Tag Archives: Chiny

We speak English! – część 2.

9 Gru

DSCN9867

laos-48

laos-43

ch-11

P1020930

cambodia_a_-47

Reklamy

We speak English! – część 1.

4 Kwi

Już ani bez domu, ani w drodze, ale przypomniało nam się coś, co planowaliśmy umieścić na blogu już od bardzo dawna. Dla tych, co w Azji już byli, małe zabawne przypomnienie. Dla tych, co jeszcze nie mieli okazji, mała lingwistyczna uczta. Smacznego! [-a.]

Hanoi, czyli chodnikowy slalom

16 Gru

Makau opuściliśmy na piechotę, przekraczając granicę w mieście Zhuhai, skąd autobusem dotarliśmy do Guangzhou (czyli Kantonu). Stamtąd, po kilku godzinach oczekiwania, wsiedliśmy do pociągu do Nanning – ostatniego już naszego przystanku w Chinach. O Nanning wpisu nie będzie. Nanning to – jak powiedział właściciel jednego z dwóch tamtejszych hosteli – takie przeciętne “małe” chińskie miasto z jedynymi 7 milionami (!) ludzi. Taka cyfra rzeczywiście nie robi wielkiego wrażenia w Chinach. Oprócz uznawanego za tutejszą atrakcję jeziora w środku miasta (przeszliśmy się i nie podobało nam się wcale), nie było tam kompletnie nic ciekawego. Nanning był więc zgodnie z planem naszą chwilą oddechu i bazą wypadową do Wietnamu, czym zresztą jest dla wielu podróżujących po Azji. Hostel był miły, a w barterze za pomoc przy projekcie ulotki dostaliśmy dodatkowo darmową noc przed wyprawą przez granicę…

Za to Hanoi nas oczarowało. I to od razu. To tysiącletnie miasto naprawdę tętni życiem, a przeurocza kolonialna architektura, często łącząca wpływy francuskie ze stylem lokalnym , wygląda naprawdę niesamowicie. Ruch uliczny, tak jak się spodziewaliśmy, to prawdziwe szaleństwo. We wszystkich kierunkach naraz non-stop przelewa się morze rowerów, skuterów, motorów, trycykli i Bóg wie czego jeszcze. Kierowcy sprytnie się mijają, ostrzegają się nawzajem co jakieś  5 sekund używając klaksonu, nie okazując nigdy żadnych oznak zdenerwowania. Ten hałas i chaotyczny ruch w pierwszej chwili paraliżują nowoprzybyłych.  W naszym przypadku również  pierwszy dzień był nauką przechodzenia na drugą stronę ulicy. Przyglądając się lokalnym i stosując się do wskazówek z internetu, opanowaliśmy jakoś tę sztukę, ale nawet po kilku dniach tu spędzonych nadal zdarzały się chwile grozy. Poza ruchem ulicznym ciekawym zwyczajem tutejszych Wietnamczyków jest sposób spędzania wolnego czasu. Stołeczne chodniki są gęsto zastawione malutkimi plastikowymi krzesełkami i stolikami, na których lokalni jedzą, piją i obserwują życie miasta. Wieczorem tych krzesełek robi się naprawdę olbrzymia ilość i chodzenie gdziekolwiek to nieustanne lawirowanie pomiędzy siedzącymi na nich ludźmi i zaparkowanymi wszędzie skuterami i motocyklami. Stolica żyje naprawdę intensywnie w ciągu dnia i wieczorem, ale umiera niestety dość szybko (prawo w Hanoi zabrania jakimkolwiek lokalom być otwartym po północy). Spędziliśmy w Hanoi pięć dni i mimo okropnego smogu i wszechogarniającej nieustępliwej wrzawy miasto zafascynowało nas swoją energią. Łaziliśmy po małych uliczkach i wielkich bulwarach. Jedliśmy lokalne pyszności na ulicy z brudnych misek, ale i zachodnie, “cywilizowane” specjały widelcem w knajpach dla turystów. Kilka razy daliśmy się naciągnąć, ale i uczyliśmy się zawzięcie targować. Imprezowaliśmy w stadzie rozemocjonowanych dziewiętnastoletnich backpackerów, a kiedy indziej delektowaliśmy się mrożoną herbatą cytrynową, przegryzaną przez miejscową młodzież pestkami słonecznika. Byliśmy w Muzeum Narodowym Sztuk Pięknych (jedyne miejsce w Hanoi, gdzie byliśmy praktycznie sami), w kościele (niestety nie wytrzymaliśmy długo, bo język wietnamski ze swoimi sześcioma tonami z ambony brzmiał jak wygłupy i mimo usilnych starań zachowania powagi, krztusiliśmy się za śmiechu),  byliśmy w Świątyni Literatury, a nawet w ponurym, wybudowanym wbrew jego woli, mauzoleum  Ho Chi Minha (Wujek Ho wyglądał bardzo niestetycznie, a strażnicy tego okropnego przybytku cały czas zwracali nam uwagę, żeby iść szybciej, wolniej, z większym szacunkiem ułożyć ręce, nie rozmawiać, zakryć ramiona, a nawet żeby być poważnym) .

Hanoi jest drugim największym miastem w Wietnamie (6,5 mln mieszkańców), ale nie ma tu żadnego wielkomiejskiego zadęcia. Jest głośno, ale w interesujący, wręcz uroczy sposób. Jest brudno, ale nigdy nie obrzydliwie. Jest chaotycznie, ale czujesz się bezpiecznie (no, może oprócz przechodzenia przez ulicę). Jest gwarno, kolorowo, smacznie, ciekawie, wygodnie, historycznie, pięknie…

To miasto z duszą.   [-k. i -a.]



Makau, czyli zgiełk i nostalgia

10 Gru

W Makau zatrzymaliśmy się tylko na chwilę, przygnani czystą ciekawością. Jak to jest możliwe, że w Chinach istnieje miejsce, w którym przez 450 lat żyli i rządzili Portugalczycy? I jak po tych wszystkich latach mogli oni te niecałe 30 km² sprawnie funkcjonującego mechanizmu miejskiego tak po prostu zostawić??

Makau to pierwszy i zarazem ostatni przyczółek cywilizacji zachodniej w Azji. W XVI w. Chiny pozwoliły Portugalczykom osiedlić się na małym półwyspie Makau i dwóch okolicznych wyspach w zamian za pomoc przy pozbyciu się piratów, którzy nie dawali Chińczykom spokoju na południu. Od tej pory władza Europejczyków na tych terenach powiększała się, zresztą nie bez zgody Chin. Półwysep przez kilka wieków przyciągał poszukiwaczy przygód, awanturników, handlarzy i misjonarzy. Stanowił też azyl dla wielu uchodźców i prześladowanych. Znajdowali tu schronienie uciekinierzy z Europy, poźniej z Chin kontynentalnych i Hong Kongu (po inwazji Japończyków na Chiny). W czasach bardziej współczesnych osiedlali się tu Chińczycy z Birmy, uchodźcy z Armenii, Wietnamu, Kambodży, oraz z terytoriów należących kiedyś do Portugalii.  Kolonia stała się niezwykle harmonijnie rozwijającym się, efektywnym, bogatym i barwnym regionem, z wieloma zgodnie współistniejącymi kulturami, a turystyka i hazard z czasem stały się jego głównymi źródłami dochodu. W 1999 r. Portugalia przekazała kontrolę nad Makau Chinom, zamykając w ten sposób ważny rozdział w historii świata. Od tego czasu miliony Chińczyków zaczęły regularnie odwiedzać półwysep, żeby spróbować swojego szczęścia w jednym z tutejszych kasyn, a tym samym przyczynić się do ponad trzynastoprocentowego średniego rocznego wzrostu gospodarczego regionu.  A zyski z kasyn w Makao dawno już przegoniły te z Las Vegas.

Muszę przyznać, że historia tego miejsca mnie intryguje. Tyle sprzecznych czynników, tyle bodźców, wpływów, zmiennych.  Nie jestem tego w stanie ogarnąć.  Dziś Makau to tętniący życiem, skomplikowany, wielokrotnie złożony organizm. Stare kolonialne place roją się od uśmiechniętych od ucha do ucha chińskich turystów, w siedemnastowiecznych portugalskich kościołach tabuny skośnookich nastolatek zalotnie pozują do zdjęć pod posągami Matki Boskiej, podupadające europejskie wille sąsiadują z obwieszonymi suszącym się praniem chińskimi blokowiskami. W ulicznych garkuchniach chińskie specjały sprzedawane są na równi z portugalską bułką z kotletem schabowym. W nocy olbrzymie, jaskrawo oświetlone  kasyna przyprawiają o zawrót głowy.

A jednak życie, którym teraz tętni Makau wydaje się jakieś takie obce. Stare kolonialne budynki, mimo iż pełne ludzi, wydają się martwe. Kasyna niby strasznie zachodnie w swoim zamyśle, a jednak tak azjatyckie, tak inne, w podejściu do gry. Grający nie piją, siedzą skupieni, poważni,w ciszy przerywanej bardzo subtelnym brzęczeniem maszyn. Ulice między kasynami są wyludnione, nie ma tego elementu zabawy, beztroski, upojnego zapomnienia, jakie charakteryzuje Vegas. Kotleta sprzedaje Hugo, mówiący tylko po kantońsku Makaeńczyk, o twarzy nie całkiem chińskiej, ale i nie całkiem europejskiej. Może nawet  nie do końca zdaje sobie sprawę, że teraz oficjalnie jest Chińczykiem, a po Portugalczykach zostały jedynie nazwy ulic.

Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem żadną fanką kolonizacji, staram sie też unikać wartościowania kultur… Ale w tym całym hałasie, wśród kolorowych  papierowych smoków (symbolu potęgi Chin) tańczących pod ruinami katedry św. Pawła w rytm ogłuszających bebnów, ogarnął mnie jakiś niewysłowiony smutek. Jakaś dziwna nostalgia za czymś,czego nigdy tak naprawdę nie widziałam, za czymś, co już nie istnieje. Za prawdziwym Makau… [-a.]

Hong Kong, czyli całkiem niezły interes

3 Gru

Tak jak podejrzewaliśmy autobusy sypialne w Chinach nie umywają się niestety do pociągów. Pomijając bardzo zmienne drogi (od gładkich autostrad po całe kilometry w remoncie, kiedy jechać trzeba po prostu po ubitym błocie), opcja jest po prostu bardzo niewygodna dla kogokolwiek o wzroście powyżej chińskiej średniej. Łóżka są krótkie, generalnie jest ciasno, a  rozkręcona na maks i wiejąca prosto w twarz klimatyzacja też nie pomagała. Po usilnych próbach głębszego zaśnięcia, po 10 godzinach niezbyt dobrego wypoczynku,  dotarliśmy do granicznego miasta Shenzen (przypominającego trochę Florydę), w którym to po przejściu kilku budynków, opuściliśmy Chiny i weszliśmy do Hong Kongu. Hong Kong zawsze chciałem zobaczyć przede wszystkim dlatego, że to ostatnia obok Makao kolonia zachodnia na dalekim wschodzie. To miejsce, w którym ciągle można poczuć tę niezwykłą fuzję, która dokonała się tu przez ponad 150 lat… I było warto…

Do tego wpisu zabieraliśmy się szczególnie długo, dlatego że tak naprawdę nie jest łatwo pisać o Hong Kongu. Miejsce to nas po prostu oczarowało i jest pierwszym dużym miastem w naszej podróży, do którego naprawdę chcemy jeszcze wrócić, poznać je bardziej, doświadczyć go jeszcze raz… Ale po kolei.

Zacznijmy od kilku zdjęć tych 1100 km2 znanych jako Hong Kong:

Spodziewaliście się czegoś innego? My też. Tak naprawde, obszar Hong Kongu, poza półwyspem Kaulun (na którym mieszkaliśmy)  i lężącymi na północ od niego Nowymi Terytoriami, to 3 duże wyspy częściowo tylko zamieszkane (Hong Kong, Lantau i Lamma) i około 200 wysp, w większości nie zamieszkanych w ogóle. Położone w subtropikalnym klimacie, na bardzo górzystym terenie, obszary takie jak na zdjęciach zajmują prawie 88% powierzchni tego regionu! A pozostałe 12%? Światła wielkiego miasta. Ale całkiem innego niż reszta Chin…

W 1850 roku, jako następstwo wojen opiumowych, wyspa Hong Kong, a w kolejnych latach pozostałe okoliczne wyspy i półwysep, przeszły pod kontrolę rządu brytyjskiego. Były to wtedy niewiele znaczące osady rybackie, ale z potencjałem na bycie znaczącym portem handlowym. Wedlug Terzaniego, niektórzy Chińczycy żartują, że zrobili całkiem niezły interes, bo Brytyjczycy wzięli od nich marne wioski rybackie, a oddali wielką, doskonale działająca machinę. Niektórzy wręcz żałują, że kolonizatorzy nie wzięli od nich więcej. Mimo tego, że miasto to jest jednym z najbardziej zaludnionych terenów na ziemi, mimo tego, że jest najbardziej „wertykalną” metropolią świata, mimo swojego położenia i konieczności zabudowy na zboczu stromej góry, jego komunikacyjne rozwiązania działają świetnie. Szybka i efektywna sieć metra, piętrowe autobusy, piętrowe tramwaje (jedyne na świecie), bardzo tanie i kursujące co kilka minut promy sprawiają, że poruszanie się przychodzi łatwo, a system kart Octopus (karta dotykowa, która można płacić wszędzie, od restauracji i sklepy po autobusy i promy) to genialny pomysł, który zawstydza wszelkie systemy biletowe na świecie. Ekologicznie, szybko i prosto.

A co w samym mieście? Półwysep Kaulun, na którym to mieszkaliśmy (miejsce tańsze do życia, a oddalone od głównej wyspy tylko o jakieś 7 minut promem lub 2 przystanki metrem), to Hong Kong jaki sobie wyobrażałem. Gęsta zabudowa, blask neonów sprawiających, że noc jest jasna jak dzień, olbrzymie tłumy ludzi na ulicach, wielkie centra handlowe, nocne targi uliczne. Obok nowoczesnych drapaczy chmur, wielkie, 30-40-letnie wieżowce mieszczące w sobie olbrzymią liczbę biznesów, od małych sklepów z elektroniką i ubraniami na dole, przez etniczne restauracyjki na wyższych piętrach aż po guesthousy i hostele na wyższych (w niektórych było iż aż po kilkadziesiąt!). Bloki te, będące domem dla czasem aż 4000 osób (!), to jeden z głównych symboli Hong Kongu. Miejsca to trochę mroczne, wymieszane etnicznie i niejedokrotnie o nieciekawej renomie. Labirynty klatek schodowych, wind i przemieszczająca się w tej wielkomiejskiej ciasnocie nieprawdopodobna mieszanka ludzi  to coś, co w Hong Kongu na pewno trzeba zobaczyć. Najsłynniejszy z tych budynków, Chunking Mansions, stał się inspiracją i jednocześnie planem filmu Wong Kar Wai’a pt. Chunking Express. Mieliśmy okazję spać w tym miejscu jedną noc. Hostel (jeden z ok. 30 w tym budynku) był w miarę w porządku jak na miejscowe standardy. Pokój miał mniej więcej 2 x 3 metry (bez okna), łazienka to umywalka i prysznic zawieszony nad toaletą i odpływ wody w podłodze (rozwiązanie bardzo częste ). Wszystko to można dość prosto wytłumaczyć brakiem miejsca, ale też bardzo drogą powierzchnią (nawet taki hostel był dość drogi).

Wsiadając na prom (80 groszy!), po kilku minutach rejsu z pięknym widokiem na panoramę miasta, dopływa sie do wyspy Hong Kong. Tu już jest troszkę inaczej. Jedno z najważniejszych centrów biznesowych świata, zachwyca swoją architekturą (budowaną według Feng Shui, czyli. np. dziura w budynku, żeby smok góry mógł oddychać (!)), a przede  wszystkim nietypowym położeniem na stoku góry. Szczyt jest dostępny w kilkanaście minut dzięki legendarnemu już specjalnemu tramwajowi, Peak Tram. Stąd rozciąga się słynna panorama wyspy, która naprawdę hiponotyzuje, zwlaszcza w nocy. Widziałem już kilka dużych miast w swoim życiu, ale ten widok naprawde robi niesamowite wrażenie. Tu domy mogą sobie kupić tylko najbogatsi (ceny tych większych to ok. $70 mln
dolarów). Spacer po zalesionym zboczu co chwila odkrywa coraz to inną perspektywę na oświetlone wieżowce. Wracając na dół dochodzi sie do zachodniej części wyspy. To pierwsza na wyspie dzielnica, w której budynki są starsze, a w wielu sklepach ciągle można kupić tutejsze specjaly: ryby, żółwie, małże, węże, ptasie gniazda  i milion innych wynalazków, które Chińczycy suszą. Północny wschód wyspy (Northpoint) i południe (Aberdeen) to okolice mieszkalne, a centrum to przede wszystkim wielkie budynki korporacji, centra biznesowe, restauracje i eksluzywne galerie handlowe.  Wszystko to wybudowane na wyspie, która naprawdę jest niewielka (schodziliśmy ją prawie całą w dwa dni), a w dodatku tak naprawdę jest górą wystającą z morza. Co nam się tak podobało? Chyba właśnie to wzajemne przenikanie czynników wschodniego i zachodniego. Pomijając pozostałości postkolonialne w postaci budynków (np. katedry czy budynku sądu w centrum), miastu temu, mimo że od zawsze w większości zamieszkanemu przez Chińczyków, dość daleko do właściwych Chin. W 1997 roku, gdy Brytyjczycy oddawali władzę, tutejszym mieszkańcom obiecano przez kolejne 50 lat zastosowanie podobnie jak w Makau prawa „jednego kraju, dwóch systemów”. Jedyne rzeczy łączące je z Chinami to armia i polityka zagraniczna. Ciągle nie ma tu cenzury i ludzie ciągle cieszą sie dużą wolnością i niskimi podatkami. Ciężko to opisać, ale miasto to swoją energią przypominało nam miejscami Nowy Jork czy Londyn, doprawiony jednak azjatyckim pierwiastkiem. Prawie 95% ludności to Chińczycy, ale widać tu wielu białych, którzy wyemigrowali pracując dla wielkich firm, ale często też będąc tu od pokoleń żyją sobie całkiem przyjemnym życiem. Wielu z nich mieszka w apartamentowcach na tak zwanych mid-levels (czyli w połowie drogi na szczyt) i z pracy do domu dojeżdza najdłuższym systemem ruchomych schodów na świecie (880 metrów). Oryginalny i chyba dość przyjemny sposób na podróżowanie do i z pracy. Po drodze, na każdym kolejnym poziomie, na który można wyjść ze schodów, roi się od restauracji i knajp w stylu zachodnim. Tam właśnie biali bawią się na bogato.  Podobało się nam też to, że żyjąc w zgiełku tak wielkiego miasta w ciągu 20 minut można uciec na którąś z sąsiadujących wysp i znaleźć się w subtropikalnym lesie, pospacerować po wzgórzach, a nawet, przy odrobinie szczęscia, znaleźć zupełnie pustą plażę tylko dla siebie (co nam się udało!).

Prawie pieć dni spędzonych w Hong Kongu pozwoliły nam zwiedzić go dość dokładnie. Sprzyjająca pogoda  (25-28 stopni C) oraz możliwość nawigacji po angielsku (wszystkie znaki na ulicach sa w dwóch językach i duży procent ludności mówi całkiem dobrze) umiliły nam ten kilkudniowy wypad z lądowej części Chin. Nie jestem w stanie opisać wszystkich miejsc, barw i zapachów tego skrawka ziemi, a wszystko powyżej to tylko skrót myślowy i próba opisania miasta nie do opisania… Ruszamy dalej, a nasz następny przystanek to oddalone o godzinę promem Makao… [-k.]


Hangzhou, czyli Chińczyków raj na ziemi

19 List

Kiedy ochłonęliśmy już po milionie schodów na szczytach Huangshan (a przede wszystkim ochłonęły nasze łydki, uda i stopy), gotowi byliśmy już przemieszczać się na południe. Niestety komunikacja kolejowa z tego miejsca  nie jest zbyt rozwinięta, więc jedynym wyjściem było wrócić nieco w stronę Szanghaju. A na południe chcieliśmy, bo listopad zaczął o sobie przypominać, a z ciepłymi ciuchami w naszych małych plecakach raczej kiepsko. Na następny przystanek w drodze do Guilin na południu Chin wybraliśmy właśnie Hangzhou – spory węzeł komunikacyjny niedaleko Szanghaju. Miasto, które Chińczycy uważają za jedno z najwspanialszych (“W niebie jest raj, a na ziemi jest Hangzhou (…)”- głosi jedno z haseł reklamowych), o ponad 1000-letniej historii (niestety budynków tak starych już właściwie tam nie ma), a przede wszystkim z pięknym jeziorem Zachodnim (Xi Hu) w jego środku, wydawało się zachęcające. Samo w sobie niebrzydkie – na tle miejsc, które widzieliśmy dotąd. Dość zielono, a jezioro na pewno dodaje mu uroku. Można popłynąć sobie małą łódką na jedną z kilku wysp, można obejrzeć kolorowe, nocne przedstawienie na wodzie, pospacerować po parkach wokół, odwiedzić jedną ze świątyń czy pagód, zrobić zakupy czy też pobawić sie w klubach entertainment disctrict. Brzmi nieźle? Niestety prawda jest taka, że miejsce to jest idealnym dowodem na disneylandyzację Chin, którą Kai Strittmatter opisuje w swojej przezabawnej książce “Chiny – Instrukcja Obsługi”. Zabytki dookoła to odbudowana w ostatnich latach ściema, jezioro zostało dookoła opasane szosami, wszędzie jeżdzą obładowane zwiedzającymi meleksy, mające za klaksony irytujące piszczałkowe melodyjki, a parki, w których jest poważny deficyt ławek, są tak zoorganizowane, żeby tylko spacerować i przypadkiem nie siąść nigdzie na trawie (ogrodzenia!). Pasaże zakupowe (takie same, jakie widzieliśmy już w innych miejscach) to odbudowane i oklejone światełkami niby stare chińskie uliczki, sprzedające te same pamiątki co wszędzie indziej, sklepy przypominające do złudzenia te poprzednie i setki, tysiące, miliony chińskich turystów, zachwyconych tym wszystkim, robiących sobie zdjęcia przy najtandetniejszych figurkach, napisach przed sklepami, chłonących ten kolorowy, jazgotliwy kicz. Na początku robiło to na nas wrażenie z racji radosnego chaosu tych miejsc. Później chcieliśmy już tylko uciec jak najdalej. Nasz hostel znajdował się blisko takiego pasażu, ale na szczęście troszkę na uboczu, co dało nam trochę spokoju. Po trzech dniach spędzonych na spacerach po okolicy byliśmy już gotowi pojechać w końcu do mniejszego miasta. Wybraliśmy Yangshuo pod Guilin. Miejsce kultowe już dla backpackerów, a takiego jeszcze nie doświadczyliśmy. Ale przede wszystkim ten charakterystyczny dla Azji południowo-wschodniej krajobraz z małymi stromymi górami wzdłuż leniwie płynącej rzeki. Widok z tego miejsca został umieszczony na tyle banknotu dwudziestojuanowego. Bilety kupione. Jedziemy odpocząć. [-k.]


Huangshan, czyli przydługawa opowieść o bankomatach, megafonach i chińskim cudzie

18 List

W przewodnikach wyczytaliśmy, że tam po prostu trzeba pojechać, bo po pierwsze masyw Huang Shan od stuleci uważany jest przez chińskich malarzy, poetów i uczonych za krajobraz idealny, po drugie słynny chiński geograf Xu Xiake, po wspięciu się na Huangshan, powiedział, że “Kto go zobaczył, nie pokocha juz innej góry”, a po trzecie (i to już powinno nam dać do myslenia) Huang Shan to dla Chińczyków jedna z najważniejszych atrakcji krajobrazowych kraju. Skuszeni przede wszystkim tym pierwszym argumentem, przepełnieni naiwną nadzieją na doświadczenie uczucia wzniosłości w obliczu tak majestatycznego piękna i spokoju, zaopatrzyliśmy się w zupki chńskie i wsiedliśmy w nocny pociąg klasy hard sleeper. Po 13 godzinach na “twardych leżankach” (trzeba przyznać, ze pościel była czysta i prawie że pachnąca), wysiedliśmy w końcu w mieście Huang Shan, zwanym również Tunxi. Z dworca odebrał nas przyhostelowy pan taksówkarz. Nie zważając ani na przepisy ruchu drogowego (zaczynam miec wątpliwości, czy takie w ogóle w Chinach istnieją), ani na pozostałych uczestników tegoż ruchu, używając klaksonu tak często i tak dowolnie jak u nas za kierownicą rzuca się miesem, dowiózł nas bezpiecznie do schroniska. Mówiąc “bezpiecznie” mam na myśli to, że dojechaliśmy cało, ale ile razy w trakcie tej przejażdżki otarliśmy się o tamten świat, nie wie nikt.

Schronisko okazało się trzygwiazdkowym hotelem,a jego właściciel Steven (Chińczyk o całkiem niezłej angielszczyźnie) dwoił się i troił, żeby nam pobyt w pięknym mieście Tunxi zorganizować. Jeszcze tego samego dnia pojechaliśmy zwiedzać niesamowite , stare wioski, z których słynie południe prowincji Anhui. Są to osady powstałe w czasach dynastii Ming i Qing (XV-XIX w.). Niektóre z nich są calkowicie odrestaurowane i wypełnione po brzegi turystami. Kręcono tu mnóstwo filmów, m.in. Przyczajonego tygrysa i coś tam jeszcze. Ponieważ przeraziła nas jakoś wizja tłumu chińskich turystów na małej przestrzeni, darowaliśmy sobie te stare-nowe wioski i pojechaliśmy do Chengkhan i Tangmo, które (jeszcze) rzeczywiście na stare wyglądały i pewnie dlatego były całkiem opustoszałe. Zwiedzających było niewielu, ale tu i ówdzie wąskimi uliczkami przemykał jakiś lokalny, który patrzył na nas z równym niedowierzaniem, co my na niego. Niewiarygodne. Przez środek miasteczka, wąskimi korytarzami prowadzi trasa dla oglądających, a po bokach normalnie mieszkają ludzie. Uprawiają herbatę, zbierają jakieś nieznane mi orzeszki, mandarynki i nie wiem co jeszcze. Rozkładają te swoje plony na ziemi na swoich podwórkach. Wszystko to schnie na słońcu, ułożone na wielkich płachtach materiału. Potem zbierają to do wielkich koszy. Gdzieniegdzie na murkach wygrzewają się wyliniałe ziewające psy, a za praktycznie każdym murem wyleguje się czarna krowa, chuda jak szczapa i łypiąca na boki swymi wielkimi oczami. Cisza i spokój. Od czasu do czasu jakieś stare świątynie buddyjskie lub konfucjańskie. I gdakanie kur.

No, ale wróćmy do samych Żółtych Gór, czyli Huang Shan. Wstaliśmy wcześnie rano i punktualnie o 7 pod hostel zajechał busik, który miał nas zawieźć do miejscowości położonej przy samym parku. Nawet ta część dnia była całkiem interesująca, zważywszy na sposób w jaki żona (konkubina? siostra?) kierowcy pozyskiwała pasażerów. On, krzycząc, niespodziewanie zjeżdżał na pobocze, chodnik, przystanek – cokolwiek się dało, a ona otwierała okno i śpiewnie, ale całkiem stanowczo, namawiała potencjalnych klientów do odbycia wspólnej wycieczki. Wyglądało to przekomicznie, ale nikt z uczestników tej całej sytuacji nie wydawał się nią rozbawiony. Chleb powszedni i tyle. W miejscu, gdzie wysadził nas zaradny pan kierowca i jego wierna wspólniczka, przesiedliśmy się w autobus national express jadący do południowego podnóża gór. I tu nagle nas olśniło. W sumie to jesteśmy w Chinach i być może ani za kolejkę, ani za wejście do parku nie będzie można płacić kartą.  Być może na szczycie gór nie będzie bankomatów, ani kantorów, ani nic takiego, co mogłoby dla nas wykrzesać jakąś gotówkę.. Być może. I wtedy jesteśmy w przysłowiowej dupie, bo według naszych wyliczeń, brakuje nam na tę drogą imprezę jakiejś marnej stówy juanów.  Próbujemy więc ratować sytuację. Wysiadamy z ekspresu i Kuba biegnie do najbliższego hotelu, żeby szukać kantoru, a ja biegnę do kasy, żeby jakoś na migi się spytać, czy biorą karty. Po dziesięciu minutach spotykamy się i obydwoje mamy nietęgie miny. Czyli że klops i nie wiadomo co teraz robić. Niby nie ma sytuacji bez wyjścia, ale droga na dół zajmie nam sporo czasu, a poza tym nie wiemy nawet czy tam na dole w ogóle jakiś bankomat jest. Dodatkowo sprawę komplikuje fakt, że ostatnia kolejka powrotna odjeżdża o 16.30, a trasa ma 11 km. Po burzliwej wymianie zdań (no bo czy to wiadomo czyja to wina, że za mało wzięlismy kasy?) postanawiamy pojechać taksówką tam i z powrotem, zaoszczedzając tym samym czas, no bo nie pieniądze. Po dłuższych targach z panem taksówkarzem (zdawał się zdecydować, że z tych głupich białych turystów, co to nawet kasy na wstęp nie wzięli, wyżywi cała rodzinę przez tydzień), w końcu wsiadamy i jedziemy. Pół godziny poźniej, zadowoleni z siebie, stoimy już przy okienku i kupujemy bilety. Ufff. No to teraz możemy zwolnić. Kolejka linowa wiezie nas baaardzo wysoko, widoki są powalające. Huang Shan to granitowe, mocno popękane skały z charakterystycznymi sosnami wyrastającymi z boków gór. Do tego bardzo często występuje tu mgła, przez co powstaje Morze Nieba – “fale” chmur poruszające się na wietrze wywołują wrażenie dryfowania wierzchołków gór. Nie umiem tego sprawiedliwie oddać, ale wygląda to naprawdę niesamowicie. Wysiadamy i zaczynamy nasz trekking. Jest mało ludzi, góry przepiękne. Aż chce się krzyczeć z radości. Studiujemy naszą mapkę zakupioną od Stevena w hostelu i, pomimo pewnych drobnych niekonsekwencji, jakie na niej zauważamy, jesteśmy dobrej myśli. W miarę zbliżania się do pierwszego spektakularnego szczytu, Szczytu Przekonania (Beginning to Believe Peak), dróżka zaczyna się zagęszczać. Kilkanaście minut później otacza nas pstrokaty i niezwykle hałaśliwy chiński tłum, złożony w większości z radosnych wycieczek zakładowych, zachowujących się mniej więcej tak, jak zachowywaliśmy się my wszyscy w podstawówce na naszych wycieczkach szkolnych. Do tego dochodzi pan przewodnik: macha zachęcająco chorągiewką, jednocześnie niemiłosiernie drąc się przez megafon. Domyślam się, że mówi jakieś bardzo interesujące rzeczy, jednak dla takiej mandaryńskiej ignorantki jak ja, dźwięk jego głosu jest bardziej niż drażniący. Nie chodzi jednak tylko o niego. Spomiędzy drzew, nie wiadomo skąd, ale wiadomo, że z głośników bardzo słabej jakości, bucząco rozbrzmiewa jakaś podniosła chińska muzyka. Kilkadziesiąt metrów dalej młody przodownik pracy zawzięcie odkurza (wykurza?) liście z alejek, żeby wycieczkom lepiej się kroczyło, jak rozumiem. Dźwięk, jaki wydaje ta jego dmuchawa wżera mi się do uszu i pozostaje tam przez następne parę godzin. I to jakich godzin.

Czas leci, my idziemy do przodu, starając się uciec przed tą całą kakofonią. Chcemy mieć góry tylko dla siebie. Trasa robi sie coraz piękniejsza, ale i coraz trudniejsza. Spotykamy coraz mniej ludzi. Spoglądamy na zegarek. Jest 14. Nie wiemy dokładnie, ile pozostało nam do przejścia, bo wspomniana wcześniej mapa okazuje się mieć jeszcze jeden, dość istotny, defekt – nie podaje dokładnie odległości. Wiemy natomiast, że jeśli nie zdążymy na kolejkę, to będziemy musieli zostać na noc w jednym z hoteli na górze, albo iść następne 5 kilometrów w dół po ciemku. Druga opcja była zbyt niebezpieczna, a pierwsza niezwykle droga (kosztowałaby nas jakieś dwa tygodnie hostelowych noclegów). W dodatku przepadłyby nam bilety na poranny pociąg do Hangzhou i rezerwacja w tamtejszym hostelu. Trzeba biec. Ale trasa, jak na złość, zrobiła się mało przystępna. Strome stopnie pionowo w górę, pionowo w dół. Po 50. Po 80. Liczę, żeby nie widzieć, ile mi jeszcze zostało.  Nogi odmawiają posłuszeństwa. Siadamy co 10-20 schodków. Czas leci, a kilometrów zdaje się wcale nie ubywać. Zaczyna padać deszcz. Góry wyglądają groźnie. Są wielkie, a my tacy mali i zadyszani. Na trasie jesteśmy tylko my i para młodych Chińczyków. Co kilkanaście minut wymijamy się. Raz oni mają więcej sił, raz my. Uśmiechamy się do siebie, ale oni nie mówią po angielsku, więc nie mamy jak ze soba rozmawiać. A zresztą. Co mielibyśmy sobie powiedziec? Ale ciężko, co? Zimno, nie? Żeby tylko się bardziej nie rozpadało… Wszystko i tak  wiadomo. Też mają niewyraźne miny. Częstują nas ciasteczkami. Cukier stawia nas trochę na nogi i walczymy dalej. Słowo daję, nigdy w życiu nie przeżyłam takiego survivalu. Docieramy do kolejki 38 minut po czasie i zdarza się cud. Huang Shan zaszczyciła swoją obecnością jakaś ważna delegacja partyjnych dygnitarzy i z tej okazji, jako że VIP’y jeszcze się nie pojawiły, kolejka jeździ po godzinach, a nas w holu witają przepiękne niewiasty, odziane w tradycyjne stroje narodowe, przepasane szarfami i uśmiechające się od ucha do ucha uśmiechami przeznaczonymi dla ludzi naprawdę ważnych. Alleluja! [-a.]