Archiwum | Listopad, 2010

Yangshuo, czyli “helou, bambu bołt?”

22 List

Nie można narzekać na pociągi sypialne w Chinach. Tym razem podróż trwała aż 20 godzin, ale nie mogę powiedzieć, żeby nas bardzo zmęczyła. Większość jazdy udało się nam przespać, resztę spędziliśmy nadrabiając zaległości w czytaniu i wciągając chińskie zupki i ciasteczka. Wczesnym rankiem dotarliśmy do Guilin (w prowincji Guanxi), a stamtąd autobusem do Yangshuo. Ta niewielka miejscowość, malowniczo położona nad rzeką Li i otoczona niewielkimi, stromymi górami, spodobała nam się od pierwszej chwili. Tu znalezliśmy tak potrzebną nam zmianę tempa…

Yangshuo to od kilku lat ulubiona (obok Old Dali) destynacja białych turystów i z tej okazji można tu zjeść zachodnie jedzenie (nieco stęsknieni, nie oparliśmy się jajecznicy, naleśnikom czy veggie-burgerowi pomimo wyższych cen) oraz napić się piwa w zachodnio urządzonym barze. Takich małych biznesów (często założonych przez Australijczyków) jest tu mnóstwo i dla zmęczonego Chinami turysty jest to raj na ziemi, a często nawet baza do dłuższego pobytu. Ułatwiającym życie szczegółem okazało się też to, że, pomijając angielskie menu w tutejszych (także chińskich) knajpach, wielu tubylców porozumiewa się całkiem nieźle po angielsku (nawet co poniektóre babcie sprzedające tandetne pamiątki!). Hostel 11 okazał się chyba naszym najlepszym jak dotąd lokum w Chinach. Jego najwyższy w mieście taras na dachu stanowił przez cały pobyt nasz ulubiony punkt wieczornych posiedzeń z laptopem, zdjęciami, przewodnikami i dobrym (lokalnym, oczywiście) piwem. Widok na (podświetlone w nocy!) góry, rzekę i dachy okolicznych budynków był niezastąpiony…

Tak, nie brakuje tu tysięcy chińskich turystów na hałaśliwej, kupiecko-dykotekowej West Street czy wszędobylskich natrętnych sprzedawców DVD, zegarków i wycieczek, ale łatwo uciec tu przed tłumem i delektować się tymi, jakże uroczymi okolicami. Jedną z głównych miejscowych atrakcji jest spływ po rzece na “bambusowych” tratwach (niestety nie są wcale bambusowe tylko, jak odkryliśmy, metalowo-plastikowe – kolejna chińska ściema), dlatego też ulice wypełnione są naganiaczami krzyczącymi w kółko do turystów frazę (często jedyną im znaną po angielsku) “hello, bamboo boat?”. Ten tekst witał nas na ulicy każdego poranka i towarzyszył nam przez całe dnie tutaj, aż stał sie małym symbolem tutejszego pobytu. Po małym rekonesansie okolicznych ulic, drugiego dnia wynajęliśmy rowery i udaliśmy się kierunku małej nadrzecznej osady Liu Gong. Na szczęście – okazała się ona niepopularna wśród turystów. A niestety – kolejna chińska mapa okazała się kompletnie bezużyteczna (poważny problem w Chinach, te mapy) i dopiero po ponad godzinie błądzenia udało nam się dotrzeć na właściwą scieżkę, o czym poinformował nas pierwszy napotkany drogowskaz. Byliśmy zachwyceni, bo całą drogę nie spotkaliśmy żadnych innych ludzi, poza lokalnymi, mieszkającymi w mijanych, biednych wioskach. Po około godzinie jazdy, prowadzeni drogowskazami, dotarliśmy do miejsca przy rzece, które okazało się ślepą alejką po obu stronach ograniczoną wielkimi skałami. Drogowskazy do wioski Liu Gong wcale nie prowadziły do niej, ale do małej przystani, z rzeczonymi “bambusowymi” tratwami, które za odpowiednią opłatą do owej wioski były gotowe nas zabrać. Ot, kolejny sposób na wyprowadzenie w pole radosnych turystów. Uznaliśmy szybko, że i tę atrakcję trzeba zaliczyć, zapakowaliśmy rowery i, jak się okazało potem, niemiłosiernie przepłacając, udaliśmy się na rejs po rzece Li. Ze względu na pochmurny i zamglony dzień, widoki po drodze były niesamowite, takie jak znaliśmy ze zdjęć i ze wspomnianego wcześniej tyłu banknotu. Na miejsce dotarliśmy po jakichś 40 minutach i ku naszej uciesze dotarliśmy tam jako jedyni. Liugong to antyczna wioska, z kilkunastoma całkiem nieźle zachowanymi ponad 800-letnimi budynkami, malutką buddyjską świątynią i trzema turkusowymi stawami ukrytymi pomiędzy górami. Spacerując po osadzie, szybko odkryliśmy, że od strony rzeki stare budynki powoli już pustoszeją, a na tyłach wioski buduje się już wiele nowszych domów. Pomimo tego nie brakuje Liugong uroku. Na trasę powrotną wybraliśmy trochę dłuższą, dość wyboistą, ale za to piękną trasę przez wsie i po dwóch godzinach jazdy na nieco zdezelowanych rowerach górskich wróciliśmy do Yangshuo, z dobrze obitymi dupami, ale szczęśliwi i z dobrymi fotami.

Następnego dnia, spragnieni już schodów (żart!), zaliczyliśmy kolejny charakterystyczny dla tej okolicy punkt o nazwie Księżycowa Góra. A księżycowa dlatego, że przy jej szczycie erozja skał utworzyła dziurę o kształcie księżyca. Schodów na szczęście nie było tak dużo (jakieś 40 minut pod górę – co to dla nas “huangszanowców”), a widok ze szczytu wynagrodził nam wspinaczkę. Kolejną ucieczką w odludzie był spacer w górę rzeki, do miejsca które podpowiedzieli nam właściciele hostelu. “Sekretna Plaża” okazała sie nie całkiem sekretna, ale my gnani chęcią ucieczki, podążając dalej, dotarliśmy do pięknych miejsc nad rzeką. Okolica była naprawdę pusta, nie wspomniana przez nikogo i znana chyba tylko okolicznym rybakom zarzucającym tu i ówdzie swoje sieci. Pięknie, cicho, sielanka…

Po tygodniu pobytu i wahaniach co do kolejnego miejsca wybraliśmy kolejny punkt podróży. Chcieliśmy jechać do Kunming, odwiedzić Dali i może zrobić trek wokół Przełomu Skaczącego Tygrysa, ale pogoda w tamtych rejonach już się popsuła i nadciąga zima,a my niegotowi teraz na takie temperatury, zmieniliśmy plany. Będzie za to Hong Kong i Makao. Miasta, które zawsze chciałem zobaczyć i pomimo wysokich cen, szkoda byłoby je opuścić. Inny pomysł – Tokyo – odpadł z powodu bardzo drogich lotów. Pozostaje nam jego chińska wersja. Jako że pociągi do Yangshuo nie dojeżdzają, a kupno biletu to cała wyprawa do Guilin, postanowiliśmy spróbować nowej opcji przemieszczania się po Chinach. Autobus sypialny, wynalazek u nas nieznany, oceniany jest różnie, no ale podróżujemy dla nowych doznań. No to mamy – 3 rzędy piętrowych łózek, 10-godzinna jazda w nocy do Shenzen, a stamtąd już pociągiem/metrem na wyspę Hong Kong. Następny raport już z wielkiego miasta… [-k.]

Hangzhou, czyli Chińczyków raj na ziemi

19 List

Kiedy ochłonęliśmy już po milionie schodów na szczytach Huangshan (a przede wszystkim ochłonęły nasze łydki, uda i stopy), gotowi byliśmy już przemieszczać się na południe. Niestety komunikacja kolejowa z tego miejsca  nie jest zbyt rozwinięta, więc jedynym wyjściem było wrócić nieco w stronę Szanghaju. A na południe chcieliśmy, bo listopad zaczął o sobie przypominać, a z ciepłymi ciuchami w naszych małych plecakach raczej kiepsko. Na następny przystanek w drodze do Guilin na południu Chin wybraliśmy właśnie Hangzhou – spory węzeł komunikacyjny niedaleko Szanghaju. Miasto, które Chińczycy uważają za jedno z najwspanialszych (“W niebie jest raj, a na ziemi jest Hangzhou (…)”- głosi jedno z haseł reklamowych), o ponad 1000-letniej historii (niestety budynków tak starych już właściwie tam nie ma), a przede wszystkim z pięknym jeziorem Zachodnim (Xi Hu) w jego środku, wydawało się zachęcające. Samo w sobie niebrzydkie – na tle miejsc, które widzieliśmy dotąd. Dość zielono, a jezioro na pewno dodaje mu uroku. Można popłynąć sobie małą łódką na jedną z kilku wysp, można obejrzeć kolorowe, nocne przedstawienie na wodzie, pospacerować po parkach wokół, odwiedzić jedną ze świątyń czy pagód, zrobić zakupy czy też pobawić sie w klubach entertainment disctrict. Brzmi nieźle? Niestety prawda jest taka, że miejsce to jest idealnym dowodem na disneylandyzację Chin, którą Kai Strittmatter opisuje w swojej przezabawnej książce “Chiny – Instrukcja Obsługi”. Zabytki dookoła to odbudowana w ostatnich latach ściema, jezioro zostało dookoła opasane szosami, wszędzie jeżdzą obładowane zwiedzającymi meleksy, mające za klaksony irytujące piszczałkowe melodyjki, a parki, w których jest poważny deficyt ławek, są tak zoorganizowane, żeby tylko spacerować i przypadkiem nie siąść nigdzie na trawie (ogrodzenia!). Pasaże zakupowe (takie same, jakie widzieliśmy już w innych miejscach) to odbudowane i oklejone światełkami niby stare chińskie uliczki, sprzedające te same pamiątki co wszędzie indziej, sklepy przypominające do złudzenia te poprzednie i setki, tysiące, miliony chińskich turystów, zachwyconych tym wszystkim, robiących sobie zdjęcia przy najtandetniejszych figurkach, napisach przed sklepami, chłonących ten kolorowy, jazgotliwy kicz. Na początku robiło to na nas wrażenie z racji radosnego chaosu tych miejsc. Później chcieliśmy już tylko uciec jak najdalej. Nasz hostel znajdował się blisko takiego pasażu, ale na szczęście troszkę na uboczu, co dało nam trochę spokoju. Po trzech dniach spędzonych na spacerach po okolicy byliśmy już gotowi pojechać w końcu do mniejszego miasta. Wybraliśmy Yangshuo pod Guilin. Miejsce kultowe już dla backpackerów, a takiego jeszcze nie doświadczyliśmy. Ale przede wszystkim ten charakterystyczny dla Azji południowo-wschodniej krajobraz z małymi stromymi górami wzdłuż leniwie płynącej rzeki. Widok z tego miejsca został umieszczony na tyle banknotu dwudziestojuanowego. Bilety kupione. Jedziemy odpocząć. [-k.]


Huangshan, czyli przydługawa opowieść o bankomatach, megafonach i chińskim cudzie

18 List

W przewodnikach wyczytaliśmy, że tam po prostu trzeba pojechać, bo po pierwsze masyw Huang Shan od stuleci uważany jest przez chińskich malarzy, poetów i uczonych za krajobraz idealny, po drugie słynny chiński geograf Xu Xiake, po wspięciu się na Huangshan, powiedział, że “Kto go zobaczył, nie pokocha juz innej góry”, a po trzecie (i to już powinno nam dać do myslenia) Huang Shan to dla Chińczyków jedna z najważniejszych atrakcji krajobrazowych kraju. Skuszeni przede wszystkim tym pierwszym argumentem, przepełnieni naiwną nadzieją na doświadczenie uczucia wzniosłości w obliczu tak majestatycznego piękna i spokoju, zaopatrzyliśmy się w zupki chńskie i wsiedliśmy w nocny pociąg klasy hard sleeper. Po 13 godzinach na “twardych leżankach” (trzeba przyznać, ze pościel była czysta i prawie że pachnąca), wysiedliśmy w końcu w mieście Huang Shan, zwanym również Tunxi. Z dworca odebrał nas przyhostelowy pan taksówkarz. Nie zważając ani na przepisy ruchu drogowego (zaczynam miec wątpliwości, czy takie w ogóle w Chinach istnieją), ani na pozostałych uczestników tegoż ruchu, używając klaksonu tak często i tak dowolnie jak u nas za kierownicą rzuca się miesem, dowiózł nas bezpiecznie do schroniska. Mówiąc “bezpiecznie” mam na myśli to, że dojechaliśmy cało, ale ile razy w trakcie tej przejażdżki otarliśmy się o tamten świat, nie wie nikt.

Schronisko okazało się trzygwiazdkowym hotelem,a jego właściciel Steven (Chińczyk o całkiem niezłej angielszczyźnie) dwoił się i troił, żeby nam pobyt w pięknym mieście Tunxi zorganizować. Jeszcze tego samego dnia pojechaliśmy zwiedzać niesamowite , stare wioski, z których słynie południe prowincji Anhui. Są to osady powstałe w czasach dynastii Ming i Qing (XV-XIX w.). Niektóre z nich są calkowicie odrestaurowane i wypełnione po brzegi turystami. Kręcono tu mnóstwo filmów, m.in. Przyczajonego tygrysa i coś tam jeszcze. Ponieważ przeraziła nas jakoś wizja tłumu chińskich turystów na małej przestrzeni, darowaliśmy sobie te stare-nowe wioski i pojechaliśmy do Chengkhan i Tangmo, które (jeszcze) rzeczywiście na stare wyglądały i pewnie dlatego były całkiem opustoszałe. Zwiedzających było niewielu, ale tu i ówdzie wąskimi uliczkami przemykał jakiś lokalny, który patrzył na nas z równym niedowierzaniem, co my na niego. Niewiarygodne. Przez środek miasteczka, wąskimi korytarzami prowadzi trasa dla oglądających, a po bokach normalnie mieszkają ludzie. Uprawiają herbatę, zbierają jakieś nieznane mi orzeszki, mandarynki i nie wiem co jeszcze. Rozkładają te swoje plony na ziemi na swoich podwórkach. Wszystko to schnie na słońcu, ułożone na wielkich płachtach materiału. Potem zbierają to do wielkich koszy. Gdzieniegdzie na murkach wygrzewają się wyliniałe ziewające psy, a za praktycznie każdym murem wyleguje się czarna krowa, chuda jak szczapa i łypiąca na boki swymi wielkimi oczami. Cisza i spokój. Od czasu do czasu jakieś stare świątynie buddyjskie lub konfucjańskie. I gdakanie kur.

No, ale wróćmy do samych Żółtych Gór, czyli Huang Shan. Wstaliśmy wcześnie rano i punktualnie o 7 pod hostel zajechał busik, który miał nas zawieźć do miejscowości położonej przy samym parku. Nawet ta część dnia była całkiem interesująca, zważywszy na sposób w jaki żona (konkubina? siostra?) kierowcy pozyskiwała pasażerów. On, krzycząc, niespodziewanie zjeżdżał na pobocze, chodnik, przystanek – cokolwiek się dało, a ona otwierała okno i śpiewnie, ale całkiem stanowczo, namawiała potencjalnych klientów do odbycia wspólnej wycieczki. Wyglądało to przekomicznie, ale nikt z uczestników tej całej sytuacji nie wydawał się nią rozbawiony. Chleb powszedni i tyle. W miejscu, gdzie wysadził nas zaradny pan kierowca i jego wierna wspólniczka, przesiedliśmy się w autobus national express jadący do południowego podnóża gór. I tu nagle nas olśniło. W sumie to jesteśmy w Chinach i być może ani za kolejkę, ani za wejście do parku nie będzie można płacić kartą.  Być może na szczycie gór nie będzie bankomatów, ani kantorów, ani nic takiego, co mogłoby dla nas wykrzesać jakąś gotówkę.. Być może. I wtedy jesteśmy w przysłowiowej dupie, bo według naszych wyliczeń, brakuje nam na tę drogą imprezę jakiejś marnej stówy juanów.  Próbujemy więc ratować sytuację. Wysiadamy z ekspresu i Kuba biegnie do najbliższego hotelu, żeby szukać kantoru, a ja biegnę do kasy, żeby jakoś na migi się spytać, czy biorą karty. Po dziesięciu minutach spotykamy się i obydwoje mamy nietęgie miny. Czyli że klops i nie wiadomo co teraz robić. Niby nie ma sytuacji bez wyjścia, ale droga na dół zajmie nam sporo czasu, a poza tym nie wiemy nawet czy tam na dole w ogóle jakiś bankomat jest. Dodatkowo sprawę komplikuje fakt, że ostatnia kolejka powrotna odjeżdża o 16.30, a trasa ma 11 km. Po burzliwej wymianie zdań (no bo czy to wiadomo czyja to wina, że za mało wzięlismy kasy?) postanawiamy pojechać taksówką tam i z powrotem, zaoszczedzając tym samym czas, no bo nie pieniądze. Po dłuższych targach z panem taksówkarzem (zdawał się zdecydować, że z tych głupich białych turystów, co to nawet kasy na wstęp nie wzięli, wyżywi cała rodzinę przez tydzień), w końcu wsiadamy i jedziemy. Pół godziny poźniej, zadowoleni z siebie, stoimy już przy okienku i kupujemy bilety. Ufff. No to teraz możemy zwolnić. Kolejka linowa wiezie nas baaardzo wysoko, widoki są powalające. Huang Shan to granitowe, mocno popękane skały z charakterystycznymi sosnami wyrastającymi z boków gór. Do tego bardzo często występuje tu mgła, przez co powstaje Morze Nieba – “fale” chmur poruszające się na wietrze wywołują wrażenie dryfowania wierzchołków gór. Nie umiem tego sprawiedliwie oddać, ale wygląda to naprawdę niesamowicie. Wysiadamy i zaczynamy nasz trekking. Jest mało ludzi, góry przepiękne. Aż chce się krzyczeć z radości. Studiujemy naszą mapkę zakupioną od Stevena w hostelu i, pomimo pewnych drobnych niekonsekwencji, jakie na niej zauważamy, jesteśmy dobrej myśli. W miarę zbliżania się do pierwszego spektakularnego szczytu, Szczytu Przekonania (Beginning to Believe Peak), dróżka zaczyna się zagęszczać. Kilkanaście minut później otacza nas pstrokaty i niezwykle hałaśliwy chiński tłum, złożony w większości z radosnych wycieczek zakładowych, zachowujących się mniej więcej tak, jak zachowywaliśmy się my wszyscy w podstawówce na naszych wycieczkach szkolnych. Do tego dochodzi pan przewodnik: macha zachęcająco chorągiewką, jednocześnie niemiłosiernie drąc się przez megafon. Domyślam się, że mówi jakieś bardzo interesujące rzeczy, jednak dla takiej mandaryńskiej ignorantki jak ja, dźwięk jego głosu jest bardziej niż drażniący. Nie chodzi jednak tylko o niego. Spomiędzy drzew, nie wiadomo skąd, ale wiadomo, że z głośników bardzo słabej jakości, bucząco rozbrzmiewa jakaś podniosła chińska muzyka. Kilkadziesiąt metrów dalej młody przodownik pracy zawzięcie odkurza (wykurza?) liście z alejek, żeby wycieczkom lepiej się kroczyło, jak rozumiem. Dźwięk, jaki wydaje ta jego dmuchawa wżera mi się do uszu i pozostaje tam przez następne parę godzin. I to jakich godzin.

Czas leci, my idziemy do przodu, starając się uciec przed tą całą kakofonią. Chcemy mieć góry tylko dla siebie. Trasa robi sie coraz piękniejsza, ale i coraz trudniejsza. Spotykamy coraz mniej ludzi. Spoglądamy na zegarek. Jest 14. Nie wiemy dokładnie, ile pozostało nam do przejścia, bo wspomniana wcześniej mapa okazuje się mieć jeszcze jeden, dość istotny, defekt – nie podaje dokładnie odległości. Wiemy natomiast, że jeśli nie zdążymy na kolejkę, to będziemy musieli zostać na noc w jednym z hoteli na górze, albo iść następne 5 kilometrów w dół po ciemku. Druga opcja była zbyt niebezpieczna, a pierwsza niezwykle droga (kosztowałaby nas jakieś dwa tygodnie hostelowych noclegów). W dodatku przepadłyby nam bilety na poranny pociąg do Hangzhou i rezerwacja w tamtejszym hostelu. Trzeba biec. Ale trasa, jak na złość, zrobiła się mało przystępna. Strome stopnie pionowo w górę, pionowo w dół. Po 50. Po 80. Liczę, żeby nie widzieć, ile mi jeszcze zostało.  Nogi odmawiają posłuszeństwa. Siadamy co 10-20 schodków. Czas leci, a kilometrów zdaje się wcale nie ubywać. Zaczyna padać deszcz. Góry wyglądają groźnie. Są wielkie, a my tacy mali i zadyszani. Na trasie jesteśmy tylko my i para młodych Chińczyków. Co kilkanaście minut wymijamy się. Raz oni mają więcej sił, raz my. Uśmiechamy się do siebie, ale oni nie mówią po angielsku, więc nie mamy jak ze soba rozmawiać. A zresztą. Co mielibyśmy sobie powiedziec? Ale ciężko, co? Zimno, nie? Żeby tylko się bardziej nie rozpadało… Wszystko i tak  wiadomo. Też mają niewyraźne miny. Częstują nas ciasteczkami. Cukier stawia nas trochę na nogi i walczymy dalej. Słowo daję, nigdy w życiu nie przeżyłam takiego survivalu. Docieramy do kolejki 38 minut po czasie i zdarza się cud. Huang Shan zaszczyciła swoją obecnością jakaś ważna delegacja partyjnych dygnitarzy i z tej okazji, jako że VIP’y jeszcze się nie pojawiły, kolejka jeździ po godzinach, a nas w holu witają przepiękne niewiasty, odziane w tradycyjne stroje narodowe, przepasane szarfami i uśmiechające się od ucha do ucha uśmiechami przeznaczonymi dla ludzi naprawdę ważnych. Alleluja! [-a.]

Szanghaj c.d., czyli wszystko naraz

18 List

Zajęło Szanghajowi 4 dni, żeby nas zmęczyć. To miasto to zabójcze tempo, chaos komunikacyjny, halas, gigantyczne budowle, supernowoczesne rozwiązania, a za rogiem małe uliczki, w których ludzie żyją jakby w innej epoce. Sklepiki-norki sprzedające jeden czy dwa produkty, a kawałek dalej lśniące sklepy wielkich sieci. Zachód wszczepiony z pełną pompą. Momentami byłem absolutnie zszokowany rozmiarem budynków (Teatr Szanghajski), wysokością i rozmachem autostrad i mostów (Lupu Bridge i jego dojazdy) czy ilością świateł, dekoracji i neonów w dzielnicy finansowej Pudong (przypominała nam na maksa Las Vegas.) To miasto to prawdziwy moloch, w którym smog jest na porządku dziennym, a życie, mimo że w komunistycznym kraju z ograniczonym prawami, pod wieloma względami bardzo przypomina to zachodnie. Niesamowita mieszanka nowoczesności i zacofania. Miejscy do bólu, dobrze ubrani, młodzi ludzie żyjący obok tych starszych, jakby z innej planety, ciągle nieoduczonych tych strasznych dla nas chińskich zwyczajów jak publiczne dłubanie w nosie, plucie na prawo i lewo, czy oddawanie moczu gdzie popadnie. Chaos, w którym Chińczycy tak sie lubują i znajdują w nim poniekąd swój spokój, tutaj pokazał nam swoje pierwsze oblicze. Dodatkowo, Szanghaj to nasza introdukcja do azjatyckiego ruchu ulicznego, kompletnie niezorganizowanego, w którym czerwone światło nic nie znaczy, a przechodzenie ulicy czy przejazd przez skrzyżowanie to ciągła walka o życie. To jeszcze nie to, co czeka nas na ulicach np. Hanoi, ale Szanghaj to nasze miękkie lądowanie i pewnie niezła nauka…

Z tych czterech, dość intensywnych dni najbardziej podobało mi się słynne (i darmowe!) Muzeum Szanghajskie (szczególnie sztuka z brązu), spacer po bulwarze Bund wzdłuż rzeki Huangpu oraz przypadkowo przez nas odkryty targ z pysznym jedzeniem w środku Old City. Za to największą porażką okazała się Świątynia Jadeitowego Buddy. Typowa ściema turystyczna pt. zespół budynków, których wiekszość powierzchni zajmują stoiska z pamiątkami, a na kilku metrach kwadratowych każdej stoi statuetka Buddy, do której w tym sklepowym otoczeniu przychodzą się modlić tłumy chińskich turystów. Rzeźby robiły wrażenie, ale całe to miejsce z jego atmosferą było straszne. Poza tym, Szanghaj dał nam przedsmak tego, o czym pisał Terzani, tj. jak bardzo Azję zmieniła globalizacja i jak ciężko pewnie będzie znaleźć tę prawdziwą, już prawie nieistniejącą. Wyjechaliśmy stąd już z lekkim przesytem wielkim miastem. Następna stacja – Huangshan. [-k.]


Szanghajskie metro, czyli o tajemniczych zwyczajach mrówek

18 List

Metro. O rany. Nawet nie wiem, od czego zacząć. Po pierwsze, tłumy ludzi. Ale jak mówię „tłumy”, to mam na myśli dokładnie to, co mówię. Ich jest naprawdę dużo. Są wszędzie. Biegną, pchają sie na siebie, nie oglądają ani na boki, ani za siebie. Ruchome schody wyglądają jak oblężone przez mrówki. Aż dziw bierze, że są jeszcze ruchome. Ludzie dosłownie stoją na sobie. Pociągi są dużo szersze, niż kiedykolwiek widziałam, a do tego  nie ma osobnych wagonów. Stwarza to jakąś przedziwną przestrzeń w, jak się wydaje, nieskończoność. Prawie nikt się niczego nie trzyma, ale sztukę stania w szerokim rozkroku, z ciężarem ciała równomiernie rozłożonym na obu nogach, mieszkańcy Szanghaju mają opanowaną do perfekcji. Nikt się nie chwieje, a do tego wszyscy jak jeden mąż czytają gazety. Rano. Bo po południu to się najwyraźniej tylko wysyła esemesy. Nie wiem, na czym polega ten system, jak oni dokładnie wynajdują te znaki w swoich ajfonach, blakberych itd., ale długa na cały duży ekran nowoczesnego telefonu wiadomość w chińskich znakach wygląda naprawdę imponująco. Rozumiem wstukiwanie naszego ubogiego dwudziestokilkuznakowego alfabetu, ale używanie telefonu do operowania kilkoma tysiącami chińskich symboli?? No i panowie żołnierze-strażnicy stojący po obu stronach każdego wejścia do metra. Już samo to, że tam w ogóle stoją, w mundurach, z poważnymi minami i idealnie obciagniętymi wzdluż ciała dłońmi, jest dla mnie dość intrygujące. Ale to nie wszystko. Oni stoją na takich pięknych kwadratowych lub okrągłych podestach. Tapicerowanych czymś w stylu naszej sztucznej trawy, tylko że w kolorze czerwonym. No i co Wy na to? [-a.]

Początek, czyli no i stało się

18 List

Dwugodzinny lot do Brukseli, 3 godziny czekania na tamtejszym lotnisku, 11 godzin lotu do Szanghaju, 8 minut podróży Maglev’em, 5 przystanków metrem linii nr 2 , 4 przystanki linią nr 4, przejście na drugą stronę ulicy (obok ćwiczących tai ji babć) i oto znaleźliśmy się w naszym pierwszym lokum na planecie Chiny. Miejsce o wdzięcznej nazwie Blue Mountain Hostel do tej pory było jedynie tajemniczą nazwą w e-mailu z rezerwacją zrobioną jeszcze w Chicago. Teraz, zmaterializowane, przywitało nas pięknymi schodami z milionem przeróżnych roślin w glinianych doniczkach poustawianych symetrycznie na stopniach, wyluzowaną atmosferą oraz niezmiernie dziwnie pachnącym, ale dość czystym pokojem. Uff… No ale po kolei.

Cała przygoda z Chinami zaczęła sie dość wcześnie, bo już na lotnisku w Brukseli, w biało-żółto-czerwonym Airbusie A330-200 linii Hainan Airlines, drugiego największego chińskiego przewoźnika. Rezerwując bilet kompletnie o tym nie myśleliśmy, ale to doświadczenie okazało się pięknym wstępem do podróży. Samo wnętrze ze zdobionymi czerwonymi obiciami, sporą ilością miejsca na nogi w klasie ekonomicznej i uroczymi, kłaniającymi się stewardessami o twarzach lalek zrobilo na nas duże wrażenie (na mnie szczególnie ta obsługa… ). Jako bonus na koniec, tuż przed lądowaniem, pasażerowie zostali poproszeni o zakrycie ust i nosów, a obsługa spryskała nas lekko środkiem na robaki  (jak nas poinformowano – nowy wymóg w Chinach). Poza tym lot przebiegł gładko,  jedzenie było całkiem niezłe a świetny entertainment center w fotelach (ok. 40 filmów i 100 płyt do wyboru plus gry i pilot jak w konsoli) ułatwil nam przetrwanie morderczo długiej podróży. Doświadczeń co do linii lotniczych nie mam zbyt wielu, ale Hainan Airlines zdecydowanie polecam. Chińczyk potrafi…[-k.]