Archiwum | Listopad, 2011

Wokół jeziora Titicaca

27 List

Po Cuzco bardzo nam się już chciało Boliwii. Wsiedliśmy w turystyczny autobus do Puno i po kilku ciekawych przystankach po drodze dotarliśmy na miejsce. W tym miejscu mała dygresja. Firm autbusowych w Peru jest niesamowita ilość. Do tego pełno lokalnych przewoźników, mniej lub bardziej prywatnych. Kierowcy tych lokalnych słyną z dość samobójczego podejścia do drogi i tego, co się na niej dzieje. Miejscowi są raczej przyzwyczajeni do tego, że mimo wąskiej krętej drogi kierujący rozwija zawrotną prędkość. Nikt nie protestuje i nikomu uwagi nie zwraca. My, jako że niezwykle podniecająca wydaje nam się perspektywa naszego zupełnie nowego życia po podróży, nie potrafiliśmy się wyluzować. Wszędzie po drodze z Cuzco do Machu Picchu mijaliśmy dziesiątki krzyży, to nas otrzeźwiło i niejako pomogło w ustaleniu priorytetów. A cały ten przydługawy wstęp po to, żeby niejako usprawiedliwić się z korzystania z transportu turystycznego. Autobusy te bowiem prezentują taki standard, że aż po prostu było nam głupio, że nimi jedziemy. Napoje, lunch, łazienka – to jeszcze da się przeżyć. Ale usłużny steward na pokładzie, szybciej i serdeczniej niż w samolocie reagujący na sygnalizowaną guzikiem nad naszymi głowami każdą naszą potrzebę? Siedzenia większe i wygodniejsze niż jakiekolwiek widziane przeze mnie w biznesowej klasie w samolotach? Rozkładane? No i wifi? Istne szaleństwo. Aż wstyd. Takim właśnie autobusem jechaliśmy do Puno. Dodatkowo nasz steward był jednocześnie naszym dwujęzycznym przewodnikiem po mijanych po drodze atrakcjach. Muszę przyznać, że była to bardzo przyjemna podróż, a zwiedzane po drodze miejsca naprawdę interesujące.
Samo Puno dziwne. Bardzo turystyczne, ale też bardzo intensywne lokalnym życiem. Baza wypadowa na wyspy na słynnym Titicaca. Najwyżej położonym na świecie żeglownym jeziorze. Nie mieliśmy wielkiej ochoty jechać na wyspy, co wprawiało w osłupienie co poniektóre spotkane osoby. Sporo łaziliśmy po mieście, wysiadywaliśmy godzinami na ławkach, objadaliśmy się hamburgerami za dolara  (hamburger to, ku naszemu zaskoczeniu, bardzo popularny tu uliczny kąsek) i w skrócie nie robiliśmy nic. W czasie jednego z takich spacerów dotarliśmy do portu i bardzo spontanicznie, na pięć minut przed odpłynięciem łódki, zakupiliśmy bilety na wyspy Uros. Słyną z tego, że zostały skonstruowane z trzciny rosnącej na jeziorze. Co roku dokładana jest nowa warstwa i im starsza wyspa, tym stabilniejsza i ryzyko zapadnięcia się mniejsze. Tutejsi Indianie żyją tak od kilkuset lat, ale profil wiosek bardzo się już zmienił. Obecnie prawdziwi i rzekomi mieszkańcy (niektórzy już dawno mieszkają w Puno, przypływając tu w dzień dla turystów) żyją praktycznie tylko z turystyki. I ja się cieszę, że im się lepiej powodzi. Jednak wycieczkę na wyspy Uros zaliczam do najbardziej idiotycznych i absurdalnych w całej naszej podróży. Sklepy z pamiątkami,  nachalne nakłanianie ludzi do wpakowania się na „oryginalną” łódkę, która za dodatkową opłatą przewiezie nas jakieś trzydzieści metrów dalej do horrendalnie drogiej restauracji (dodam, że w oryginalnej łódce jest wielka dziura, w którą sprawnie wpływa motorówka i rzeczoną oryginalną łódkę pełną skonfundowanych turystów najzwyczajniej w świecie popycha). Po drugiej stronie właściciel restauracji gorąco zaprasza do stołu i rzeczywiście wszyscy jak jeden mąż (a dokładniej jak wiele peruwiańskich mężów na wakacjach z całymi rodzinami) zasiadają do jedzenia. My próbowaliśmy uciec, zaglądaliśmy za każdy z pięciu na krzyż domów, ale wszędzie tylko woda i nawoływania do zakupów i posiłku. Myśleliśmy, że zwariujemy. Za jednym z domów spotkaliśmy parę Francuzów, którzy najwyraźniej robili dokładnie to, co my. Próbowali znaleźć jakiś sens w tej przygodzie. Oni dali się nabrać na oryginalną łódkę, powiedziano im, że ta, którą przypłynęli na pierwszą wyspę nigdzie ich dalej nie zabierze (kłamstwo). Jako jedyni biali na oryginalnej łódce załapali się również na pożegnalny taniec rzekomo lokalnych kobiet, z obrotami, machaniem na do widzenia, a nawet jakąś francuską piosenką z ich przedszkolnych czasów. Mówili, że chcieli po prostu zniknąć. Podobno trochę dalsze wyspy Taquile są dużo ciekawsze, z możliwością zostania na noc u lokalnej rodziny, obierania z nią ziemniaków i innych bardziej autentycznych rozrywek. Nas jednak gnało do Boliwii.

Pojechaliśmy więc na drugą stronę jeziora do boliwijskiej Copacabany. Multum restauracji i agencji turystycznych, spokój i nic nadzwyczajnego. Stamtąd popłynęliśmy na Isla del Sol, na której to zafundowaliśmy sobie czterogodzinny spacer. Widoki były przepiękne, ale ilość turystów nie pozwoliła nam tego w pełni docenić. Jezioro Titicaca jest magiczne, ale my jedziemy już do La Paz, podobno najbrzydszej stolicy Ameryki Południowej. To się jeszcze okaże.   [-a.]

WIĘCEJ ZDJĘĆ – TUTAJ

WIĘCEJ ZDJĘĆ – TUTAJ

Dzień na Machu Picchu

19 List

WIĘCEJ ZDJĘĆ – TUTAJ

WIĘCEJ ZDJĘĆ – TUTAJ

Była sobie stolica imperium Inków…

18 List

No i niestety w Cuzco się nie zakochałam. Ciężko to wytłumaczyć, bo to bardzo atrakcyjne miasto. Położone w środku Andów, w przepięknej żyznej dolinie, z niezliczonymi śladami niezwykłej cywilizacji Inków i imponującą architekturą kolonialną. Cuzco tętni życiem, jest magnesem na turystów z całego świata. Miejscami przepiękne, a gdzie indziej obskurne. Urocze, choć często strome, wąskie uliczki. Lokalne jadłodajnie i wykwintne restauracje kuchni z całego świata. Sklepiki z pamiątkami, salony masażu i tatuażu, milion agencji turystycznych. Maszerujące w tę i z powrotem po głównym placu Indianki, ubrane w tradycyjne stroje, z małymi kózkami na rękach, nachalnie zachęcające turystów do zrobienia im zdjęcia za drobną opłatą. Małoletni pucybuci oceniający swoje szanse na zarobek patrząc na obuwie wszechobecnych zwiedzających. Przechodząca co jakiś czas starsza pani z warkoczami do pasa, w wielkiej wielowarstwowej spódnicy i niedorzecznym kapeluszu. Z lamą na sznurku. Niesamowite kościoły, pobudzające wyobraźnię ruiny, nocne kluby, szkoły hiszpańskiego, hotele wszelkiej maści… Mogłabym tak w nieskończoność. W Cuzco jest wszystko. Każdy znajdzie tu coś dla siebie.

A jednak dla mnie wcale nie ma tu tej wspaniałej aury, którą zachwycają się rzesze przyjezdnych. Infrastruktura turystyczna jest rzeczywiście imponująca i jeśli ktoś potrzebuje odpoczynku i ułatwień, to na pewno się tu znakomicie odnajdzie. Nie do końca jednak rozumiem zachwyty nad rzekomo unoszącą się w powietrzu tajemniczą i niezwyciężoną energią Inków. Nad magią tego miasta, które jak dla mnie jest najwyżej smutnym przypomnieniem zbrodni hiszpańskich konkwistadorów. Jak mogę piać peany nad kupą gruzu pozostałą po niesamowitych budowlach tej intrygującej cywilizacji, skoro wiem, że sprawcą ich rozkładu nie był czas, a arogancja, bezmyślność i okrucieństwo Europejczyków? Jak mogę do końca docenić rzeczywiste piękno licznych kościołów, skoro prawie każdy z nich został zbudowany na miejscu dawnej inkaskiej świątyni, po uprzednim zrównaniu jej z ziemią, na jej fundamentach i z tych samych kamieni? Jak mogę podzielać entuzjazm przewodników (często, o ironio, rdzennego pochodzenia), którzy z dumą pokazują mi wzajemne przenikanie elementów wierzeń tubylczej ludności sprzed kolonizacji z elementami narzuconego im katolicyzmu? Zwłaszcza że proporcje są tak zaburzone? I co z tego, że Indianie nauczyli się malować religijne obrazy na styl europejski, że przemycali w nich indiańskie rysy twarzy, że Jezus na Ostatniej Wieczerzy nie je chleba, a lokalny przysmak, świnkę morską? To ma być ta niesamowita energia? Ja czułam coś dokładnie odwrotnego. Być może jestem zbyt naiwna, bo przecież cała historia ludzkości to szereg podbojów, zbrodni i niesprawiedliwości. Być może powinnam po prostu dorosnąć. To było przecież tak dawno temu. A jednak pobyt w Cuzco uświadomił mi, że nad pewnymi rzeczami nie potrafię przejść do porządku dziennego. Mimo że to było tak dawno temu. Mimo że narzucone tubylczej ludności przez Hiszpanów wielowarstwowe spódnice i niedorzeczne kapelusze znakomicie się przyjęły i udanie uchodzą za tradycyjne stroje południowoamerykańskich Indian dodając im charakteru i kolorystyki. I mimo że kościoły w Peru są pełne, a Indianie na swój sposób niezwykle religijni, choć wciąż oddają hołd Pachamamie, Matce Ziemi, na równi z Jezusem. Po prostu serce mi się kraje, jak pomyślę o tym, co Europejczycy zrobili z tożsamością tej ludności. A w Cuzco widać to i czuć szczególnie dobitnie. Dlatego nie mogłam się w nim zakochać. [-a.]

WIĘCEJ ZDJĘĆ – TUTAJ

WIĘCEJ ZDJĘĆ – TUTAJ

W ptasim królestwie

11 List

Tym razem będzie mniej opisu, a więcej zdjęć. Bo o Paracas nie ma po co dużo pisać. Sympatyczna miejscowość turystyczna, zarówno dla obcokrajowców,  jak i krajowych wakacjuszy. Położona na pustyni, na przepięknym peruwiańskim wybrzeżu Pacyfiku. Oferująca przepyszne ceviche w każdej przydrożnej knajpce. Słynąca głównie z magicznych Islas Ballestas i Reserva Nacional de Paracas.

Tereny wokół Pisco i Paracas mają niezwykłe znaczenie historyczne i archeologiczne. W rezerwacie  Paracas nadal odkrywają skamieniałości sprzed ok. trzydziestu milionów lat. Okolice te były też domem dla Paracas, jednej z najbardziej rozwiniętych cywilizacji przedinkaskich (700 p.n.e. do 400 n.e.). Jednak to przede wszystkim natura dała tu niesamowity popis. Wystające z wód oceanu skaliste wysepki Ballestas to jak bajkowa kraina ptaków, ich tajemnicze królestwo, gdzie ponad sto piędziesiąt gatunków żyje sobie własnym rytmem. Na wyspach nie ma żadnej roślinności, to łyse skały, obklejone ptasimi odchodami (kiedyś był to ważny produkt eksportowy Peru). Na i wokół nich siedzą, unoszą się, wygrzewają, kłócą, trzepoczą i skubią setki tysięcy (niektórzy twierdzą, że miliony) ptaków przeróżnej maści i wielkości, wprawiając w osłupienie pływających wokół nich turystów. Na niższe partie wysepek mozolnie wdrapują się zupełnie rozczulające lwy morskie. Głośno ze sobą dyskutują albo wygrzewają się na słońcu z błogim wyrazem pyska. Dla nas był to widok tak odrealniony, że nie sądzę, żebyśmy kiedykolwiek go zapomnieli.

Reserva Nacional de Paracas to kolejna kraina jak ze snu. Ciągnące się aż po horyzont wielkie połacie beżowych wydm. Do tego nieziemskie plaże. Brak mi słów. Sami zobaczcie. [-a.]

WIĘCEJ ZDJĘĆ  – TUTAJ


WIĘCEJ ZDJĘĆ  – TUTAJ

Lima i limianie

6 List

Pamiętam jak jeszcze niedawno sprawiliśmy sobie wielką mapę świata, powiesiliśmy ją na ścianie w sypialni i podróżowaliśmy po niej palcem. Wszystkie nazwy brzmiały tak egzotycznie, przywodziły na myśl nieznane przestrzenie, całe nieodkryte światy. „Lima” była jedną z takich nazw.

O stolicy Peru naczytaliśmy się sporo, a przynajmniej wystarczająco, żeby niczego dobrego się po niej nie spodziewać. Brudna, szara, niebezpieczna. Odpychająca. I to prawda. Limie trzeba dać naprawdę dużo czasu, żeby się do niej przekonać. My tego czasu trochę jej pożałowaliśmy, więc może nie do końca jesteśmy obiektywni w jej ocenie. Ja mam co do niej bardzo mieszane uczucia.

Brudna? Tak, miejscami niesamowicie brudna, stosy śmieci walają się na ulicy non stop. Podobno są sprzątane każdego ranka, ale co z tego, skoro nie dość, że połowy tych śmieci w ogóle się nie zabiera, to jeszcze przez cały boży dzień wynoszone są następne. Ale to tylko w niektórych dzielnicach. W innych, tych bogatszych, jest bardzo czysto, wszystko lśni i czeka na tych, których stać na tam bywanie i/lub mieszkanie. Szara? Tak, większość budynków jest bardzo zapuszczona, jakby się wszystko zaraz miało rozsypać w pył.  Do tego niebo jest wiecznie zachmurzone (mieszkańcy nazywają je brzuchem osła, panza de burro) i wszystko jest solidnie przykurzone, bo tu prawie nigdy nie pada (jakieś 3 cm na rok). Za to w historycznym centrum miasta aż roi się od przepięknych kolonialnych budynków. To stąd, z Plaza de Armas, Hiszpanie rządzili swoim całym imperium w Ameryce Południowej. Siedziby prezydenta, arcybiskupa, katedra, wokoło piękne barokowe kościoły. Tu nie jest już szaro, tu czuć historię (choć tak naprawdę  z oryginalnych budynków żaden nie przetrwał).  Nie jest też szaro ani w turystycznej dzielnicy Miraflores, usytuowanej na klifach z widokiem na Pacyfik, ostentacyjnej oazie przepychu i konsumpcji, ani w Barranco, niegdyś przestrzeni nonkonformistycznych artystów, a obecnie modnego dystryktu barów, galerii i drogich apartamentowców. Czy Lima jest niebezpieczna? Podobno tak, sami mieszkańcy bardzo na to narzekają i słyszałam, że czasem marzą o tym, by mieszkać gdzieś, gdzie nie trzeba się bać. My dzięki Bogu nie mieliśmy żadnych przykrych doświadczeń, co nie znaczy, że miałabym czelność podważać opinię Limian.

Czy, podsumowując, Lima jest odpychająca? Dla nas nie była. Mieliśmy szczęście, bo dzięki B. poznaliśmy niezwykle uczynnych i zupełnie nieprzeciętnych Isaaca i Malthusa, którzy przez te parę dni poświęcali nam każdą wolną chwilę, udostępnili własne mieszkanie i traktowali nas jak rodzinę. Nigdy wcześniej nas nie widzieli, a jeden z nich słabo mówił po angielsku, co wcale nie przeszkadzało im w wielogodzinnym opowiadaniu o Peru, jego stolicy, mieszkańcach, zwyczajach, jedzeniu i o wszystkim, co im przychodziło do głowy. Isaac i Malthus to bracia pochodzący w zamożnej rodziny, mieszkający na przedmieściach miasta w wielkim wielopokoleniowym domu, w którym najważniejsza jest mama, prawdziwa głowa rodziny, bardzo kochana i niezwykle szanowana przez wszystkich bez wyjątku. Jest półanalfabetką, Indianką, która ciężką pracą zapewniła całej swojej rodzinie godny byt. Według chopaków rodzina jest w Peru najważniejsza. Isaac ma żonę Tajkę, zjeździł kawałek świata i wolałby mieszkać na przykład w Sydney, gdzie przez dwa lata studiował, ale dla mamy wrócił do Peru i ułożył tu sobie życie nie żywiąc wobec niej żadnej urazy. Dla nas to prawie szokujące, a dla nich zupełnie normalne.

Lima ogólnie może i nie jest piękna, ale nam na zawsze będzie kojarzyć się z pięknymi ludźmi, których tam poznaliśmy. Ich serdeczność, gościnność i bezinteresowność zupełnie nas rozbroiła. Przy pożegnaniu z całą rodziną, usłyszeliśmy od nestorki rodu: Uważajcie na siebie i szybko wracajcie do Limy! [-a.]

Pożegnanie z dobytkiem – część druga

2 List

Nasz kilkudniowy pobyt w Toronto okazał się dobrym buforem między Polską, w której rzeczywistość jest całkowicie okiełznana i gdzie nie trzeba się martwić o podstawowe potrzeby a Ameryką Południową, gdzie wszystko będzie nowe i dopiero do ogarnięcia. Toronto jest dla nas jeszcze zagadką, tam planujemy zacząć nowe życie, ale tak naprawdę to nowe wielkie miasto i nowy wielki kraj, więc te kilka dni tam spędziliśmy jak turyści. Godzinami łaziliśmy po ulicach tego kolorowego miasta, cieszyliśmy się każdą nowo odkrytą interesującą dzielnicą, każdym rynkiem z produktami spożywczymi z całego globu (znaleźliśmy nawet mięso kangura! – nie żebym umierała z chęci spróbowania go), targiem staroci, masą tanich restauracji tajskich, koreańskich, wietnamskich, japońskich, erytrejskich, somalijskich, a nawet polskich. Czytaliśmy informator kulturalny i byliśmy dosłownie zszokowani ofertą tego miasta. W ostatni dzień pojechaliśmy do naszego składziku dołożyć trochę przywiezionych z Polski rzeczy i tak naładowani nową energią wsiedliśmy do samolotu. Przygodo, tęskniliśmy za Tobą! [-a.]