Archiwum | Polska/Europa RSS feed for this section

W krainie oscypka

22 Wrz

WIĘCEJ ZDJĘĆ – TUTAJ

Reklamy

Nie laptopy, a sam element

14 Wrz

Po kilku tygodniach odpoczynku w Szczecinie, ruszyliśmy dalej, do Lublina. Przed Azją perspektywa siedzenia w pociągu przez dziewięć godzin była co najmniej dołująca, ale teraz każda podróż poniżej dwudziestu godzin nie wzbudza u nas większych emocji. Ot, trzeba jakoś przecierpieć i tyle. Pomaga dobre zaopatrzenie w postaci książki lub/i ulubionej muzyki na ulubionym nośniku. No i, cokolwiek się dzieje, nie warto się denerwować. Naprawdę niewiele to zmienia.

Będąc w Polsce większość czasu spędzamy dość stacjonarnie, stąd nie bardzo jest o czym pisać. Dlatego jak już gdzieś się wybierzemy, to Opatrzność dba o to, żebyśmy się nie nudzili. Tak było i tym razem.

Pociąg relacji Świnoujście – Lublin wjeżdża na peron w Szczecinie w miarę punktualnie. Jest piątek, pogoda zapowiada się wspaniale – do pociągu pakują się tłumy. Ludzie kulturalnie (piszę to zupełnie bez ironii) pchają się do środka, zajmują miejsca, moszczą swoje siatki i siateczki (Swoją drogą ktoś powinien jakoś bardziej naukowo zająć się zagadnieniem bliskich relacji Polak-reklamówka). My też musimy gdzieś się przytulić. Na końcu wagonu zauważamy przedział z zasłoniętymi firankami. Stary trik, tu na pewno są miejsca. Przedzieramy się przez przeszkody (zasunięte drzwi, szczelnie otulone zasłonkami pierwszej czystości) i z tym typowym dla tej sytuacji uczuciem bycia niemile widzianym, wręcz niechcianym, pytamy, czy znajdą się jeszcze dwa miejsca (Wiadomo, że się znajdą, bo przecież są tam tylko trzy osoby, ale z drugiej strony może ktoś gdzieś poszedł za jakąś potrzebą, czy to fizjologiczną, kulinarną czy też bardziej towarzyską? Lepiej się upewnić, poza tym zawsze to jakoś lepiej wygląda jak się zapytamy o coś, o co normalnie tak naprawdę pytać nie trzeba). Miejsca są. Po wstępnej, dość pobieżnej obserwacji współpasażerów, siadamy. Wraz z nami podróżują dwie nastolatki, porozumiewające się między sobą zaskakująco ładną polszczyzną, rozprawiające o wystawianym przez nie szkolnym przedstawieniu i wycieczkach po górach. Wstyd się przyznać, ale miło mi się je podsłuchuje. Przywodzą mi na myśl harcerki – swoją trochę anachronicznością, niewinnością. Mają po piętnaście lat, są pewne siebie, ale kulturalne, są dziewczęce, ale nie wyzywające. Są sobą, są obciachowe, jak dla mnie są piękne. Taka korpulentna młodzieńcza naiwność. Rzadkość w dzisiejszych czasach. Z drugiej strony siedzi nerwowo kręcący się łysy facet. Widać, że już się męczy, choć pociąg jeszcze nawet nie ruszył. Coś by zrobił, zmajstrował, ale nie wie za bardzo ani co, ani jak, ani, co najgorsze, z kim. Bacznie przygląda się harcerkom, nawet nie próbując ukrywać swojego zainteresowania ich krągłościami. Siedzi naprzeciwko Kuby. Po kilkusekundowej analizo-ocenie jego koszulki (stary T-shirt z jakiegoś hiphopowego koncertu), rezolutnie pyta: A wy to też od tego Owsiaka wracacie? Bo tam też takie koszulki właśnie mieli! Skojarzenie faktów zajmuje nam chwilę, ale zaraz zaskakujemy, że chodzi o odbywający się w pobliżu przystanek Woodstock. Nie, nie byliśmy, to z innej imprezy. Próbujemy wrócić do lektury, ale nie jest to takie proste, bo komuś najwyraźniej bardzo się nudzi. To widzę, że obydwoje lubicie czytać. Ja to nie bardzo, nigdy w życiu książki nie przeczytałem. I żyję. No nie da się ukryć, rzeczywiście żyje. Udajemy, że czytamy. Ale się nawaliłem. I wczoraj, i przedwczoraj. Właściwie to już cztery dni, na wesele jadę. Znowu się nawalę. A co. Moja nic mi nie powie, bo ja jej wszystko dałem. Dom, kasę – na gotowe przyszła. Robić nie musi. Czego robić? No robić, w ogóle nie musi robić. Dzieciakami się zajmuje. A wy dzieciaki macie? Nie, jeszcze nie. Ooo, to nie ma na co czekać. Bez dzieciaków życie nic nie warte. Jak wracam do domu narąbany, to dzieciak i kapcie, i pilota mi przyniesie. Trzeba sobie wychować. Harcerki chichoczą, pociąg mknie przez piękne polskie pola. Robi się gorąco, a na każdej stacji wsiada milion ludzi. U nas zasłonięte, mało kto się odważy wtargnąć w taki odgrodzony świat. Jedziemy, w tym samym przedziale, a każdy w innym świecie. My czytamy, dziewczyny “sudokują”. Gawędziarz raz po raz próbuje coś zażartować, jakoś zagadnąć, skomentować rzeczywistość (O, pociąg przejechał. /Stajemy./Jedziemy./Dużo ludzi wsiada./Coś bym się napił. itd.). Mało kto reaguje, więc zaczepianie jest coraz rzadsze, ale nigdy nie ustępuje. Po kilku godzinach pociąg staje. W szczerym polu. Ludzie z zaciekawieniem wystawiają przez okna głowy. Nikt nie wie, co się dzieje, ale słońce świeci, więc wszyscy w dobrych humorach. Jak w kraju przez 65% dni w roku niebo jest zachmurzone, to trzeba docenić każdy promyk. Po kilkunastu minutach z głośnika pada trzeszczący komunikat: Opóźnienie 60 minut. I, jak wiadomo, może ulec zmianie. Po pociągu przechodzi pomruko-westchnienie i wszyscy wylegają na pole. Co tu w duchocie siedzieć, jak taka piękna pogoda, w dodatku jesteśmy w naprawdę urokliwym miejscu. Na tym etapie nastroje są znakomite. Żartom nie ma końca. Ludzie dobierają się w grupy i wychodzi na to, że reprezentacja naszego wagonu jest najaktywniejsza. Gawędziarz dokazuje, szybko znajduje sobie asystenta i razem rozkręcają towarzystwo. To i może jakaś butelczyna się znajdzie… – nieśmiało sugeruje starsza pani (Wnosząc po imponującej opaleniźnie, powracająca z urlopu nad morzem, a biorąc pod uwagę cudowne efekty, jakie jej sugestie przynoszą, widać, że to zaprawiona w alkoholowych przygodach prowodyrka). Gawędziarz, zadowolony, że jest w centrum wydarzeń, mruczy: Coś tam się chyba jeszcze znajdzie… Po chwili wraca z butelką taniej wódki w jednej ręce i konserwą turystyczną w drugiej. Wiwatom nie ma końca, wraz z kolejną wychyloną szklaneczką ciepłej gorzałki coraz wyraźniej zarysowuje się postać nowego kolegi Gawędziarza. On też lubi być duszą towarzystwa, co chwilę powtarza, że Zara coś się zorganizuje! i proponuje wszystkim pasażerom ognisko integracyjne. Czy ktoś w składzie ma gitarę? –krzyczy tak, żeby wszyscy go słyszeli – No przecież zara coś się zorganizuje! Pani Prowodyrka podejmuje temat: To i kiełbaskę i kartofle jakieś… Może ktoś z pasażerów ma… Śmiechu co niemiara, jedni (optymiści) woleli zostać w pociągu, inni (organizatorzy) zmagają się z zaistniałą sytuacją jak potrafią. Gawędziarz zasiada na schodkach pociągu, otwiera mielonkę i zgrabnie zaczyna się do niej dobierać podręcznym nożykiem. Wódka się kończy, Kaowiec z coraz mniejszym entuzjazmem opowiada przez telefon już dziesiątej osobie o opóźnieniu, polu i naprędce zaaranżowanej imprezie. Ledwo stoi na nogach. Zaczyna trzaskać głośnik i siedząca w środku pani informuje, że opóźnienie zwiększy się do 120 minut. Podnosi się szum, że to już przesada, że jak to możliwe i w ogóle to polskie pociągi są do d… Na pole wychodzą optymiści, zmęczeni pionierzy wchodzą do środka na zasłużony odpoczynek. Siedzimy na trawie i obserwujemy tę inscenizację pełną emocji, pretensji, zdrowego polskiego humoru, pełną kolorowych postaci. Ze schodków pociągu zeskakują młode zakochane pary, trzymają się za ręce i z dala od wszystkich. Chcą być sami, bo jeszcze liczą się tylko oni. Chłopcy ściągają koszulki, jest gorąco, można pokazać nowe tatuaże i kaloryfery. Słyszymy jak Prowodyrka daje wyraz swemu zdziwieniu: Czy mi się w oczach troi czy to rzeczywiście?? Tak, troi – odpowiada dumny ojciec – mamy trojaczki. Widzimy trzy identyczne dziewczynki, z zachwytem patrzące na dopiero co znalezioną biedronkę. Dlaczego wszystkie są identycznie ubrane? – zastanawiamy się – Czy to obowiązkowe? Idziemy na chwilę do środka, Gawędziarz troszkę już zmęczony, pół-leży na swoim siedzeniu i z uznaniem patrzy na Harcerki. Ale dobrze zbudowane dziewczyny. Takie młode, a tak dobrze zbudowane. To rzadkość. Dziewczyny nie wiedzą, co powiedzieć, więc udają, że nie słyszały. Ja zresztą też. Nawet ich nie znam, a już boję się o ich niewinność. Wracamy na zewnątrz. Słońce jest coraz niżej, robi się naprawdę malowniczo. Impreza się reaktywuje, Kaowiec ożył, sączy piwko z Warsu i dalej nadaje o gitarze i ognisku. Gawędziarz powróciwszy z przedziału ujawnia się jako pracownik kolei i specjalista od reklamacji. Skupia wokół siebie niezły tłumek i z coraz większą ilością dosadnych przecinków pieczołowicie tłumaczy, że to nie do pomyślenia, że u nich w powiecie to takie rzeczy nigdy się nie zdarzają, że prezesi zarabiają aż 15 tys. zł, że gdzie są podstawione dla nas zastępcze autobusy itd. Przychodzi starsza pani konduktor i przytakuje, ale poczęstowana piwkiem (A Szefowa to się nie napije??) odmawia. Prowodyrka z uporem maniaka powtarza, że trzeba do TVN-u dzwonić, powiedzieć, jak nas tu traktują, że w Warsie już nic nie ma, że czemu to oni tam nie odbierają telefonu?? Kaowiec już słabiej, ale dalej twierdzi, że zara coś się zorganizuje. W tę i z powrotem snuje się dziewczyna w stylu Emo, twarz w 70 procentach zakryta wielką rudą grzywą, spodnie rurki, trampki i wisielczy nastrój. Trojaczki nadal skaczą w trawie, nieświadome wrażenia, jakie wywołują (nawet czapeczki mają takie same). Harcerki decydują się na opuszczenie pociągu i idą w pole po kukurydzę. W międzyczasie do naszego pustego już przedziału dosiadają się dwie postaci. Pierwsza, piękna studentka iberystyki, z długim warkoczem i w czerwonej bluzeczce ze sporym dekoltem ukazującym naprawdę imponujące kształty. I druga, starszy pan, zupełnie niepozorny, ale z mądrymi oczami, takimi, co to już niejedno widziały i nie sposób je zaskoczyć. Krążymy między przedziałem a polem, żeby nic nie przegapić. Impreza trwa w najlepsze. Oficjalnych komunikatów już nie ma, ale nieoficjalnie krążą słuchy, że nie wiadomo, ile jeszcze będziemy stać w tym polu, bo trakcja się zerwała i nie bardzo wiedzą, jak się za to zabrać. W pole zaczynają podjeżdżać taksówki i prywatne samochody, ludzie ewakuują się jak mogą, jest coraz bardziej nerwowo. Pomstowane jest na wszystko. Na rząd, PKP, na kraj ogólnie. My się nie denerwujemy, bo nasze dni są bardzo elastyczne, ale ludziom się nie dziwię. Runęły ich plany i na wieczór, i na weekend. Mają dzieci, przesiadki. Tragedia. Nie jest dobrze, ale wódka nadal się leje. Przyjeżdża radiowóz i zastanawiamy się, po co. Okazuje się, że zamiast autobusów zastępczych, jest jeden radiowóz, a w nim jacyś litościwi policjanci, którzy biorą po kilka osób i wożą je na pobliską stację. Pociąg powoli pustoszeje. Za którymś razem policjanci pomagają nawet potrzebującemu Kaowcowi. Niepewnie już chodzi, ale udaje mu się załatwić dostawę alkoholu radiowozem. Coś się zorganizuje. Koło naszego wagonu przechodzi Ona – blondynka (Nie-Wanda) i On – obcokrajowiec. Kaowiec chwiejnym krokiem rusza do ataku (na tym etapie mamy już jakieś 4 godziny opóźnienia): Polish express – very good express. Any time, any place – yyyyy-yyyy – on time. Normalnie jestem pod wrażeniem. (Na)Rzeczona para również. Pojawia się też młody konduktor typu player. Żartuje z dziewczynami, nadgodziny go nie interesują, wolałby być na czas w domu. Ludzki człowiek. Po torach, na których stoi dosłownie tłum ludzi, przechodzi starszy pan, pracownik ochrony kolei. Delikatnie nakazuje zejście z torów, bo przecież coś może jechać. Ludzie się denerwują, przecież jak będzie jechać, to będzie widać, że jedzie, po co ludzi traktować jak bydło. Strażnik jest bardzo miły, ale pasażerowie już bardzo zniecierpliwieni i nie dadzą sobie w kaszę dmuchać. Wstawia się za nimi młody Konduktor-Bawidamek. Dać ludziom żyć! Przecież wszyscy tu razem czekamy i nie wiadomo co dalej! Wszyscy potakują, biedny strażnik odchodzi parę metrów dalej i tam znów próbuje wykonywać swoją niewdzięczną pracę. Mija kolejna godzina, starsza pani konduktorka podobno musiała uciekać, bo w pierwszym wagonie z tej frustracji i zniecierpliwienia ludzie chcieli ją pobić. Gdzieś się rzekomo ukrywa. Robi się ciemno, znika i Prowodyrka, i zakochane parki, i mroczna malkontentka. Trojaczki albo odjechały taksówką, albo śpią w przedziale, zakładam, że przytulone do siebie. Konduktor-Bawidamek bawi już damy gdzieś w środku, w składzie. Kaowiec dogorywa na bocznym krzesełku w korytarzu, nie wie już, co się wokół niego dzieje. Wsiadamy do przedziału. Po Harcerki przyjechał tata. Zostaliśmy my, Gawędziarz, Piękna Studentka i Starszy Pan. My wracamy do czytania, co nie bardzo podoba się Gawędziarzowi. Po kilku godzinach picia jest już bardzo wylewny. A po co to tyle czytać? Co? Mądrzejsza jesteś od tego? Ja żadnej książki w życiu nie przeczytałem. Jakby moja mnie z książką w ręku przyłapała, to by mi dopiero dała! Wy się w ogóle kochacie?? Kochamy się, mówię, tylko nie w pociągu. Starszy pan uśmiecha się spokojnym uśmiechem, ale nie mówi nic. Zapytany o to, czy lepiej czytać czy uprawiać miłość (tutaj Gawędziarz użył słowa dużo bardziej dosadnego, jednego z tych, co to używa się go w podstawówce nie do końca wiedząc, co ono oznacza), Starszy Pan odpowiada: Ja to mam, jakby to powiedzieć, za sobą. Łysek niezadowolony, odpowiedź nie po jego myśli, nie ma już co pić, głód mu doskwiera, konserwa nie była przewidziana na tyle godzin. Swoją uwagę przenosi na Piękną Studentkę. No, w naszym przedziale jedzie najładniejsza dziewczyna w całym składzie. Jaka ona zbudowana! Taka to chłopa zajeździ, co nie? – z tym pytaniem zwraca się o dziwo do mnie. Mówię, że nie wiem. No bo naprawdę nie wiem. Dziewczyna zupełnie niespeszona, ze skromnym uśmiechem odpowiada: Komplement z ust takiego znawcy… No cóż. Można tylko podziękować. A on na to: No nie, tak tyko mówię. Jest coraz lepiej. O dziwo, ruszamy, mamy już sześć godzin opóźnienia. Wszystkim nam jest trochę szkoda Gawędziarza. W zły przedział wsiadł, nie do końca możemy się dogadać. Piękna Studentka częstuje go kanapką, Starszy Pan patrzy na niego z politowaniem, ale ani razu nie daje mu odczuć, że jest jakiś gorszy. Stara się z nim normalnie rozmawiać. Po dłuższej pauzie Gawędziarz konstatuje: Trzymają nas w polu, bo to tani pociąg, to tylko TLK, sam element tym jeździ. Tamten pociąg za nami na pewno puszczą jakimś innym torem*, bo ważniejszy. Widzieliście? Tam co drugi laptopa ma!!! [ -a.]

*Podobno wszystkie pociągi, niezależnie od klasy, stały w polu sześć godzin, a po sześciu godzinach ktoś w końcu wpadł na to, że można nas po prostu przepchnąć do stacji parę kilometrów dalej, gdzie prąd już był. W ciągu sześciu godzin przymusowego postoju nic nie zostało naprawione.

Postój

6 Wrz

No i koniec Azji. Przyszedł czas na długo wyczekiwane śledzie i pierogi z cebulką. Jeszcze nie jestem gotowa na podsumowania, ale na pewno kiedyś się o nie pokuszę. Na razie rodzina, znajomi i pełno okazji do refleksji. Nad tym co było, nad tym co jest teraz i nad tym, co nas czeka w niedalekiej przyszłości. To jeszcze nie koniec naszej podróży. Taka mała przerwa na doładowanie. A żebyście tak całkiem o nas nie zapomnieli, oto parę zdjęć z wycieczki do Berlina. [-a.]

WIĘCEJ ZDJĘĆ – TUTAJ


WIĘCEJ ZDJĘĆ – TUTAJ