Archive | Grudzień, 2010

Hoi An, czyli sukienkowy amok

30 Gru

Może i Hoi An kiedyś, na początku naszej ery, mogło pochwalić się największym w Azji Południowo-Wschodniej portem. Może i było do XIV w. handlową stolicą królestwa Czampa. Może i do XVIII w. stanowiło najważniejszy port handlowy w tej części świata. Może i teraz jest miejscem przecudownym, choć bardzo turystycznym. Może i jego stare miasto to bardzo dobrze zachowany przykład architektury miasta portowego Azji Południowo-Wschodniej XV-XIX w. Może i tak. Dla nas jednak liczyło się co innego. Wymyślić krój, wybrać materiał, wywalczyć cenę, zdążyć na przymiarkę i w końcu odebrać… Sukienkę, oczywiście. A raczej sukienki…

Hoi An to turystyczne miasteczko położone na południowo-środkowym wybrzeżu Wietnamu nad Morzem Południowochińskim. Oprócz niesamowitej architektury oraz  licznych sklepików z lokalnym rzemiosłem turystów przyciąga tu perspektywa zamówienia garderoby u prawdziwego krawca, który to uszyje wszystko, co tylko możliwe, od torebek, poprzez spodnie, sukienki, garnitury, płaszcze, aż po buty. I wszystko na miarę. Całe stare miasto to rzędy zakładów krawieckich. Jeden za drugim, wszystkie wyglądające identycznie, ze zwojami identycznych materiałów,  prześcigające  się w sposobach zatrzymania potencjalnego klienta. Adidas? Najki? Ju pik from di kaatalog, noł problem, tu ałers! I rzeczywiście. Niewiarygodne, ale prawdziwe. W kilka godzin możesz zostać szczęśliwym (lub nie) posiadaczem dowolnie zaprojektowanych, tudzież skopiowanych, butów sportowych, mokasynów czy też sandałów. To samo z ciuchami. Za 30 dolarów uszyją Ci według upodobania dowolny płaszczyk, a za 80 nawet całkiem porządny garnitur. No cóż. Broniłyśmy się z koleżanką Beatą jakieś 3 godziny, a potem poległyśmy jak miliony przed nami. A jak to się stało? No przede wszystkim namowy pań ekspedientek padły na bardzo podatny grunt. Ja na przykład dołożyłam przed wyjazdem wszelkich starań, żeby mój plecak był bardzo lekki i niewielkich rozmiarów. Udało się, ale niestety kosztem stylu, a co za tym idzie, mojego samopoczucia. No bo ile w końcu można nosić te same spodnie, niezależnie od  kontekstu, okazji,otoczenia. Może i szybko schnną, za bardzo się nie brudzą, ani nie gniotą, ale kobieta nawet w długiej podróży i tak pozostaje kobietą i wyglądać chce zawsze ładnie. Jeśli więc wśród straganów ze świeżymi warzywami znienacka dopadnie ją przemiła Wietnamka w średnim wieku, nieprzerwanie prawiąca jej komplementy na temat rozmiaru jej boskich oczu, dopytująca się o kraj pochodzenia i z prawdziwym entuzjazmem zapraszająca do swojego sklepu mieszczącego się podobno tuż za rogiem, ta na pewno się skusi. Sklep zazwyczaj okazuje się jedną z wielu pracowni krawieckich, gdzie przed oczami omamionej już ofiary, rozkładane są rozliczne katalogi mody, nierzadko będące wycinkami z prasy brukowej ukazującymi przeróżne sławne osoby w rozmaitych kreacjach. Do tego, Bogu ducha winną turystkę nagle otacza zwarty krąg doradców, którzy proponują jej obmacanie wielu kolorowych zwojów materiału, oczywiście w celu wybrania tego najbardziej odpowiadającego klientce. Potem już tylko negocjacje cenowe i wyznaczenie terminu pierwszej przymiarki (zazwyczaj jest to jakieś parę godzin później). Uff. W oczekiwaniu na ten termin można niby sporo zrobić, zobaczyć, zwiedzić, tylko że sprawa się komplikuje, jeśli omamione kobiety są dwie, a każda z nich z utęsknieniem czeka na więcej niż jedną sukienkę. Wtedy przymiarki zazębiają się czasowo, uniemożliwiając tym samym  jakąkolwiek bardziej ambitną aktywność turystyczną. Nam właśnie przytrafiło się coś takiego i aż wstyd się przyznać, ale przez 2 dni wszystkie decyzje musieliśmy podejmować mając na uwadze ustaloną wcześniej wizytę u krawca. Z sukienek i tak nie jesteśmy w 100% zadowolone, no bo jak w takim pośpiechu można wymyśleć sukienkę, która byłaby i ładna, i praktyczna w podróży, ale przynajmniej zasmakowałyśmy tego typowego dla Hoi An doświadczenia. Jedynym poszkodowanym był chyba Kuba, który snuł się za nami od krawca do krawca z iście anielską cierpliwością, bacznie pilnując, byśmy zawsze trafiały do właściwego zakładu o właściwej porze, a nawet powstrzymując nas od składania nowych zamówień na nowe sukienki. Rezultat: Beata 3, Ja 2. Nie jest źle. A do tego Hoi An jest naprawdę piękne. [-a.]

Vinh Moc, czyli życie podziemne

27 Gru

Wyobraźcie sobie wioskę, której mieszkańcy wystraszeni wojną i bombardowaniami zaczynają wszelkimi dostępnymi narzędziami kopać w ziemi tunele.  Tworzą w ten sposób swoje podziemne miasto i przeprowadzają się do niego, aby przeczekać działania wojsk. Mieszkają tam ponad pięć lat, organizując w miarę możliwośći „normalne” życie społeczne. Takich wiosek w tzw. strefie zdemilitaryzowanej (wzdłuż dawnej granicy między Wietnamem południowym i północnym) było ponad sto, ale jedynymi tunelami, których nie zniszczyły bomby lub deszcze są właśnie te w Vinh Moc, do którego, przyciągnięci tą niesamowitą historią, przybyliśmy z pobliskiego Dong Ha. Pan Hoa, czyli nasz przewodnik, całe życie mieszkał w tej okolicy, a pod koniec wojny walczył nawet w armii południowej.  Okazał się świetnym wyborem i prawdziwą kopalnią wiedzy o tym terenie.

W położonym na skarpie pięknego wybrzeża Morza Chińskiego Vinh Moc  mieszkało w tym okresie około 400 osób. Budowa tuneli, mających łącznie dwa kilometry (!), trwała ponad dwa lata. Ten labirynt ciasnych korytarzy i maleńkich pomieszczeń dla całych rodzin zajmuje trzy poziomy (najniższy na prawie 30 metrach głębokości), posiada 13 wejść, z których 7 wychodzi na skarpę nad morzem, którym z pobliskiej wyspy dostarczano zaopatrzenie. „Miasto” wykopane w gliniasto-skalnym podłożu okazało się skuteczną kryjówką przed nalotami. W ciągu 5 lat armia USA zrzuciła na ten teren ponad 9000 ton bomb (!), które zniszczyły absolutnie wszystko na powierzchni, zostawiając wiele olbrzymich lejów, które pozostały tam do dziś. O dziwo ani jedna z osób żyjących tam przez te pięć koszmarnych lat nie straciła życia. Co więcej, pod ziemią w tym okresie urodziło się siedemnaścioro dzieci (które przez brak kontaktu ze światłem słonecznym miały później problemy z oczami i skórą). Zadziwiającym jest jak sprytnie wieśniacy zoorganizowali życie w tunelach. Była tam kuchnia, mały szpital, pomieszczenie położnicze, magazyny, ubikacje, system wentylacji, otwory i baseniki do zbierania wody deszczowej, a nawet sala spotkań, w której projekcje filmów (tak, mieli nawet projektor wystawiony teraz w tamtejszym małym muzeum), słuchanie radia i występy muzyczne (!) umilały ciężkie życie w izolacji. Amerykanie byli bezradni.  Nawet nowe specjalne bomby, mające za zadanie niszczyć takie tunele, potrafiły spenetrować tylko ich pierwsze 10 metrów, a jedyna z nich, która trafiła do środka tych w Vinh Moc – nie eksplodowała. Stworzyła za to dodatkowy wlot powietrza dla ukrywających się. Tunele, całkowiecie nietknięte, przetrwały do dziś. Jedynymi zmianami było umocnienie wejść i pierwszych kilku metrów przy każdym z nich. Nasza, prawie godzinna, wycieczka pod ziemię wprawiła nas w osłupienie.  Szerokość tuneli to średnio około 80 cm, a wysokość to często mniej niż 180 cm, więc większość trasy musieliśmy iść schyleni. Wielkość rodzinnych pokojów to gabaryty takiego większego kartonu po lodówce.  Brak światła, duchota i totalnie klaustrofobiczne uczucie bardzo szybko nas zmęczyły. Ciężko sobie wyobrazić, jak ludzie mogli żyć w takich warunkach i to tak długo. Jako współczesny dodatek, wewnątrz tuneli powstawiano tu i ówdzie kiczowate plastikowe atrapy siedzących na ziemi ludzi czy nawet całych rodzin, mających obrazować życie w Vinh Moc. Można się nieźle przestraszyć natykając się w ciemności na taką atrakcję. Natomiast małe muzeum znajdujące się na powierzchni świetnie wprowadza w klimat, prezentując wiele przedmiotów i zdjęć z tamtego czasu.

Poza tunelami, Hoa pokazał nam słynny most na rzece Ben Hai, która była dawną granicą, zardzewiałe już, porośnięte krzakami amerykańskie czołgi i jeden z wielu tamtejszych cmentarzy wojskowych. Chowano na nich wyłącznie żołnierzy armii komunistycznej północy, bo ciała tych z armii południa odsyłane były do ich rodzinnych wiosek. Ciekawostką było to, że na wielu grobach pochowanych tam nieznanych żołnierzy, ręcznie dopisano farbą ich nazwiska. Jak wszędzie w Indochinach, w Wietnamie wiara we wrózbitów ciągle jest silna i to właśnie oni na zlecenie rodzin wskazują rzekome miejsce pochówku ich krewnych.

Ten dzień był ciekawą wycieczką w przeszłość. Wietnam już dawno zapomniał o wojnie i pędzi do przodu.  My z kolei mamy teraz ochotę na filmy i książki o tym konflikcie, aby będąc tu poczuć ten klimat jeszcze bardziej. [-k.]

Gdzieś w drodze, czyli o wietnamskich autobusach lokalnych

24 Gru

Recepcjonistki w hotelach zawsze proponują nam sprzedaż biletu na autobus turystyczny, tzn. bezpośredni i z podwyższonym standardem. My jednak twardo obstajemy przy swoim postanowieniu jeżdżenia autobusami lokalnymi. I jeszcze nigdy tego nie pożałowaliśmy. Po trzech tygodniach transportowego rekonesansu, już mniej więcej wiemy, czego się można spodziewać po autobusach lokalnych w Wietnamie…

1. Ciesz się nieustannym, bezlitosnym programem rozrywkowym, który ma na celu umilenie Ci podróży teledyskami z wietnamską muzyką pop, najlepiej włączoną na cały regulator. Delektuj się nią przy akompaniamencie nigdy nie milknącego klaksonu.

2. Naucz się podróżować z zamkniętymi oczami, bo naprawdę nie chcesz widzieć, co się dzieje na drodze.

3. Nigdy nie oglądaj przy zapalonym świetle kocyka, w który jesteś zmuszony się za chwilę zawinąć na następne kilka/kilkanaście godzin.

4. Nie wpadaj w panikę na widok wielkich robali urządzających sobie wyścigi wzdłuż przejścia autokaru. I tak nie masz wyjścia, więc o co ten halas? Po prostu wychodząc się otrzepiesz.

5. Niech Cię nie zdziwi ilość i bogactwo symboli religijnych wokół stanowiska kierowcy. Porcelanowe wazony z kwiatami, sporego rozmiaru figurki Buddhy z zielonego, fosforyzującego wosku, girlandy ze sztucznych kwiatów, całe ołtarzyki podświetlone od tyłu wielokolorową żarówką w kształcie tarczy, a nawet słoje z płonącymi kadzidełkami. Wszystko na bardzo ograniczonej przestrzeni, a na dodatek cały czas w ruchu.

6. Nie denerwuj się, gdy widzisz pasażerów wskakujących do i wyskakujących z, cały czas jadącego, autobusu. Zrozum, tempo nie za bardzo, więc nie ma co bez sensu marnować czasu na postoje.

7. Przyzwyczaj się do ciekawskich spojrzeń, raczej przyjaznych zaczepek, a nawet bycia obiektem żartów całego autobusu. Pogódź się z tym, że, ponieważ nie masz możliwości jakiejś werbalnej obrony, nie zachowasz twarzy i tyle. I nie przejmuj się, że nie znasz tutejszego języka. Nie szkodzi. I tak, wcześniej czy poźniej, będziesz “gadać”z połową autobusu, bo wszyscy będą chcieli Ci coś powiedzieć, jakoś się kurczę porozumieć, i przy salwach śmiechu ogółu poczęstować własnego wyrobu wódką z plastikowej butelki po wodzie. A co tam. Raz się żyje.

8. Zaakceptuj fakt, że przez znaczną część podróży obydwie pary drzwi autobusu otwarte są na oścież (patrz pkt. 6). Nie taki przeciąg straszny jak go malują.

9. Nie podnoś rabanu , gdy zauważysz bardzo ambiwalentny, żeby nie powiedzieć stronniczy, stosunek kierowcy do bagażu.  Staraj się zachować spokój, gdy na Twoim skrupulatnie zapakowanym plecaku, się staje, siada, się nim ciska, gdzie popadnie i w ogóle się nim nie przejmuje, w przeciwieństwie do cieknących worków z żywymi rybami i kaczkami, luźno wrzuconych do luku płytek terakotowych, dziwnych pałąków, kawałków żelaza, spakowanych w gazetę superciężkich tajemniczych walców, kartonów  po telewizorach i mikrofalówkach, które to traktowane są niesłychanie delikatnie, czasem nawet dowożone pod sam dom szczęśliwego właściciela.

10. Doceń dostatek woreczków na ewentualne wymiociny umieszczonych  na każdym siedzeniu w specjalnych, misternie plecionych, koszyczkach. Wybacz kierowcy, że zdarza mu się zapomnieć, że wiezie żywych ludzi i na największych wybojach, zakrętach, a zwłaszcza wtedy, gdy jedzie ktoś z naprzeciwka, rozpędza się do zawrotnych, zważywszy na okoliczności, predkości tym samym doprowadzając wielu z pasażerów do nie za przyjemnych odruchów.

11. Przygotuj się na odkrycie nowego wymiaru słowa “ścisk”. Wietnamczycy to naród niesamowicie przedsiębiorczy i bez problemu w busie przeznaczonym dla 15 osób mieszczą ich około 25. Ich inwencja jest po prostu nie do opisania. Oprócz dokładania dodatkowych osób do istniejących już rzędów siedzeń (czyli na 2 miejscach siedzi od 3 do 4 osób), dostawiają oni w sposób niezwykle usystematyzowany nowe rzędy drewnianych taboretów, tudzież puf na każdym wolnym skrawku podłogi. W przypadku zagospodarowania całej dostępnej przestrzeni, pasażerów sadza się po prostu na sobie, tworząc przedziwne ludzkie piramidy, całkowicie bezwolne, pogodzone z sytuacją dla ludzi z Zachodu co najmniej niekomfortową. I niech Ci się nie wydaje, że przestrzeń w takim minibusie jest ograniczona. Uwierz mi, nie jest. Choćby i pojazd pękał w szwach, naganianie przez okno nowych potencjalnych klientów nigdy nie ustaje. Przecież jedną dodatkową osobę zawsze da się jakoś upchnąć, no nie? [-a.]

Phong Nha, czyli fantasy na żywo

21 Gru

Dong Hoi wybraliśmy jako bazę do zwiedzania podobno największych i najpiękniejszych jaskiń w Wietnamie. Ten nadmorski kurort wygląda troszkę inaczej niż to, co do tej pory widzieliśmy w tym kraju. Wietnam przyzwyczaił nas już, że w razie głodu tak naprawdę wystarczy przejść parę kroków i już trafia się na którąś z małych ulicznych restauracji. Tu było inaczej. Z jakiegoś powodu miasto w ciągu dnia wyglądało na nieczynne. Kluczyliśmy ulicami w strasznym upale przez dwie czy trzy godziny, nie mogąc znaleźć żadnego miejsca z jedzeniem. Mijaliśmy drogie domy i hotele, ale wszystkie sprawiały wrażenie pustych. Rozpoznawalne dla nas szyldy lokalnych miejsc sprzedających tradycyjną zupę czy ryż miały pozamykane drzwi, a jedynymi otwartymi biznesami zdawały się warsztaty motorowe. Wszędzie indziej Wietnamczycy przez cały czas jedli. Na każdym rogu, przy każdej możliwej okazji. A tutaj pusto i cicho. Z głodu nie umarliśmy,  ale doświadczenie było dość dziwne i trochę nas do Dong Hoi zniechęciło. Spędziliśmy tam jedną noc i po zwiedzeniu jaskiń szybko wyjechaliśmy z tego kurortu, który wydał się nam nudny i jakby zupełnie oderwany od reszty Wietnamu.

Same jaskinie były jednak niesamowite. Dotarliśmy do nich łódką i mimo, że z powodu wysokiego stanu wody mogliśmy zwiedzić tylko pierwsze 500 z ponad 1000 metrów tej większej (Phong Nha) i tak to, co zobaczyliśmy było nie do opisania. Nieziemskie formacje stalagmitów i stalaktytów naprawdę pobudziły naszą wyobraźnię i czuliśmy się trochę  jak na planie filmu fantasy. Ciężko uwierzyć, że to wszystko stworzyła sama natura. Jedyną wadą jaskiń jest ich podświetlenie w stylu typowo chińskim, czyli żarówkami w kolorach choinkowych. Kicz maksymalny. Na dodatek informacja o tym, że Phong Nha są największe w Wietnamie okazała się już nieaktualna, bo jak się dowiedzieliśmy, kilka lat temu brytyjscy eksploratorzy odkryli w pobliżu największą jaskinię świata (ponad 150 km długości!). Niestety nie jest ona jeszcze otwarta dla zwiedzających, ale my i tak byliśmy usatysfakcjonowani tym, co zobaczyliśmy. [-k]

Ninh Binh czyli swieże powietrze inaczej

18 Gru

Po Ha Long wróciliśmy na chwilę do Hanoi, aby stamtąd przemieścić sie dalej na południe. Wybraliśmy szybko niedalekie Ninh Binh, o którym w przewodniku pisze, że po doświadczeniu ruchu ulicznego i smogu Hanoi to „oddech świeżego powietrza”. Autorzy zapomnieli jednak o drobnym szczególe. Aby dostać się do okolicznych atrakcji motocyklem lub rowerem jak nam zasugerowano (wybraliśmy to drugie), trzeba przejechać prawie 10 kilometrów po głównej drodze z milionem motorów i ciężarówek, w smogu i pyle po szosie pełnej robót drogowych. Prawdziwy koszmar rowerzysty. Do wioski Tam Coc dotarliśmy ciut umorusani i podduszeni po około godzinnym pedałowaniu  na naszych lekko zdezelowanych rowerach (w moim np. ciągle spadał łańcuch). Tam zafundowaliśmy sobie wycieczkę na wiosłowej łódce. Popłynęliśmy polami ryżowymi (niestety już po żniwach) pomiędzy górami i przez groty wyżłobione w nich rzez rzekę. To była miła chwila wytchnienia przez powrotem tą samą (niestety) trasą. Jednak najciekawszym wypadem w okolicy Ninh Bihn (które samo w sobie jest koszmarne) był ten do położonej w niedalekim miasteczku Phat Diem katedry (tam już pojechaliśmy autobusem). Architektura tej XIX-wiecznej budowli (i całego zespołu budynków ją otaczających)  stanowi niesamowite połączenie chińsko-wietnamskiej stylistyki z europejskimi zdobieniami znanymi z naszych kościołów.  Taki niecodzienny kolaż znajomo nam wyglądającego ołtarza i rzeźb  z chińskimi malunkami na sklepieniu, drewnianymi kolumnami zdobionymi azjatyckimi smoczymi motywami i dachem charakterystycznym dla pagód. Pięknie i bardzo klimatycznie… [-k.]

Ha Long, czyli wietnamski klasyk

17 Gru

Rejs po Halong Bay to obowiązkowy punkt programu podczas pobytu w Wietnamie. Ha Long Bay (czyli Zatoka Lądującego Smoka) to włączony do dziedzictwa Unesco obszar na Morzu Chińskim w prowincji Quang Ninh usiany ponad dwoma tysiącami małych gór-wysep. Miejsce to słynie z nieziemskich widoków możliwych do podziwiania na jednym z ponad 500 tutejszych statków rejsowych. Stolica Wietnamu słynie niestety z podróbek i firm podszywających sie bezczelnie pod inne. Przykładem może byc słynne Sinh Café, której fałszywych filii naliczyliśmy w okolicy 16 (z tym samym logiem i szyldem) a na samej ulicy, na której znajduje się prawdziwa, aż sześć! Wybranie odpowiedniego rejsu to niestety koszmar, bo wiele z nich to wyprawa na przeładowanych rupieciach z niezbyt dobrym jedzeniem. Po małym rekonesansie udało nam się wybrać – jak się później okazało – całkiem nieźle. Nasza wycieczka obejmowała niecałe dwa dni z nocą w kajucie na statku zacumowanym w środku zatoki. Mimo nienajlepszej pogody (trochę mgliście i chłodno drugiego dnia) udało nam sie doświadczyc uroku tego miejsca. Jedzenie na statku było pyszne, a jako część wycieczki zaliczyliśmy ciekawą jaskinię (Surprising Cave), wyspę z punktem widokowym na szczycie (Titop Island) i krótkie, ale fajne kajakowanie. Na kajakach, przez otwór u podnóża jednej z gór, wpłynęliśmy do małej laguny. Panowała tam kompletna cisza, a wysoko na drzewach rosnących na zboczu udało nam sie zobaczyć kilka szalejących małp.  Staramy się omijać w naszej podróży zorganizowane toury, ale ten był bardzo przyjemny. Na statku z nami płynęło tylko 9 osób (całkiem sympatycznych), pokoje były przytulne, a widoki nieziemskie… aż nie chciało sie wracać na ląd… [-k.]

Hanoi, czyli chodnikowy slalom

16 Gru

Makau opuściliśmy na piechotę, przekraczając granicę w mieście Zhuhai, skąd autobusem dotarliśmy do Guangzhou (czyli Kantonu). Stamtąd, po kilku godzinach oczekiwania, wsiedliśmy do pociągu do Nanning – ostatniego już naszego przystanku w Chinach. O Nanning wpisu nie będzie. Nanning to – jak powiedział właściciel jednego z dwóch tamtejszych hosteli – takie przeciętne “małe” chińskie miasto z jedynymi 7 milionami (!) ludzi. Taka cyfra rzeczywiście nie robi wielkiego wrażenia w Chinach. Oprócz uznawanego za tutejszą atrakcję jeziora w środku miasta (przeszliśmy się i nie podobało nam się wcale), nie było tam kompletnie nic ciekawego. Nanning był więc zgodnie z planem naszą chwilą oddechu i bazą wypadową do Wietnamu, czym zresztą jest dla wielu podróżujących po Azji. Hostel był miły, a w barterze za pomoc przy projekcie ulotki dostaliśmy dodatkowo darmową noc przed wyprawą przez granicę…

Za to Hanoi nas oczarowało. I to od razu. To tysiącletnie miasto naprawdę tętni życiem, a przeurocza kolonialna architektura, często łącząca wpływy francuskie ze stylem lokalnym , wygląda naprawdę niesamowicie. Ruch uliczny, tak jak się spodziewaliśmy, to prawdziwe szaleństwo. We wszystkich kierunkach naraz non-stop przelewa się morze rowerów, skuterów, motorów, trycykli i Bóg wie czego jeszcze. Kierowcy sprytnie się mijają, ostrzegają się nawzajem co jakieś  5 sekund używając klaksonu, nie okazując nigdy żadnych oznak zdenerwowania. Ten hałas i chaotyczny ruch w pierwszej chwili paraliżują nowoprzybyłych.  W naszym przypadku również  pierwszy dzień był nauką przechodzenia na drugą stronę ulicy. Przyglądając się lokalnym i stosując się do wskazówek z internetu, opanowaliśmy jakoś tę sztukę, ale nawet po kilku dniach tu spędzonych nadal zdarzały się chwile grozy. Poza ruchem ulicznym ciekawym zwyczajem tutejszych Wietnamczyków jest sposób spędzania wolnego czasu. Stołeczne chodniki są gęsto zastawione malutkimi plastikowymi krzesełkami i stolikami, na których lokalni jedzą, piją i obserwują życie miasta. Wieczorem tych krzesełek robi się naprawdę olbrzymia ilość i chodzenie gdziekolwiek to nieustanne lawirowanie pomiędzy siedzącymi na nich ludźmi i zaparkowanymi wszędzie skuterami i motocyklami. Stolica żyje naprawdę intensywnie w ciągu dnia i wieczorem, ale umiera niestety dość szybko (prawo w Hanoi zabrania jakimkolwiek lokalom być otwartym po północy). Spędziliśmy w Hanoi pięć dni i mimo okropnego smogu i wszechogarniającej nieustępliwej wrzawy miasto zafascynowało nas swoją energią. Łaziliśmy po małych uliczkach i wielkich bulwarach. Jedliśmy lokalne pyszności na ulicy z brudnych misek, ale i zachodnie, “cywilizowane” specjały widelcem w knajpach dla turystów. Kilka razy daliśmy się naciągnąć, ale i uczyliśmy się zawzięcie targować. Imprezowaliśmy w stadzie rozemocjonowanych dziewiętnastoletnich backpackerów, a kiedy indziej delektowaliśmy się mrożoną herbatą cytrynową, przegryzaną przez miejscową młodzież pestkami słonecznika. Byliśmy w Muzeum Narodowym Sztuk Pięknych (jedyne miejsce w Hanoi, gdzie byliśmy praktycznie sami), w kościele (niestety nie wytrzymaliśmy długo, bo język wietnamski ze swoimi sześcioma tonami z ambony brzmiał jak wygłupy i mimo usilnych starań zachowania powagi, krztusiliśmy się za śmiechu),  byliśmy w Świątyni Literatury, a nawet w ponurym, wybudowanym wbrew jego woli, mauzoleum  Ho Chi Minha (Wujek Ho wyglądał bardzo niestetycznie, a strażnicy tego okropnego przybytku cały czas zwracali nam uwagę, żeby iść szybciej, wolniej, z większym szacunkiem ułożyć ręce, nie rozmawiać, zakryć ramiona, a nawet żeby być poważnym) .

Hanoi jest drugim największym miastem w Wietnamie (6,5 mln mieszkańców), ale nie ma tu żadnego wielkomiejskiego zadęcia. Jest głośno, ale w interesujący, wręcz uroczy sposób. Jest brudno, ale nigdy nie obrzydliwie. Jest chaotycznie, ale czujesz się bezpiecznie (no, może oprócz przechodzenia przez ulicę). Jest gwarno, kolorowo, smacznie, ciekawie, wygodnie, historycznie, pięknie…

To miasto z duszą.   [-k. i -a.]