Archive | Birma / Myanmar RSS feed for this section

Birma – powtórka

27 Wrz


WIĘCEJ ZDJĘĆ – TUTAJ

Bagan, czyli bardziej ilość niż jakość

19 Maj

Bagan to nie Angkor i tyle. Wiem, nie powinno się ich nawet próbować porównywać, ale takie porównanie narzuca się samo. Świątyń jest tu duuużo, ponad dwa tysiące, ale większość jest albo słabo zachowana, albo,wręcz przeciwnie, bezmyślnie odrestaurowana. Junta całkowicie ignoruje oryginalne style architektoniczne oraz używa nowoczesnych materiałów do odbudowy tego średniowiecznego miasta, przez co UNESCO odmawia przyznania Baganowi statusu Światowego Dziedzictwa Kulturowego (dla zainteresowanych – link). Niektóre świątynie zrobiły na nas niesamowite wrażenie, to prawda, ale miesiące oglądania azjatyckich świątyń zrobiły swoje. Wniosek? Jak zwiedzanie Angkoru i Baganu macie jeszcze przed sobą, to odwiedźcie najpierw Bagan. Będziecie zachwyceni. [-a.]

A na dworcu w Mandalaju….

15 Maj



 

Motorem

14 Maj

Już dwie zupełnie niepowiązane ze sobą osoby poleciły nam zrobienie treku nie w Hsipaw, który z tych treków słynie, ale w leżącym nieopodal Kyaukme. Tereny niby podobne, ale w Kyaukme prawie nie ma turystów, a do tego jest tam dwóch niesamowitych przewodników, którzy dosłownie otworzą przed nami swoje domy i serca. Brzmiało dobrze, nie daliśmy się długo namawiać.

W Kyaukme jest tylko jeden guesthouse, w którym mogą spać obcokrajowcy. Jak my przyjechaliśmy, to jacyś Francuzi właśnie wyjeżdżali. Byliśmy więc jedynymi białymi w (podobno) osiemdziesięciotysięcznym mieście. Bardzo przyjemne uczucie.

Jeszcze tego samego dnia zaaranżowaliśmy spotkanie z jednym z poleconych nam przewodników (drugi akurat na czas Nowego Roku zamknął się w klasztorze, żeby głębiej przeżyć to święto). Five-five* przyjechał do naszego hotelu z takim uśmiechem na ustach, że po prostu nie sposób było nie zapałać do niego od razu sympatią. Nieustannie opowiadał dowcipy (dodam, że śmieszne, bo to dosyć ważne), a jego twarz wyrażała dobroć w najczystszej postaci. Wiecie, o co mi chodzi? Czasem (trzeba przyznać, że coraz rzadziej) spotyka się kogoś takiego, co do kogo nie ma się najmniejszych wątpliwości, że jest dobry. Po prostu dobry człowiek. Taki był Five-Five. Do tego kiedyś był rebeliantem walczącym z rządem, VJ-em, magikiem… Zakochaliśmy się w nim od pierwszego wejrzenia.

Umówiliśmy się na trzydniowy trek na motorach (doświadczenia z Kalaw nauczyły nas, że ciężko się maszeruje, jak temperatura przekracza 30 stopni). Wyruszyliśmy następnego dnia. Nie chcę Was znów zanudzać szczegółowymi opisami każdego dnia, bo to się chyba mija z celem. W skrócie powiem, że wycieczka z Five-Five’em była zdecydowanie najbardziej fascynującym punktem naszego pobytu w Birmie.

Przez trzy dni zasypywani byliśmy dowcipami, magicznymi sztuczkami, piosenkami Britney Spears (no cóż…), troską, zainteresowaniem, uwagą, gościnnością, opowieściami o okolicach Kyaukme.

Jeździliśmy po niesamowicie stromych i równie malowniczych kamienistych ścieżkach między wioskami ludzi Palaung (Wiosek tych jest tu podobno dwa i pół tysiąca!).

Napawaliśmy się widokiem przepięknych upraw herbaty na zboczach.

Spaliśmy w przetwórni herbaty, gdzie do późnej nocy ludzie z okolicznych plantacji w wielkich bambusowych koszach znosili świeżo zebrane drogocenne liście.

Zwiedzaliśmy rodzinne fabryki papieru ryżowego (jest on używany tylko i wyłącznie przez Chińczyków jako symboliczne pieniądze ofiarowywane duchom – swoją drogą zadziwia mnie głupota azjatyckich duchów, strasznie łatwo je oszukać, np. ofiarowując im fałszywe pieniądze lub budując wysokie progi, które są dla nich przeszkodą nie do pokonania).

Zatrzymywaliśmy się na herbatkę w skromnych domach mniejszości Palaung, przymierzaliśmy ich tradycyjne stroje (które były piękne, jak oni je mieli na sobie, a na naszych bladych ciałach jakoś całkiem traciły swój urok), dzieliliśmy z nimi posiłki.

Odwiedziliśmy katolickiego misjonarza (Birmańczyka po studiach w Rzymie i Londynie), który na wzgórzu w Kyaukme wybudował mały kosciółek, a obok założył szkołę z internatem dla najbiedniejszych dzieci z okolicy. Żeby to wszystko jakoś utrzymać hoduje świnie.

Oglądaliśmy nielegalną (nadawaną ze Szwecji) telewizję, która polega głównie na materiałach nagranych przez lokalnych VJ-ów (amatorskich kamerzystów, którzy małymi kamerami z ukrycia filmują to, czego rząd nie chce nikomu pokazywać), później przemycanych przez Tajlandię na Zachód. Były to bardzo słabej jakości wywiady z rodzinami chłopców na siłę wcielanych do wojska. Zapłakane matki opowiadały, jak ich synów umundurowani wyłapywali np. w pociągu, na ulicy i pod bronią zabierali ich w nieznanym kierunku. Nie kiedyś. Teraz. W 2011.

Słuchaliśmy opowieści Five-Five’a z czasów, kiedy służył w armii rebeliantów Palaung. Jak ukrywali się w dżungli przez siłami rządowymi. Jak opodatkowywali okoliczne wioski, żeby móc sprowadzać broń z Chin i jak wioski rozliczały ich z każdego kupionego karabinu. Jak wygrywał w karty z chińskimi strażnikami granicznymi, którym się to bardzo nie podobało i grozili mu śmiercią, jeśli chciałby nadal nalegać na wygrane pieniądze. Jak zostali w końcu zmuszeni przez rząd do złożenia broni i choć nic nie wywalczyli, teraz chociaż jest jako taki pokój i ludzie mogą się skupić na własnym „dobrobycie” (to słowo to zdecydowanie za dużo powiedziane, ale muszę się nim na razie zadowolić).

Po powrocie zostaliśmy zaproszeni na obiad do domu Five-Five’a. Czekała nas tam wielka uczta i uśmiechnięte twarze jego żony i córek. Czuliśmy się jak u siebie w domu, takiej gościnności nie zaznaliśmy jeszcze chyba nigdy w życiu.

Ciężko było się rozstawać. Nasz przewodnik nauczył nas naprawdę dużo o swoim kraju. Jego charyzma, poczucie humoru, ogólne zrozumienie dla otaczającej go rzeczywistości pozostawiły niezatarty ślad w naszej pamięci. Przez godzinę próbowalismy zostawić mu napiwek i po prostu nie było jak. W końcu, jak się odwrócił, wsadziliśmy banknot za szybę szafki w jego domu. Nic nie zauważył, odwiózł nas do hotelu, pożegnaliśmy się. Na drugi dzień mieliśmy autobus o szóstej rano. Odjechaliśmy punktualnie. Po jakichś piętnastu minutach autobus zatrzymał się, a naszym oczom ukazał się Five-Five , który dogonił nas na motorze z reklamówką łakoci. Dopiero zauważył, że go przechytrzyliśmy i z braku słów kupił nam prowiant na drogę. I jak tu nie kochać ludzi w tym kraju. No jak?? [-a.]

*imię zmienione

Myo Myint w klasie zwyczajnej

14 Maj

W Birmie staramy się nie korzystać z transportu rządowego, ale czterodniowy paraliż wszelkich prywatnych firm transportowych zmusił nas do podróży pociągiem. W normalnych warunkach pociągi zawsze wolimy, bo wymuszają interakcję, zbliżają do ludzi, a poza tym są wygodniejsze, można wyprostować nogi, wstać, przejść się choćby do łazienki. Autobusy w Birmie były dotychczas bardzo ładne, klimatyzowane i wydawałoby się wygodne, gdyby nie to, że pomiędzy dwójkami siedzeń domontowane są dodatkowe, co często czyni podróż ciasną i duszną (bo kierowca czasem postanawia zaoszczędzić na benzynie i wyłącza klimę, a okien często nie da się otworzyć). Pociąg, mimo moralnych dylematów, był przyjemną odskocznią.

Kupiliśmy klasę “ordinary”, bo taniej i zawsze ciekawiej. Pociąg wyjeżdża o czwartej rano (grafiki środków transportu w tym kraju są tak niedorzeczne, że aż nie chce mi się o tym pisać), a już o 3.30, jak dotarliśmy na dworzec, jest całkowicie zapakowany ludźmi. Całe rodziny z wielkimi pakunkami i ci, których nie stać na miejscówkę, poukładani na podłodze pod siedzeniami lub w przejściu. Czeka nas 11 godzin na twardych siedzeniach. Nie mogę się doczekać.

Najpierw konduktor sugeruje nam, że to pomyłka na bilecie, bo my przecież na pewno chcieliśmy pierwszą klasę i wysyła nas do złego wagonu. Szybko orientujemy się, co się dzieje i wyprowadzamy go z błędu. Robi wielkie oczy i pokazaje właściwe siedzenia. Siedzimy naprzeciwko bardzo starego mnicha, który zamiast brody ma 2, słownie dwa, długie siwe włosy. Jest bardzo szczupły i wygląda, jakby się miał zaraz rozsypać w pył. Obok niego siedzi jeden z czterech synów sympatycznej pani siedzącej z pozostałymi pociechami zaraz obok. Przez pierwszą godzinę jesteśmy obiektem zdziwionych spojrzeń i zabawnych (nie dla nas) komentarzy. Trochę zburzyliśmy naturalny porządek rzeczy, ale nie do takich rzeczy się ludzie w Birmie przyzwyczajają. Próbujemy spać, ale jakoś się nie daje i w końcu przysiada się do nas Myo Myint. Człowiek, który uczyni naszą podróż z Mandalay do Hsipaw niesamowitym doświadczeniem.

Myo Myint jest skromnym człowiekiem pochodzącym z małej wioski pod Mandalay. Nie skończył szkoły, ale bardzo lubi się uczyć i czytać. W torbie ma świeżo zakupioną książkę po angielsku o Bangkoku oraz podręczny słownik angielski Oxfordu. Bardzo się cieszy, że udało mu się ją tanio nabyć. (A propos książek w Birmie: na każdym, nawet najskromniejszym rynku rozkładają się na ziemi liczni handlarze sprzedający dosłownie stosy książek: po birmańsku, angielsku, starych oryginałów i nowszych kopii ksero bindowanych w kolorowe tekturki. Hurra! Ludzie w Birmie naprawdę czytają!). Wracając do Myo Myinta, on również dużo czyta i chciałby z kimś poćwiczyć swój angielski. Od razu zaznacza niepewną, ale poprawną, angielszczyzną, że nie ma wobec nas żadnych innych oczekiwań, oprócz interesującej rozmowy w języku, którego pilnie się uczy. Już samo to oświadczenie zupełnie nas rozbraja.  Jest rozwiedziony i raczej nie chce już więcej próbować. Rozszedł się z żoną po trzech miesiącach małżeństwa, po tym jak za mało zarabiał i ona codziennie wieczorem płakała. Powiedział jej, że rozumie, że ona inaczej wyobrażała sobie życie z nim i oddał jej wolność (tak właśnie się wyraził). Nie utrzymuje z nią kontaktu, bo widok jej twarzy byłby jedynie przypomnieniem jego porażki. Z pracą też nie bardzo mu idzie. Próbował szczęścia w Lashio, pracując przy uprawach herbaty, ale zarobki nie były wystarczające, a praca bardzo ciężka. Teraz pracuje jako robotnik budowlany i zazwyczaj mieszka całymi miesiącami na miejscu budowy. Zarabia 2000 kyatów dziennie (ok. 2,5 dol) i mówi, że to mu starcza, bo firma żywi go i zapewnia skromne zakwaterowanie. Jest bardzo pogodny, pogodzony z losem, chociaż delikatnie sugeruje, że marzy mu się podróż za granicę. Ukradkiem ogląda się za siebie i na boki. Stwierdza, że nie ma bezpośredniego niebezpieczeństwa, ale i tak ścisza głos. Kolejny obywatel Birmy bez złudzeń. Mówi, że w Birmie nikt nie chce już nawet o polityce rozmawiać, bo ściany mają uszy i nigdy nie wiadomo, kto na kogo doniesie. Bardzo świeże w pamięci społeczeństwa jest wspomnienie protestów z 1988 i 2007 i mało kto byłby w stanie teraz ryzykować życiem. Jak okazujemy swoje niezadowolenie, to oni do nas strzelają. To co możemy zrobić, żeby być wolnymi? Okoliczne państwa, zwłaszcza Chiny, Indie i Rosja wspierają reżim, dostarczają mu broń i tym samym zapewniają sobie intratne kontrakty na hydroelektrownie, drewno, kamienie szlachetne. Birma jest tak bogata we wszelkiego rodzaju surowce, że teoretycznie powinna opływać w bogactwa. W praktyce niestety bogaci się tylko rząd i osoby/firmy z nim powiązane, a zdecydowana wiekszość obywateli żyje w biedzie i strachu. Myo Myint mówi o tym wszystkim z łagodnym uśmiechem na twarzy. Jest spokojny. A my całkowicie oczarowani. Ja się nie boję. Jestem wolny od strachu, rozumiecie? – oświadcza, z uśmiechem nawiązując do tytułu słynnej książki liderki opozycji Aung Sang Suu Kyi.

Rozmawiamy o wszystkim. Myo Myint chciałby słuchać BBC po birmańsku, ale ma za słabe radio. Zbiera na lepsze, bo jest bardzo ciekawy co się dzieje na świecie. Myśli o zmianie pracy, namawiamy go na pracę z turystami. Mówimy mu, że obcokrajowcy będą go uwielbiać, bo nie dość, że ma złote serce, to jeszcze dobry angielski i sporą wiedzę. Pyta, czy mamy jakieś sugestie, co do tego, jak ma pracować nad swoim angielskim. Podpowiadam mu kilka rzeczy, a on uprzejmie mi dziekuje: Jestem bardzo wdzięczny za Twoje pomocne rady. Obiecuję Ci, że będę konsekwentnie je stosował. Chyba jeszcze nigdy w życiu nie czułam się taka potrzebna. Muszę iść do łazienki, bo tak mi się chce ryczeć.

Potem zaczynamy lekcje birmańskiego. Myo Myint cierpliwie powtarza i zapisuje nam fonetycznie całe frazy, a wszyscy pasażerowie całego wagonu (pociąg bezprzedziałowy) zgodnym chórem nas poprawiają. Śmieją się wszyscy. Bezzębne babcie, nastoletni hiphopowcy słuchający na swoich PSP Akona, usmarowane dzieci, spokojne żony i żujący betel mężowie, pijani w belę konduktorzy i rozebrani do podkoszulków policjanci (także pijani). A propos tych ostatnich, jeden z nich, niby zalany w trupa, zasiada przy oknie i zabiera się do zapalenia popierosa (wszyscy palą non stop, żadne sprzeciwy z naszej strony nie miałyby sensu, w końcu to ich kraj i ich zasady), kiedy jedna z kobiet pokazuje na znak NO SMOKING i z niezadowoleniem kręci głową. Mówię jej, że na Zachodzie to jak ktoś złamie zakaz palenia w miejscu publicznym, to musi zapłacić wielką grzywnę. Ona na to, że ona się całkowicie zgadza z takim podejściem i że tak powinno być wszędzie, bo ona nie chce wdychać tego smrodu. Na to nie mówiący do tej pory po angielsku niby zupełnie pijany policjant w mokrym podkoszulku: My żyjemy w wolnym kraju i możemy robić, co nam się żywnie podoba! Zamieram na moment. Na szczęście Myo Mynt mówi, że tamten nic nie mógł słyszeć, bo wcześniej siedział dużo dalej. Potem jednak siada bardzo blisko nas i uważnie przysłuchuje się naszej konwersacji, jednocześnie kontynuując  picie whisky z pozostałymi mundurowymi (no, na tym etapie mundury walają się gdzieś po górnych półkach, a ważni panowie dokazują w negliżu). W międzyczasie pani z czterema synami co chwila wyciąga ze swej przepastnej torby jakieś nowe smakołyki i nas nimi częstuje. Opowiada o sobie. Ma ośmioro dzieci, a jej mąż umarł kilka lat temu. Nie narzeka. Mam piękne życie, bo opiekują się mną wszystkie moje dzieci. Myślę, że mam szczęście. I rzeczywiście wygląda to tak, jakby się nią opiekowali. Gdy w końcu się kładzie, żeby chwilę odpocząć, jej siedemnastoletni syn bez słowa bierze wachlarz do ręki i zaczyna ją wachlować. Ubrany w hiphopowe ciuchy, czapkę z daszkiem i zaczepne spojrzenie, wcześniej ze szczerym zdziwieniem pytał nas, dlaczego i po co chcieliśmy przyjechać właśnie do Birmy. W nim widziałam potencjał na największego w rodzinie buntownika, a tu taka niespodzianka. Piękny widok. Taki niezachodni.

Czyli w pociągu naprawdę dużo się dzieje. Nie zapominajmy jednak, że to zaledwie drugi dzień obchodow Nowego Roku (Water Festival) i pasażerowie pociągów nie są w żaden sposób zwolnieni od obowiązku bycia oblanym wodą. Przed każdą stacją, na każdej stacji i za rogiem za każdą stacją, stoją całe tabuny dzieci, młodzieży i dorosłych z wiadrami, wężami, miskami i wszystkim, co tylko się nadaje. Są gotowi. Na tej trasie jedzie tylko jeden pociąg dziennie, więc muszą dobrze się zorganizować, żeby nie przegapić tego momentu. Cały pociąg usiłuje na czas zamknąć okna, żeby nie zostać zmoczonym, nie zawsze się to jednak udaje. Przy zamkniętych oknach jest naprawdę duszno, więc jedynym rozwiązaniem jest jechanie przy otwartych, przy jednoczesnym wypatrywaniu zagrożeń. Skutek jest taki, że co chwilę którymś z otwartych okien wdziera się do środka fala wody, która z czasem zamienia podłogę w bajoro, a nas wszystkich w zmokłe kury. Niektórzy (zwłaszcza ci pod wpływem whisky) nawet okien nie zamykają, tylko cieszą się każdą kroplą. To samo na ulicach. To czysta przyjemność obserwować, jak się bawią. Nikt się za bardzo nie broni przed wodą. Polewają się nawzajem na znak błogosławieństwa, to takie życzenia na Nowy Rok. Jak mówisz, że nie chcesz, to się dziwią. Jak to? Nie chcesz?? Na drogach poustawiane są barykady i każdy, kto przechodzi lub przejeżdża zwalnia i pokornie poddaje się obrzędowi. Nikt na nikogo nie krzyczy (no, może oprócz niektórych durnych turystów, którzy uważają, że na ich przyjazd cały kraj powinien zmienić swoje zwyczaje i wierzenia) i wszyscy się cały czas uśmiechają. Taki ogólnokrajowy festiwal radości. Czegoś jednak moglibyśmy się od Birmańczyków nauczyć.

Dwanaście godzin mija jak z bicza strzelił i czas wysiadać. Ze smutkiem żegnamy się z Myo Myintem. Z całego serca obiecuję, że napiszę do Was emaila za dwa tygodnie jak będę w Mandalaju. … Czy trudno jest założyć sobie skrzynkę mailową? [-a.]

W strugach noworocznych błogosławieństw

12 Maj

Myślę, że do Mandalaju w ogóle byśmy nie pojechali, gdyby nie to, że po pierwsze miasto jest bazą do pojechania gdziekolwiek indziej na północy kraju, a po drugie to tu właśnie Nowy Rok obchodzi się najhuczniej. Bardzo chcieliśmy to zobaczyć.

Domyślam się, że nie należałam do wyjątków kojarząc nazwę  Mandalaj z czymś bardzo egzotycznym i niezwykle starym. Okazuje się, że był to dowód tylko i wyłącznie mojej ignorancji. Jak to napisał Thant Myint-U w swojej książce The River of Lost Footsteps, Mandalaj założono mniej więcej w tym samej czasie, co pierwszy sklep Macy’s na Manhattanie. Była to ostatnia królewska stolica, jednak po pierwsze nie za długo, po drugie teraz nie ma tu już prawie nic starego. Jak dla mnie miastu brakuje jakiegokolwiek klimatu.

Typową atrakcją są jedniodniowe wycieczki do antycznych stolic imperium, które znajdują się bardzo niedaleko Mandalaju. Ostatnio zatopiona w historii Birmy nie mogłam się do czekać aż zobaczę np. to, co zostało z Avy, najważniejszej stolicy birmańskiej, która była nią 400 lat i to w czasie, gdy Birma była praktycznie niepokonana. Rozczarowanie moje było wielkie. Oprócz marnej przechylonej wieży z pałacu jednego z ważnych królów, po stolicy nie pozostało prawie nic. Wszystko zarosło trawą, ludzie uprawiają swoje ziemie i żyją w tej skromnej wiosce jak w każdej innej. No może oprócz turystów, którzy przyjeżdżają z entuzjazmem oglądać to wielkie nic. Byliśmy też w Sagaing,weszliśmy na słynne wzgórze, z którego rozciąga się widok na setki okolicznych świątyń i klasztorów. Było mi przykro, że nie potrafię docenić ogromu poświęcenia i wiary, jakie zostały włożone w te przedsięwzięcia. Jedyne, co przychodziło mi do głowy, to po co im tyle świątyń, do jasnej cholery. Jedna na drugiej, wielkie, często pokryte złotem. Nawet nie starczy im wiernych, żeby je zapełnić. Ale może po prostu, jak pisałam wcześniej, ja nie jestem tego w stanie pojąć. Z drugiej strony, wydaje się, że ta gigantomania nie dotyczy tylko buddyzmu. No, ale nieważne, odbiegłam od tematu. Pojechaliśmy również do przedostatniej stolicy, Amarapury, i tam również nic nie zostało z miasta. Jedynie słynny most U-Bein. Robiłby dużo większe wrażenie w porze deszczowej, kiedy w jeziorze Taungthaman jest więcej wody. Ale i tak most był najbardziej interesującym punktem naszej wycieczki po okolicach. Usiedliśmy pod samotnym drzewem na boku i obserwowaliśmy jak lokalna młodzież łowi ryby w swoje longyi, potem je sortuje według wielkości i sprzedaje okolicznym garkuchniom, oglądaliśmy w niedowierzaniem pasterzy (?) kaczek, którzy dosłownie wyprowadzali swoje kaczki na wybiego-spacer po jeziorze. Nie do końca rozumieliśmy, o co w tym wszystkim chodzi, ale bardzo podobało nam się to, co widzieliśmy. Potem zaczęło zachodzić słońce i na osławionym stusiedemdziesięcioletnim moście z drzewa tekowego pojawili się pierwsi wieśniacy, mnisi i mniszki, dzieci wracające do domów w wioskach. Było spokojnie, pięknie, nie historycznie, jak się spodziewałam, ale zupełnie współcześnie, zupełnie “teraz”. Może i właśnie dlatego tak nam się podobało.

No i nadszedł pierwszy dzień festiwalu.  W Birmie, Kambodży, Laosie, Tajlandii i w chińskim Yunnanie Nowy Rok obchodzi się podobnie. Zakończenie starego i nadejście nowego świętuje się przez cztery dni około połowy kwietnia mówiąc w skrócie wylewając na siebie nawzajem wiadra wody.  W celu oczywiście całkowitego oczyszczenia i błogosławieństwa. Taki polski wiejski Śmigus Dyngus, tylko że obchodzony przez cztery dni i z wielką pompą (dosłownie i w przenośni). W miastach ustawiane są mniejsze lub większe sceny, z których po pierwsze leci głośna muzyka, po drugie leci duuuużo wody. Ze szlauchów, pomp, wiader, wszelkiej maści pistoletów i karabinów i ze wszystkiego, z czego wodę lać się da.

W Mandalaju szaleństwo festiwalu sięga zenitu. Sceny poustawiane są w regularnych odstępach wzdłuż głównej ulicy obok Pałacu Królewskiego. Każda scena sponsorowana jest przez inną firmę (producentów whisky, olejów samochodowych itp.) i to właśnie dzięki wsparciu tych firm każda scena wyposażona jest w potężne pompy wodne i niezliczoną ilość tryskających wodą węży i wężyków. Szczęśliwcy, którym uda się dostać na scenę mają istotną przewagę na tymi, co bawią się na dole. Na dole natomiast powoli przesuwa się rząd lokalnie składanych dżipów a’la wrangler i motorów, na których stoją, leżą, tańczą, śpiewają i radują się ludzie. Wszystko to w rytm bardzo głośnej zachodniej muzyki, Eminema, Akona czy bardziej house’owych kawałków, w której birmańska młodzież doskonale się odnajduje. Tańczą wyzywająco, chłopcy mają dowodzące sporej kreatywności makijaże na twarzach, cieszą się każdym wiadrem wylanym na ich głowy. Lokalna whisky Grand Royal także leje się strumieniami. Przez chwilę nie możemy uwierzyć, że znajdujemy się w Birmie, tym od lat uciskanym kraju, kraju reżimu, szpiegów, wszechmocnego i wszechobecnego wojska. Tutaj nie ma barów czy klubów jako takich. Water Festival to okazja do wyzwolenia, do ekspresji. Co prawda i w tym roku rząd ogłosił, że kategorycznie zabrania się niestosownych ubiorów w trakcie święta, pod groźbą kary nawet więzienia, ale  co to naprawdę znaczy? Kto potrafi rzeczywiście nakreślić taką granicę? Kilkunastoletni chłopcy, których widzieliśmy są bardzo seksualni, tańczą całymi sobą, tak jakby chcieli w końcu wypluć z siebie swoje zdanie. Tak jakby za wszelką cenę chcieli pokazać siebie, to, co na co dzień są zmuszeni ukrywać. Kobiety w tym tradycyjnym kraju bawią się dużo spokojniej, wstydliwiej, ale też się śmieją na głos, a dopuszczone do węża dają się ponieść emocjom. My też daliśmy się ponieść fali. Jako jedyni przy tej scenie biali od razu zostaliśmy na nią zaproszeni i poprowadzeni tylnym wejściem (przez ochroniarza w płaszczu przeciwdeszczowym z logiem sponsora) na sam przód. Do rąk wręczono nam największy z możliwych szlauch i zaczęło się. Tańczyliśmy jak głupi wzbudzając powszechny zachwyt i wielkie poruszenie. Strumieniem wody zwalaliśmy z motorów i masek samochodów całe rzesze bardzo z tego zadowolonych ludzi. Wszyscy na nas patrzyli, posyłali nam buziaki, prosili, żeby ich porządnie polać. Trochę to było dla nas niepojęte, bo nie wyglądało na przyjemne, ale ich życzeniom czyniliśmy zadość bez ociągania. Było niesamowicie. Intensywnie, dziko i baaaardzo mokro. A to dopiero pierwszy dzień. Jeszcze trzy w potokach wody, ale w zupełnie innych okolicznościach. [-a.]

 

Obrazki z Jeziora Inle

10 Maj