślin bonzai niestety nie było (!) i do fabryki cegieł, gdzie niewiele się akurat działo, chociaż spacer po jej terenie był ciekawy. Po wypadzie pozostał niesmak i niedosyt. Kolejną próbę zwiedzania postanowiliśmy podjąć w Can Tho, czyli największym mieście delty.

Tu już było dużo lepiej. Wyruszyliśmy znowu o świcie (tym razem mniej spektakularnym,bo przy większym zachmurzeniu) i po około godzinie dotarliśmy do pierwszego targu. Ten już wyglądał ciekawiej, chociaż tu też królowały duże łodzie hurtowników. Za to targ w Phong Dien, oddalony o kolejne 2 godziny był naprawdę fajny. Tu już była sprzedaż detaliczna, małe wiosłowe łódki,  pyszne ryżowe placki i chwilami robiło się całkiem tłoczno i kolorowo. W drodze powrotnej popłynęliśmy malutkimi bocznymi kanałami, które były po prostu przepiękne. Plantacje ryżu, wodne palmy kokosowe i praktycznie brak innych ludzi. Sama ta trasa, która trwała dobre dwie godziny, warta była wydanych pieniędzy. Oryginalnie w naszych planach była głębsza, rowerowa eksploracja delty, ale jakoś po tej wycieczce poczuliśmy że jesteśmy już gotowi na… naszą pierwszą w życiu tropikalną wyspę. [-k.]

Hoszimin, czyli niezły sajgon

15 Sty

Niby nowa nazwa miasta na cześć wujka Ho jest oficjalną wersją, ale mieszkańcy i jak się okazało także i firmy transportowe ciagle wolą tę starą. My zresztą też, bo jakże piękna i wymowna jest w naszym języku. I przy niej zdecydowanie zostaniemy…

Sajgon miał być tylko kilkudniowym przystankiem, ale z kilku dni niespodziewanie zrobiły się prawie dwa tygodnie. A wszystko przez wizy, a właściwie przez naszą chęć ich przedłużenia. W Wietnamie spedzilismy już miesiąc, ale na dopełnienie naszego planu odwiedzenia delty Mekongu i wyspy Phu Quoc zabrakło nieco czasu. Widząc oferty taniego, ekspresowego załatwiania sprawy w kilku małych miejscowościach po drodze, byliśmy pewni, że w Sajgonie, największej w końcu metropolii, będzie podobnie. I tu spotkała nas niespodzianka. Szybki serwis okazał się drogi, a tryb normalny miał zająć ponad tydzień. Jako że zabraliśmy się za to późno, a w środku wypadł jeszcze sylwester, wyszło jeszcze dłużej. Energię dużych miast lubimy, a wizę tak czy inaczej potrzebowaliśmy, postanowiliśmy więc zostać i poeksplorować tutejsze życie.

Ciężko mi pisać o tym mieście. Nie ma tu spektakularnych atrakcji turystycznych, a największą jest chyba jego energia sama w sobie. Sajgonowi dużo bliżej do miast zachodnich niż jakiemukolwiek innemu miejscu w Wietnamie. Podobnie jak w Chinach, tak i tutaj północna część kraju to siedziba władzy a południe to ośrodek finansowy. W centrum miasta widać dużo drogich hoteli, butików, restauracji i centrów handlowych. Samochody są z górnej połki, ludzie ubierają się lepiej, a zaskakującą sprawą jest to, że można tu zobaczyć otyłe osoby, co gdzie indziej w Wietnamie zdarzało się bardzo rzadko. Klasyczna oznaka postępu…

Niesamowity w Sajgonie jest ruch uliczny. Niby świateł drogowych na skrzyżowaniach jest więcej niż w Hanoi, ale olbrzymia liczba dwuśladów zalewających ulice wygląda oszałamiająco. Nasza nowo nabyta umiejętność przechodzenia na drugą stronę jezdni została tutaj, z przymusu, dopracowana do perfekcji ale nawet po dwóch tygodniach obserwowanie fali motocykli i umiejętności ich kierowców było fascynujące.

Po zobaczeniu dwóch muzeów (oczywiście maksymalnie propagandowych), kilku budynków kolonialnych, marketów, pagód i smutnej, pozostawionej w nietkniętym stanie od upadku Sajgonu w 1975 r., siedzibie byłej, demokratycznej władzy, wpadliśmy w małą miejską rutynę. Codziennie rano śniadanie i kawa w ulubionym miejscu, spacer znanymi okolicznymi ulicami, ulubiony shake owocowy na rogu, małe wypady nad rzekę czy do Chinatown, a na koniec dnia książki i filmy o Wietnamie. Poczuliśmy się “prawie” jak w domu. Zastał nas też tutaj Sylwester, który był dla nas wyjątkowy. Spędziliśmy go na imprezie na środku kompletnie nieprzejezdnego, bo zakorkowanego ludźmi, skrzyżowania w backpackerskiej okolicy Pham Ngu Lao. A to wszystko pomiędzy barami z setkami tańczących białych turystów. Chaos, hałas, serpentyny. Niezły był sajgon… [-k.]

Easy Riders, czyli wiatr we włosach

1 Sty

Po krawieckich przygodach w Hoi An, udaliśmy sie do Nha Trang, czyli popularnego nadmorskiego resortu. Nha Trang, poza odwiedzeniem jednej pagody z grubym buddą, nie zwiedzaliśmy wcale. Za to spacerowaliśmy po plaży, jedliśmy w restauracjach zachodnie jedzenie i odwiedzaliśmy okoliczne kluby i bary. Czyli dla odmiany zafundowaliśmy sobie takie klasyczne wakacyjne przyjemności – pisać o tym nie trzeba.

Następnym przystankiem było  górskie miasto Dalat – niegdyś ulubione miejsce francuskich kolonizatorów, uciekających przed upałem Sajgonu. Pozostawili oni tu po sobie wiele ciekawej architektury – głównie willi, ale oglądanie tych przybytków nie było naszym celem. Do Dalat przyjechaliśmy znaleźć przewodników na wycieczkę przez góry.

Easy Riders to, zainspirowana tytułem filmu, nazwa słynnej motocyklowej grupy przewodników założonej przez weteranów wojny wietnamskiej. Jest ona niestety kolejną w tym kraju instytucją posiadającą dziesiątki imitatorów. Pomysł całego przedsięwzięca to pokazanie turystom kraju od mniej uczęszczanej strony, jadąc przez przepiękne plenery – często trudno dostępne dla zagranicznych gości. To także szansa na poznanie historii prawdziwych ludzi i lekcja na temat miejsc i wydarzeń wojny wietnamskiej (tzn. amerykańskiej) od tych, którzy w niej bezpośrednio uczestniczyli. Oryginalni Easy Riderzy mieli swoje początki w Dalat, ale ludzi podających się za nich można spotkać na ulicach wielu dużych miast. Każdy z motorem (nie skuterem) i jako takim angielskim w kółko nagania turystów. “Want Easy Rider?”

Początkowo było około pięćdziesięciu zrzeszonych razem założycieli. Jednak z biegiem czasu, głównie z powodu różnic w wizji prowadzenia działalności, podzielili się na wiele mniejszych grup, często składających sie z lidera-weterana i jego młodszych współpracowników. Po wnikliwym rozeznaniu wybraliśmy nasz skład. Pan Hong, 62-letni weteran armii południowej, oraz Hiep i Lan – jego dwaj młodzi pomocnicy – stali się osobami, z którymi mieliśmy spędzić następnych kilka dni na drogach Wietnamu. Przyznam, że motory to środek transportu, którego zawsze się trochę bałem, a dodatkowo taka wycieczka miała być mocnym nadszarpnięciem naszego backpackerskiego budżetu. Decyzja o wyruszeniu w tę podróż nie przyszła więc łatwo. Na całe szczęście to zrobiliśmy i teraz mogę już śmiało powiedzieć, że były to nasze najlepiej dotąd spędzone dni w Wietnamie.

Po pierwsze – ludzie. Odwiedziliśmy kilka wiosek mniejszości etnicznych (H’mong, Ede i Khmerów), w których całe rodziny przywitały nas nieprawdopodbnie serdecznie. Od tych prostych ludzi emanowały niesamowite ciepło i radość, które ciężko opisać. Poza tym wszyscy byli zachwyceni naszą urodą i zafascynowani naszymi długimi nosami. Posiadanie tłumaczy pozwoliło nam na kontakt, którego sami nigdy byśmy nie nawiązali – nie mówiąc o dostaniu się do tych miejsc.

Po drugie – praca ludzi. Nasi przewodnicy zafundowali nam wiele postojów w bardzo ciekawych miejscach pracy lokalnych mieszkańców. Byliśmy na farmie jedwabników i w fabryce jedwabiu, w domowej wytwórni tofu, papieru ryżowego i łuskarni orzeszków, w przydrożnych pracowniach artystów rzeźbiących w drewnie (a dokładnie w korzeniach drzew) i marmurze. Zatrzymywaliśmy się na polach ryżowych, plantacjach pieprzu,  kawy i w jej małych przetwórniach. Widzieliśmy sady drzew kauczukowych i fabrykę wytwarzającą z nich gumę. Tych miejsc było jeszcze więcej, a w każdym z nich przewodnicy szczegółowo wyjaśniali nam cały proces. Nikt nas nie popędzał – mogliśmy spokojnie przyglądać się pracy ludzi, którzy zresztą za każdym razem bardzo cieszyli się z naszych odwiedzin. Obserwacje te dały nam  dużo do myślenia, bo pokazały skąd te różne rzeczy, które tak po prostu kupujemy na codzień, tak naprawdę się biorą i jak ciężką pracą są często okupione. Że te towary przed przybyciem na nasze półki jakiś zręczny Azjata zasadził, zerwał, wyprażył, obrał, obrobił, umył, wysuszył,  zmielił, zapakował i wysłał. Poza tym spryt i pracowitość Wietnamczyków robią naprawdę spore wrażenie. W końcu napędzają jedną z 20 najszybciej rozwijających się gospodarek świata.

Po trzecie – nasi Easy Riderzy. Pan Hong okazał się studnią wiedzy bez dnia. Mógł długo opowiadać o ludziach, o buddyzmie, o tutejszych zwyczajach, o wojnie. Te ostatnie historie robiły szczególne wrażenie, gdy zatrzymywaliśmy się przy zniszczonym przez bomby moście, kościele czy na fragmentach słynnego szlaku Hoszimina. Hiep i Lan doskonale uzupełniali pana Honga – będąc przewodnikami po wielu plantacjach czy zakładach. Innym benefitem podróżowania z Wietnamczykami było jedzenie, którego próbowanie z nimi w lokalnych restauracjach było dla nas całkiem nowym doświadczeniem. Dotąd kulinarne specjały poznawaliśmy trochę po omacku, a teraz ktoś w końcu nam objaśnił, co jest czym, z czym co się je i co jak się nazywa. Wszystko było naprawdę pyszne, a ceny na rachunkach magicznie okazywały się dużo niższe niż te, które dotąd sami płaciliśmy w restauracjach. Czary mary – inny cennik dla lokalnych. Dodatkowo wszyscy trzej są doskonałymi, doświadczonymi kierowcami i mimo totalnie nieprzewidywalnego i niebezpiecznego ruchu na drogach Wietnamu skutecznie omijali ryzykowne sytuacje i bardzo szybko pozwolili nam poczuć się swobodnie na siedzeniach pasażerów. Wspólne posiłki, a szczególnie te wieczorne, z obowiązkową wódką ryżową (happy water), ich poczucie humoru i niecodzienne osobowości na pewno zostaną z nami na długo.

Po czwarte – sceneria. Czterodniowa jazda na motorach przez przepiękne góry środkowego Wietnamu to coś, czego chyba nigdy nie zapomnimy. Małe laguny z nieuczęszczanymi przez turystów wodospadami czy malownicze przełęcze, gdzie nasi przewodnicy fundowali nam krótkie spacery, były zawsze przyjemnymi przerywnikami po długiej jeździe. Te góry to piękny zakątek świata, a wycieczka z Easy Riders to zdecydowanie najlepszy sposób na jego zobaczenie.

Pod koniec wyprawy, na której punkt docelowy wybraliśmy Sajgon, poważnie rozważaliśmy przedłużenie wyprawy o deltę Mekongu. Zrezygnowaliśmy tylko z powodów finansowych, ale zaraz po rozstaniu z naszymi przewodnikami zrobiło się jakoś pusto… Przez te cztery dni przywiązaliśmy się do nich i do tej przygody. Szkoda, że to już koniec… [-k.]

Hoi An, czyli sukienkowy amok

30 Gru

Może i Hoi An kiedyś, na początku naszej ery, mogło pochwalić się największym w Azji Południowo-Wschodniej portem. Może i było do XIV w. handlową stolicą królestwa Czampa. Może i do XVIII w. stanowiło najważniejszy port handlowy w tej części świata. Może i teraz jest miejscem przecudownym, choć bardzo turystycznym. Może i jego stare miasto to bardzo dobrze zachowany przykład architektury miasta portowego Azji Południowo-Wschodniej XV-XIX w. Może i tak. Dla nas jednak liczyło się co innego. Wymyślić krój, wybrać materiał, wywalczyć cenę, zdążyć na przymiarkę i w końcu odebrać… Sukienkę, oczywiście. A raczej sukienki…

Hoi An to turystyczne miasteczko położone na południowo-środkowym wybrzeżu Wietnamu nad Morzem Południowochińskim. Oprócz niesamowitej architektury oraz  licznych sklepików z lokalnym rzemiosłem turystów przyciąga tu perspektywa zamówienia garderoby u prawdziwego krawca, który to uszyje wszystko, co tylko możliwe, od torebek, poprzez spodnie, sukienki, garnitury, płaszcze, aż po buty. I wszystko na miarę. Całe stare miasto to rzędy zakładów krawieckich. Jeden za drugim, wszystkie wyglądające identycznie, ze zwojami identycznych materiałów,  prześcigające  się w sposobach zatrzymania potencjalnego klienta. Adidas? Najki? Ju pik from di kaatalog, noł problem, tu ałers! I rzeczywiście. Niewiarygodne, ale prawdziwe. W kilka godzin możesz zostać szczęśliwym (lub nie) posiadaczem dowolnie zaprojektowanych, tudzież skopiowanych, butów sportowych, mokasynów czy też sandałów. To samo z ciuchami. Za 30 dolarów uszyją Ci według upodobania dowolny płaszczyk, a za 80 nawet całkiem porządny garnitur. No cóż. Broniłyśmy się z koleżanką Beatą jakieś 3 godziny, a potem poległyśmy jak miliony przed nami. A jak to się stało? No przede wszystkim namowy pań ekspedientek padły na bardzo podatny grunt. Ja na przykład dołożyłam przed wyjazdem wszelkich starań, żeby mój plecak był bardzo lekki i niewielkich rozmiarów. Udało się, ale niestety kosztem stylu, a co za tym idzie, mojego samopoczucia. No bo ile w końcu można nosić te same spodnie, niezależnie od  kontekstu, okazji,otoczenia. Może i szybko schnną, za bardzo się nie brudzą, ani nie gniotą, ale kobieta nawet w długiej podróży i tak pozostaje kobietą i wyglądać chce zawsze ładnie. Jeśli więc wśród straganów ze świeżymi warzywami znienacka dopadnie ją przemiła Wietnamka w średnim wieku, nieprzerwanie prawiąca jej komplementy na temat rozmiaru jej boskich oczu, dopytująca się o kraj pochodzenia i z prawdziwym entuzjazmem zapraszająca do swojego sklepu mieszczącego się podobno tuż za rogiem, ta na pewno się skusi. Sklep zazwyczaj okazuje się jedną z wielu pracowni krawieckich, gdzie przed oczami omamionej już ofiary, rozkładane są rozliczne katalogi mody, nierzadko będące wycinkami z prasy brukowej ukazującymi przeróżne sławne osoby w rozmaitych kreacjach. Do tego, Bogu ducha winną turystkę nagle otacza zwarty krąg doradców, którzy proponują jej obmacanie wielu kolorowych zwojów materiału, oczywiście w celu wybrania tego najbardziej odpowiadającego klientce. Potem już tylko negocjacje cenowe i wyznaczenie terminu pierwszej przymiarki (zazwyczaj jest to jakieś parę godzin później). Uff. W oczekiwaniu na ten termin można niby sporo zrobić, zobaczyć, zwiedzić, tylko że sprawa się komplikuje, jeśli omamione kobiety są dwie, a każda z nich z utęsknieniem czeka na więcej niż jedną sukienkę. Wtedy przymiarki zazębiają się czasowo, uniemożliwiając tym samym  jakąkolwiek bardziej ambitną aktywność turystyczną. Nam właśnie przytrafiło się coś takiego i aż wstyd się przyznać, ale przez 2 dni wszystkie decyzje musieliśmy podejmować mając na uwadze ustaloną wcześniej wizytę u krawca. Z sukienek i tak nie jesteśmy w 100% zadowolone, no bo jak w takim pośpiechu można wymyśleć sukienkę, która byłaby i ładna, i praktyczna w podróży, ale przynajmniej zasmakowałyśmy tego typowego dla Hoi An doświadczenia. Jedynym poszkodowanym był chyba Kuba, który snuł się za nami od krawca do krawca z iście anielską cierpliwością, bacznie pilnując, byśmy zawsze trafiały do właściwego zakładu o właściwej porze, a nawet powstrzymując nas od składania nowych zamówień na nowe sukienki. Rezultat: Beata 3, Ja 2. Nie jest źle. A do tego Hoi An jest naprawdę piękne. [-a.]

Vinh Moc, czyli życie podziemne

27 Gru

Wyobraźcie sobie wioskę, której mieszkańcy wystraszeni wojną i bombardowaniami zaczynają wszelkimi dostępnymi narzędziami kopać w ziemi tunele.  Tworzą w ten sposób swoje podziemne miasto i przeprowadzają się do niego, aby przeczekać działania wojsk. Mieszkają tam ponad pięć lat, organizując w miarę możliwośći „normalne” życie społeczne. Takich wiosek w tzw. strefie zdemilitaryzowanej (wzdłuż dawnej granicy między Wietnamem południowym i północnym) było ponad sto, ale jedynymi tunelami, których nie zniszczyły bomby lub deszcze są właśnie te w Vinh Moc, do którego, przyciągnięci tą niesamowitą historią, przybyliśmy z pobliskiego Dong Ha. Pan Hoa, czyli nasz przewodnik, całe życie mieszkał w tej okolicy, a pod koniec wojny walczył nawet w armii południowej.  Okazał się świetnym wyborem i prawdziwą kopalnią wiedzy o tym terenie.

W położonym na skarpie pięknego wybrzeża Morza Chińskiego Vinh Moc  mieszkało w tym okresie około 400 osób. Budowa tuneli, mających łącznie dwa kilometry (!), trwała ponad dwa lata. Ten labirynt ciasnych korytarzy i maleńkich pomieszczeń dla całych rodzin zajmuje trzy poziomy (najniższy na prawie 30 metrach głębokości), posiada 13 wejść, z których 7 wychodzi na skarpę nad morzem, którym z pobliskiej wyspy dostarczano zaopatrzenie. „Miasto” wykopane w gliniasto-skalnym podłożu okazało się skuteczną kryjówką przed nalotami. W ciągu 5 lat armia USA zrzuciła na ten teren ponad 9000 ton bomb (!), które zniszczyły absolutnie wszystko na powierzchni, zostawiając wiele olbrzymich lejów, które pozostały tam do dziś. O dziwo ani jedna z osób żyjących tam przez te pięć koszmarnych lat nie straciła życia. Co więcej, pod ziemią w tym okresie urodziło się siedemnaścioro dzieci (które przez brak kontaktu ze światłem słonecznym miały później problemy z oczami i skórą). Zadziwiającym jest jak sprytnie wieśniacy zoorganizowali życie w tunelach. Była tam kuchnia, mały szpital, pomieszczenie położnicze, magazyny, ubikacje, system wentylacji, otwory i baseniki do zbierania wody deszczowej, a nawet sala spotkań, w której projekcje filmów (tak, mieli nawet projektor wystawiony teraz w tamtejszym małym muzeum), słuchanie radia i występy muzyczne (!) umilały ciężkie życie w izolacji. Amerykanie byli bezradni.  Nawet nowe specjalne bomby, mające za zadanie niszczyć takie tunele, potrafiły spenetrować tylko ich pierwsze 10 metrów, a jedyna z nich, która trafiła do środka tych w Vinh Moc – nie eksplodowała. Stworzyła za to dodatkowy wlot powietrza dla ukrywających się. Tunele, całkowiecie nietknięte, przetrwały do dziś. Jedynymi zmianami było umocnienie wejść i pierwszych kilku metrów przy każdym z nich. Nasza, prawie godzinna, wycieczka pod ziemię wprawiła nas w osłupienie.  Szerokość tuneli to średnio około 80 cm, a wysokość to często mniej niż 180 cm, więc większość trasy musieliśmy iść schyleni. Wielkość rodzinnych pokojów to gabaryty takiego większego kartonu po lodówce.  Brak światła, duchota i totalnie klaustrofobiczne uczucie bardzo szybko nas zmęczyły. Ciężko sobie wyobrazić, jak ludzie mogli żyć w takich warunkach i to tak długo. Jako współczesny dodatek, wewnątrz tuneli powstawiano tu i ówdzie kiczowate plastikowe atrapy siedzących na ziemi ludzi czy nawet całych rodzin, mających obrazować życie w Vinh Moc. Można się nieźle przestraszyć natykając się w ciemności na taką atrakcję. Natomiast małe muzeum znajdujące się na powierzchni świetnie wprowadza w klimat, prezentując wiele przedmiotów i zdjęć z tamtego czasu.

Poza tunelami, Hoa pokazał nam słynny most na rzece Ben Hai, która była dawną granicą, zardzewiałe już, porośnięte krzakami amerykańskie czołgi i jeden z wielu tamtejszych cmentarzy wojskowych. Chowano na nich wyłącznie żołnierzy armii komunistycznej północy, bo ciała tych z armii południa odsyłane były do ich rodzinnych wiosek. Ciekawostką było to, że na wielu grobach pochowanych tam nieznanych żołnierzy, ręcznie dopisano farbą ich nazwiska. Jak wszędzie w Indochinach, w Wietnamie wiara we wrózbitów ciągle jest silna i to właśnie oni na zlecenie rodzin wskazują rzekome miejsce pochówku ich krewnych.

Ten dzień był ciekawą wycieczką w przeszłość. Wietnam już dawno zapomniał o wojnie i pędzi do przodu.  My z kolei mamy teraz ochotę na filmy i książki o tym konflikcie, aby będąc tu poczuć ten klimat jeszcze bardziej. [-k.]