Archive | Boliwia RSS feed for this section

Święta

15 Sty

Podobno do Sucre, konstytucyjnej stolicy, jeździ się głównie po to, żeby po trudach podróżowania po innych częściach Boliwii, w końcu się zrelaksować. Ewentualnie pouczyć się hiszpańskiego w jednej z licznych szkół językowych lub też nawet (opcja dla mniej leniwych) popracować w ramach wolontariatu w którejś z lokalnie działających organizacji pozarządowych. Sucre jest takie ładniutkie, że tak naprawdę niewiele się trzeba wysilać, żeby przyjemnie spędzać tu czas. Architektura jest piękna, hotele na dobrym poziomie, jedzenie na targu pyszne i tanie. Sucre leży na zaledwie 2700 m n.p.m., więc można też nareszcie normalnie oddychać. Nie jest to może miejsce, które bardzo inspiruje, ale odpoczywa się tu znakomicie.

Właśnie w Sucre przyszło nam spędzić Święta i było to kolejne ubogacające doświadczenie. Pod wieloma względami.  Ponieważ nasz hostel pełen był bardzo zintegrowanych, ale tylko z samymi sobą, Francuzów szykujących na Wigilijną kolację bœuf bourguignon, my postanowiliśmy ugotować sobie chociaż jedną z tradycyjnych polskich potraw świątecznych. Chociaż jedną. Żeby mimo 27 stopni, mimo wszechobecnych palm i sztucznych choinek choć na chwilę poczuć, że to rzeczywiście Boże Narodzenie. Po dwóch dniach poszukiwań potrzebnych składników, ku naszemu wielkiemu smutkowi musieliśmy pogodzić się z faktem, iż pewnych rzeczy w Sucre po prostu nie da się kupić i tyle. Obniżyliśmy więc nasze oczekiwania (i, siłą rzeczy, ambicje) i postanowiliśmy zrobić sobie chociaż ruskie pierogi. Potrawę, jak się wydawało, prawie składników nie wymagającą. Niestety, po kolejnym dniu intensywnych spacerów po targach, sklepikach i supermarketach, musieliśmy się poddać. Twarogu nie ma i już.

Jak wiadomo, święta Bożego Narodzenia wszędzie na świecie obchodzi się trochę inaczej. W Boliwii najważniejszy rodzinny obiad świąteczny odbywa się raczej w pierwszy dzień świąt a nie w Wigilię. Oczywiście wszystko zależy od regionu, konkretnej rodziny i wielu innych czynników, ale będę teraz z premedytacją uogólniać. W tym gorącym okresie do miasta, które stroi się w światełka i inne błyskotki od tygodni, ściągają całe zastępy Indian z okolicznych miejscowości. Ściągają tu całymi rodzinami, by parę dni posiedzieć na chodnikach, a w odpowiednich momentach pojawić się w miejscach, gdzie mieszczuchy motywowane świątecznymi odruchami serca obdarowują tych, którym na tym świecie jest trudniej. Place i ulice żyją. Słychać gwar okupujących chodniki rodzin, warkot samochodów, latynoskie przeróbki Jingle Bells i Cichej Nocy puszczane na cały regulator z prawie wszystkich sklepów. Ludzie chodzą szybciej, w pośpiechu załatwiając ostatnie sprawunki. W Kościele Św. Franciszka młodzieżowy zespół rockowy stroi elektryczne gitary, perkusista gorączkowo wali w swoje talerze. Miejska orkiestra cały dzień maszeruje po ulicach ćwicząc utwór na nocną paradę. W powietrzu czuć atmosferę oczekiwania.

O 23. z bocznej kaplicy przy Katedrze wyrusza bożonarodzeniowa parada. Na jej czele radośnie podskakuje gromada lokalnych dzieci. Podobno długo przygotowują się do tego występu, choć zupełnie tego nie widać. Widać natomiast, że te urocze nieskoordynowane podrygi sprawiają im niesamowitą frajdę. I pięknie to wygląda. Za dziećmi, wsparty na ramionach mężczyzn, sunie majestatycznie sporych rozmiarów żłóbek z Jezuskiem i aniołami. Potem ksiądz, a zanim kilkuset wiernych, większość ze swoim własnym, często domowej roboty, żłóbkiem. Przeróżne lalki i laleczki ubierane są w najrozmaitsze kubraczki (zależnie od tego, jak dana rodzina wyobraża sobie odzienie godne małego Jezusa), umieszczane w pozycji horyzontalnej na/w czymkolwiek, od koszyczka po plastikowe tace, potem niesione na rękach przez całą paradę aż do kościoła, w którym to o północy odbywa się pasterka (Misa de Gallo). Po mszy żłóbki są święcone pod ołtarzem i zabierane do domu. Co się dzieje dalej, nie wiadomo. Podobno właśnie po pasterce rozpoczyna się wielka fiesta, nierzadko trwająca do samego rana. U nas w hotelu Francuzi już chrapali, a wokół stolika przy którym świętowali walały się puste butelki po winie.

No bo dla każdego z nas Święta to coś trochę innego. Dla jednych to tylko okres wakacji, dla innych cenny czas dla rodziny, dla jeszcze innych ważne święto religijne. Dla Boliwijczyków to żłóbki i rodzinny obiad (tradycyjnie serwowana w ten dzień picana to wołowina z ziemniakami i kolbą kukurydzy), dla większości Polaków – Wigilia z bliskimi i barszcz uszkami, dla Francuzów -wołowina i wino. Wiem, wiem, uogólniam. Ale dziwne to były Święta. Mimo że czuliśmy się trochę samotni w Wigilię wśród palm, mimo że nikt nie rozumiał naszych entuzjastycznych opowieści o barszczu i pustym miejscu przy stole, na swój wyjątkowy sposób były te Święta całkiem świąteczne. A już na pewno niezapomniane. [-a.]

Relacja z lądowania na obcej planecie

24 Gru

Jasne, że spodziewaliśmy się dużo po południowo-zachodniej Boliwii. Setki zdjęć i relacje z tych miejsc obiecywały wiele. Rzecz w tym, że chyba nikt nie jest w stanie opisać tego rejonu sprawiedliwie.

Przejazd przed olbrzymią pustynię solną w większości pokrytą cienką warstwą wody to nieprawdopodobnie surrealistyczne doświadczenie. A to był dopiero początek. Kolorowe szczyty pięciotysięczników zabarwione pierwiastkami, zmieniające się ciągle pustynie płaskowyżu, olbrzymie kaktusy, dziwne „lasy” wulkanicznych skał, a pośród tego wszystkiego zapierające dech laguny napakowane minerałami, mieniące się wszelkimi możliwymi barwami. Duszący odór siarkowodoru wydobywającego się spod ziemi, bulgoczące gejzery, gorące źródła i wulkany. A do tego przemykające tu i ówdzie andyjskie lisy i króliki, strusie pampasowe, lamy i dzikie wikunie. No i flamingi. Tysiące flamingów. Kompletnie odjechany dodatek do tych krajobrazów.

Zmieniające się wokół nas przestrzenie, na tej prawie tysiąckilometrowej trasie, nie pozwalały nam zasnąć ani na chwilę mimo zmęczenia. Nie spodziewaliśmy się aż tyle. Nie na tej planecie… [-k.]

WIĘCEJ ZDJĘĆ – TUTAJ

WIĘCEJ ZDJĘĆ – TUTAJ

Sinobrody Anioł z Quime

20 Gru

„Teraz już czuję się bardziej Boliwijczykiem. A Ameryka? Nie chcę już mieć z nią nic wspólnego…”

M. urodził się w Kalifornii i uczęszczał do tamtejszych szkół. Późniejsza przeprowadzka na Alaskę, gdzie w kompletnej dziczy zajmował się budową drewnianych domów, uświadomiła mu, że woli żyć z dala od cywilizacji. Z wykształcenia i zamiłowania botanik i archeolog, bardzo chciał rozwijać się właśnie w tych kierunkach i to przywiodło go do Boliwii w 1978 roku. Dostał solidne stypendium na badania mchów od chicagowskiego Muzeum Historii Naturalnej Fielda i tak zaczęła się jego południowoamerykańska przygoda, która trwa do dziś. Badania szły tak dobrze, że po roku otrzymał następne stypendium, później następne i tak przez osiem lat. Ostatnie dwa lata zainwestowało już w niego towarzystwo naukowe National Geographic. Przerobił swojego Landrovera, w którym z tyłu zmieścił łóżko i małą kuchnię i tak żyjąc przemierzał Boliwię i jej okolice wynajdując i badając nowe okazy mchów. Wyniki były imponujące. Zebrał i skatalogował ponad 16,000 okazów. To największa taka kolekcja zebrana przez kogokolwiek w historii tego kraju, a jego zdjęcia i wyniki badań były publikowane na stronach ważnych boliwijskich książek i katalogów przyrodniczych.

Gdy po ośmiu latach dostał od sponsorów pieniądze na powrót do ojczyzny, wiedział już, że Stany to nie jest miejsce dla niego. Ośmiusetdolarowy voucher na bilet lotniczy zamienił na gotówkę, a za nią kupił kawałek ziemi w Quime – małym miasteczku ukrytym w górach w dystrykcie La Paz. Położone z dala od dużych miast i od głównego szlaku turystycznego, bardzo ciekawe pod względem przyrodniczym ze względu na duże różnice wysokości okolicy a przez to różne strefy klimatyczne, Quime wydało mu się idealne do zamieszkania. Dzięki swoim umiejętnościom nabytym na Alasce, pracując przez prawie dwadzieścia lat, wybudował imponującej wielkości dom, białą hacjendę, w której kilka pokoi przeznaczył na prosty hostel. Przewodniki nie wspominają nic o Quime, więc odwiedza je niewiele osób. W ostatnim roku było ich 30. Pozwala to M. na skromne życie na taniej boliwijskiej prowincji, chociaż czasami i tak musi coś uszczknąć ze swoich oszczędności.

M. ma dwie córki. Jedna z nich mieszka na Alasce i sporadycznie przylatuje do ojca w odwiedziny. Druga mieszka w La Paz i to jedyne miejsce, do którego M. jeździ raz na jakiś czas w celu uzupełnienia zapasów spożywczych – w małym Quime wiele produktów jest nie do kupienia. Mówiąca bez akcentu zarówno po hiszpańsku jak i po angielsku córka robi małą karierę w międzynarodowej firmie, lubi La Paz i nigdy w życiu nie chciałaby mieszkać na prowincji. „Tu jest tak nudno! To jakieś piekło!” – mówi.

Po zakończeniu kariery jako przyrodnik, M. poza mozolnym tworzeniem domu, który powstawał w wielu etapach, zajął się swoimi pozostałymi pasjami – archeologią i geologią. Boliwia to raj również dla takich ludzi. Z pasją mówi o różnych miejscach w kraju, który zna jak własną kieszeń. O historii naturalnej regionu, o parkach, skałach i ciekawych geologicznie miejscach. Kiedy zdrowie przestało dopisywać, a braki finansowe nie pozwoliły na dalsze podróże, osiadł na stałe w Quime i teraz już praktycznie cały czas spędza w domu, gdzie realizuje się w swoim całkiem nowym hobby – w edycji filmów. Zainspirowany niezależnymi produkcjami z różnych stron świata, a jednocześnie ciągle męczony wizjami jak można by je zrobić inaczej, wymyślił swój mały kreatywny proces. Korzystając ze swojej olbrzymiej biblioteki filmowej, montuje krótkie formy używając scen z innych i tworząc w ten sposób nowe scenariusze według swojego pomysłu. Spędza nad tym całe dnie pracując na komputerze. Swoją małą operację nazwał Bluebeard Angel, czyli Sinobrody Anioł. Ostatnio zaczął dodawać napisy po hiszpańsku i prezentować swoje małe dzieła mieszkańcom wioski. Z czasem planuje zrobić więcej kopii z okładkami i zawieźć je sprzedawcom pirackich DVD w La Paz. Za ich pomocą chciałby rozpowszechnić swoje małe etiudy.

Próbował też innych rzeczy. Przez kilka lat zajmował się projektowaniem i produkcją szmacianych lalek. Dostał nawet od lokalnych władz małą pomoc finansową na działalność, ale po jakimś czasie musiał to porzucić. Zapotrzebowanie na tradycyjne zabawki chyba po prostu zanika. Kolejny talent M. to kamieniarstwo. Podczas długiej budowy domu nauczył się tego fachu i wybudował wokół posesji wiele schodów i tarasów. Doprowadził to rzemiosło do perfekcji i teraz myśli o organizowaniu kilkudniowych kursów kamieniarstwa i zarabianiu w ten sposób dodatkowych pieniędzy.

M. czuje się dobrze w Boliwii. Żyje skromnie, nie ma dobrych ubrań, a do najbliższego, bardzo wolnego, internetu musi iść dwadzieścia minut na dół miasteczka. Przydałby mu się w domu. YouTube – olbrzymia kopalnia materiałów – pomógłby przecież bardzo w jego hobby, ale na razie łącze satelitarne w domu przekracza możliwości jego budżetu. Ameryka obserwowana z zewnątrz to dla niego kraj politycznych zbrodniarzy i nie chciałby już tam nigdy mieszkać. Żyjąc w społeczności rdzennych mieszkańców Boliwii i widząc z bliska ich problemy zaczął popierać politykę prezydenta-Indianina Evo Moralesa. Wierzy, że nowy model socjalizmu, który ten próbuje wprowadzić, to dobre rozwiązanie dla kraju. Czując obywatelski obowiązek – sam zaczął walczyć z niesprawiedliwościami w kraju.

23 września 2003 roku ówczesny prezydent Gonzalo”Goni” Sanchez de Lozada  pod pretekstem uwolnienia turystów z zablokowanej protestami Soraty kazał żółnierzom strzelać do ludzi. Zginęło wtedy sześcioro osób, w tym ośmioletnia dziewczynka Marlene Nanci Rojas Ramos. Boliwia grzmiała. 11 października armia powtórzyła rozkazy prezydenta i zaczęła strzelać do ludzi w El Alto. Ale i to nie uciszyło społeczeństwa. Presja zmusiła go w końcu do rezygnacji 17 października 2003. Uciekł do USA, gdzie dostał polityczny azyl. Wściekły na tę niedorzeczną sytuację M. pojawił się wówczas w boliwijskich mediach, żądając ekstradycji Goniego i oskarżając Amerykę o wspieranie jego poczynań. Za te działania stał się persona non grata w Ameryce. Do dziś Boliwii nie udało się wymusić ekstradycji Lozady, a M. jest przekonany, że był on marionetką amerykańskiego rządu i dlatego dostał azyl i jest przez nich chroniony.

M. ciągle jeszcze stara się udzielać w ważnych sprawach w swojej społeczności, chociaż czuje już powoli starość i coraz bardziej woli oddawać się prostym pracom wokół swojego domu. Wszyscy ludzie w okolicy znają i podziwiają M. Dla nich też jest już bardziej ich rodakiem niż jankesem.

Trzy dni spędziliśmy na rozmowach, wspólnym gotowaniu, oglądaniu filmów i spacerach przez eukaliptusowe lasy Quime. Inspirujący człowiek otworzył przed nami swoje życie i dał nam sporo do myślenia. Fajnie, że są tacy ludzie na świecie… [-k.]

WIĘCEJ ZDJĘĆ – TUTAJ

WIĘCEJ ZDJĘĆ – TUTAJ

Raj

5 Gru

Prowincja Yungas. Dwie i pół godziny drogi od La Paz. Miejsce gdzie surowy płaskowyż zmienia się w góry porośnięte subtropikalną dżunglą. Coroico. Niewielkie, senne miasteczko w jednej z najpiękniejszych tutaj dolin. Mały hostel dziesięć minut drogi od wioski, ukryty na zboczu góry, z prywatnymi chatkami. Jest prąd, ciepła woda. Nie ma telewizora i internetu. Domki rozsiane w sporej odległości od siebie, zamaskowane w pięknym lesie pełnym kolorowych ptaków i przedziwnych owadów. Własna kuchnia, hamaki, nieopodal mały basen. Trzy dni w raju. Pięknie było… [-k.]

Matka Boska Pokoju

5 Gru

Hałas. Tysiące samochodów, autobusów i autobusików stojących w wiecznych korkach na wąskich stromych uliczkach. Z każdego z nich wystaje głowa naganiacza, który monotonnym głosem recytuje nazwy ulic, gdzie dany pojazd się udaje. Wsiada się w biegu, w biegu też zatrzaskuje się za sobą drzwi. Uno cincuenta, señor (jakieś siedemdziesiąt groszy), niezależnie od tego gdzie się wysiada. A wysiadać można wszędzie. Parę dni temu wprowadzono pomysł przystanków przy centralnym placu, ale nikt się do tego nie stosuje, no bo jak całe życie wsiadało i wysiadało się tam, gdzie nam się żywnie podobało, to jak przyzwyczaić się do niedogodnych ustalonych przystanków?

Tłok. Od mniej więcej lat dziewięćdziesiątych, po wielkim kryzysie spowodowanym spadkiem cen cyny, Boliwijczycy wzięli sprawy w swoje ręce i handlują gdzie się tylko da wszystkim co im wpadnie pod rękę. Napoje, te butelkowane i te własnej roboty, świeżo wyciskane soki z najlepszych w moim życiu pomarańczy (ale i grejpfrutów, marchwi, jabłek, malin, papai i wielu innych smakowitości). Owoce, warzywa. Kłódki, szampony i dezodoranty. Farby do włosów, kabelki, przedłużacze. Garnitury, sukienki, bielizna. Bułki, smażone kurczaki, frytki, empanady, salteñe, hamburgery. Grillowane mięsko, zupy spod szmaty. Pirackie filmy, płyty cd i najnowsze programy komputerowe. Wszyscy gdzieś spieszą, wszyscy coś żują, gadają jak najęci. Cholity ocierają się ramionami o nowoczesne nastolatki. Starsi Indianie w kapeluszach podążają w sobie tylko znanych kierunkach konsekwentnym, pewnym krokiem. Wystrojeni w porządne garnitury biznesmeni rozmawiają przez telefon przez zestawy słuchawkowe. Indiańskie podlotki o nieśmiałych twarzach dźwigają na plecach wielkie pakunki owinięte w piękne tradycyjne koce.  Czasem wychyli się nich twarz ciekawskiego umorusanego bobasa. Na progu licznych salonów fryzjerskich stoją kolejni zachęcający i obojętnie ile razy koło nich przejdziesz, za każdym razem usłyszysz gwizd jak na psa i  Mister, barber?? Na ulicach kotłują się reprezentanci tak różnych środowisk, warstw społecznych, gustów, zwyczajów, odcieni, że zawrót głowy murowany.

Zadyszka. Miasto leży w kanionie na wysokości 3,660 metrów i mimo kilkudniowej aklimatyzacji i tak cały czas sapiesz. Każdy spacer oznacza konieczność prawie wspinaczki. Oddechu brak, siły też. Elita mieszka w środku kanionu, tam gdzie płasko, żeby nie musiała się przemęczać. Im człowiek biedniejszy, tym wyżej żyje. Dziwny to widok. Przepiękne góry wokoło, a w środku nowoczesne biurowce, hotele, apartamentowce, kolonialne domy, centra handlowe. Na zboczach kanionu niezliczone ilości ceglanych domów. Niechlujne, wyglądające na prowizoryczne, bo nigdy nietynkowane, domostwa tych biedniejszych. Kontrasty biją po oczach i nie pozwalają o sobie zapomnieć ani na chwilę. Uderzają tym mocniej, im gorzej ci się oddycha. Czy można się do tego w ogóle przyzwyczaić? I te spaliny. Włażą prosto do gardła i wywołują mdłości. Aaaaaaa…

Muzyka. To takie piękne i wiele obiecujące słowo. Tutaj jest naprawdę dużo dobrej muzyki. Sporo ambitnych twórców czerpiących zarówno z bogatych tradycji lokalnych, jak i nowych światowych trendów. Prawie nikt ich jednak nie słucha, bo wszędzie, dosłownie wszędzie, królują tandetne przyśpiewki o miłości o prostym i nudnym jak flaki z olejem rytmie. Wszystkie brzmią identycznie i cierpią nad nadmiar wyrazów amor (miłość, kochanie) i corazó(serce). Nie da się od tej wątpliwej rozrywki uciec, bo jest ona wszechobecna. Przy śniadaniu, gdy się człowiek ku obudzeniu raczy przepysznym ciastkiem wypełnionym stopionym serem i api, gorącym napojem z dwóch kolorów kukurydzy, jest obecna. Przy almuerzo, dwudaniowym lunchu składającym się na przykład z zupy z quinoa (komosy ryżowej) i wielkiego talerza smażonego mięsa, kiełbaski, jajka, sałatki, ryżu i ziemniaków, jest już głośno obecna. Przy przemieszczaniu się transportem publicznym, jest wręcz obowiązkowa. A już najbardziej rozbisurmaniona jest około 7.30 rano w hotelu, gdzie pracujące tu Indianki do porannego sprzątania, zupełnie nie przejmując się śpiącymi gringosami, włączają ulubione utwory powyżej zdolności głośnościowej ich skromniutkiego sprzętu. Wtedy słychać tylko niezastąpiony rytm, niemiłosierne zawodzenie nieszczęśliwego amanta, trzask taniego głośnika i nieuchronne szczękanie własnych zębów o poranku.

Amor. Młodzi obściskują się tu i obcałowują zupełnie bez zahamowań. Na ulicy, przystanku, w restauracji, parku, pod kościołem. El amor está en el aire!!!

Ekspresja. Potrzeba wyrażania się wydaje się jedną z podstawowych potrzeb mieszkańców Boliwii. Po pierwsze dużo tu sztuki ulicznej, mnóstwo murali, lepszego lub gorszego graffiti. Po drugie, niezgoda na obecną sytuację społeczno-polityczną. Tu widać to najwyraźniej. Administracyjna stolica kraju niemal codziennie okupowana jest przez demonstrantów. Grupy niezadowolonych co parę dni/miesięcy (zależnie od powodzenia rokowań) zmieniają się, ale miasto jest nieustannie oblężone. Kilka głównych ulic zamkniętych, fajerwerki na znak protestu, blokady, transparenty, okrzyki, parady, policja w pełnym rynsztunku i pełnej gotowości. Protestują wszyscy. Kierowcy transportu publicznego, studenci, górnicy, Indianie. Każdy ma jakieś pretensje do rządu i zdaje się, że słusznie. Boliwia jako kraj z największym odsetkiem rdzennej ludności (55%) po raz pierwszy wybrała sobie w 2005 r. Indianina na prezydenta. Evo Morales w młodości głównie pasł lamy i grał na trąbce, potem zajął się uprawą koki. Właśnie jako reprezentant cocaleros (farmerów koki), dzięki ich wsparciu, zdobył władzę. Ciąży na nim wielka odpowiedzialność, bo naobiecywał za dużo. Teraz wszyscy upominają się o swoje. Ku zadowoleniu biednej większości znacjonalizował przemysł energetyczny, zmienił konstytucję (na korzyść dyskryminowanych Indian), wyrzucił z kraju DEA (amerykańską agencję walczącą z produkcją i przemytem narkotyków). Sprzeciwia się, jak sam to nazywa, neoliberalizmowi, nie lubi Ameryki i chce, aby państwo sprawowało ścisłą kontrolę nad surowcami naturalnymi. Chce stworzyć swój model socjalizmu, a rdzennym masom bardzo to odpowiada  (bogatym potomkom hiszpańskich „panów” dużo mniej).  Niestety Evo wpadł w swoje własne sidła, bo antagonizując Amerykę może dużo stracić (amerykańska pomoc wydaje się w tym momencie niezbędna, aby kraj realizował swoje projekty). Szczyci się tym, że jest proekologiczny, ale też zależy mu na dalszym poparciu cocaleros. Stąd bardzo aktualny problem ze słynną autostradą do Brazylii. Na pewno wygenerowałaby dużo miejsc pracy, a już na pewno uszczęśliwiłaby tamtejszych farmerów koki, ale niestety musiałaby przecinać TIPNIS, park narodowy i terytorium Indian w Amazonii. Evo podpisał umowę z Brazylijczykami, którzy zaoferowali się pokryć koszty tej inwestycji. Na skutek ogromnych protestów, które nie przebiegały pokojowo i zostały brutalnie stłumione, projekt został odwołany. Boliwijczycy mają bardzo długą tradycję demonstracji i z doświadczenia wiedzą, że w ten sposób sporo można zdziałać. Debata publiczna w kwestii TIPNIS jest nadal bardzo ożywiona, a populistyczny prezydent wije się jak piskorz, próbując zadowolić wszystkich czyli nikogo. Niewielu już optymistów przypisuje mu dobre intencje. A wracając do ekspresji… Ludzie tutaj mimo zgorzknienia, zniechęcenia, braku zaufania do jakiejkolwiek władzy, mimo biedy i trudów codziennego życia mają w sobie wolę walki, potrzebę zamanifestowania swoich przekonań, mają siłę podjęcia próby zmian. I to moim zdaniem jest imponujące. Krzyczą, maszerują, zrzeszają się, puszczają petardy. Piszą farbą po murach, ale nic z naszych HWDP czy Legia Pany. Piszą, że Evo zostaje. Albo że Evo ich zdradził. Że Boliwia się zmienia. Że ktoś kłamie. Że miasto spłonie. Dla mnie czytanie napisów na ścianach miasta to jak czytanie jego duszy. Tu, bardzo niespokojnej, ale wiecznie poszukującej.

Obezwładniający zgiełk, otumaniające zapachy, osaczające tłumy. Widok namacalnego niezadowolenia społecznego w społeczeństwie, które tego nie ukrywa. Bieda i przepych, rozwój i stagnacja, tradycja i nowoczesność. Życie we wszystkich swych aspektach, ale jednak życie. La Paz to miasto, które nas niejako pochłonęło na całe dwa tygodnie. Może i obiektywnie nie jest piękne, ale nam było ciężko stąd wyjechać. Oczywiście przyczynili się też do tego Szymon i Gabicha, z którymi spędziliśmy kilka bardzo interesujących wieczorów. Był i koncert, i przedstawienie, i wspólnie lepione pierogi.

Miasto Matki Boskiej Pokoju z absolutnym pokojem niewiele ma wspólnego, ale my w tym niepokojowym chaosie odnaleźliśmy jakąś własną równowagę. Nie wiem, czemu ludzie nie lubią La Paz. [-a.]

WIĘCEJ ZDJĘĆ – TUTAJ


WIĘCEJ ZDJĘĆ – TUTAJ

Wokół jeziora Titicaca

27 List

Po Cuzco bardzo nam się już chciało Boliwii. Wsiedliśmy w turystyczny autobus do Puno i po kilku ciekawych przystankach po drodze dotarliśmy na miejsce. W tym miejscu mała dygresja. Firm autbusowych w Peru jest niesamowita ilość. Do tego pełno lokalnych przewoźników, mniej lub bardziej prywatnych. Kierowcy tych lokalnych słyną z dość samobójczego podejścia do drogi i tego, co się na niej dzieje. Miejscowi są raczej przyzwyczajeni do tego, że mimo wąskiej krętej drogi kierujący rozwija zawrotną prędkość. Nikt nie protestuje i nikomu uwagi nie zwraca. My, jako że niezwykle podniecająca wydaje nam się perspektywa naszego zupełnie nowego życia po podróży, nie potrafiliśmy się wyluzować. Wszędzie po drodze z Cuzco do Machu Picchu mijaliśmy dziesiątki krzyży, to nas otrzeźwiło i niejako pomogło w ustaleniu priorytetów. A cały ten przydługawy wstęp po to, żeby niejako usprawiedliwić się z korzystania z transportu turystycznego. Autobusy te bowiem prezentują taki standard, że aż po prostu było nam głupio, że nimi jedziemy. Napoje, lunch, łazienka – to jeszcze da się przeżyć. Ale usłużny steward na pokładzie, szybciej i serdeczniej niż w samolocie reagujący na sygnalizowaną guzikiem nad naszymi głowami każdą naszą potrzebę? Siedzenia większe i wygodniejsze niż jakiekolwiek widziane przeze mnie w biznesowej klasie w samolotach? Rozkładane? No i wifi? Istne szaleństwo. Aż wstyd. Takim właśnie autobusem jechaliśmy do Puno. Dodatkowo nasz steward był jednocześnie naszym dwujęzycznym przewodnikiem po mijanych po drodze atrakcjach. Muszę przyznać, że była to bardzo przyjemna podróż, a zwiedzane po drodze miejsca naprawdę interesujące.
Samo Puno dziwne. Bardzo turystyczne, ale też bardzo intensywne lokalnym życiem. Baza wypadowa na wyspy na słynnym Titicaca. Najwyżej położonym na świecie żeglownym jeziorze. Nie mieliśmy wielkiej ochoty jechać na wyspy, co wprawiało w osłupienie co poniektóre spotkane osoby. Sporo łaziliśmy po mieście, wysiadywaliśmy godzinami na ławkach, objadaliśmy się hamburgerami za dolara  (hamburger to, ku naszemu zaskoczeniu, bardzo popularny tu uliczny kąsek) i w skrócie nie robiliśmy nic. W czasie jednego z takich spacerów dotarliśmy do portu i bardzo spontanicznie, na pięć minut przed odpłynięciem łódki, zakupiliśmy bilety na wyspy Uros. Słyną z tego, że zostały skonstruowane z trzciny rosnącej na jeziorze. Co roku dokładana jest nowa warstwa i im starsza wyspa, tym stabilniejsza i ryzyko zapadnięcia się mniejsze. Tutejsi Indianie żyją tak od kilkuset lat, ale profil wiosek bardzo się już zmienił. Obecnie prawdziwi i rzekomi mieszkańcy (niektórzy już dawno mieszkają w Puno, przypływając tu w dzień dla turystów) żyją praktycznie tylko z turystyki. I ja się cieszę, że im się lepiej powodzi. Jednak wycieczkę na wyspy Uros zaliczam do najbardziej idiotycznych i absurdalnych w całej naszej podróży. Sklepy z pamiątkami,  nachalne nakłanianie ludzi do wpakowania się na „oryginalną” łódkę, która za dodatkową opłatą przewiezie nas jakieś trzydzieści metrów dalej do horrendalnie drogiej restauracji (dodam, że w oryginalnej łódce jest wielka dziura, w którą sprawnie wpływa motorówka i rzeczoną oryginalną łódkę pełną skonfundowanych turystów najzwyczajniej w świecie popycha). Po drugiej stronie właściciel restauracji gorąco zaprasza do stołu i rzeczywiście wszyscy jak jeden mąż (a dokładniej jak wiele peruwiańskich mężów na wakacjach z całymi rodzinami) zasiadają do jedzenia. My próbowaliśmy uciec, zaglądaliśmy za każdy z pięciu na krzyż domów, ale wszędzie tylko woda i nawoływania do zakupów i posiłku. Myśleliśmy, że zwariujemy. Za jednym z domów spotkaliśmy parę Francuzów, którzy najwyraźniej robili dokładnie to, co my. Próbowali znaleźć jakiś sens w tej przygodzie. Oni dali się nabrać na oryginalną łódkę, powiedziano im, że ta, którą przypłynęli na pierwszą wyspę nigdzie ich dalej nie zabierze (kłamstwo). Jako jedyni biali na oryginalnej łódce załapali się również na pożegnalny taniec rzekomo lokalnych kobiet, z obrotami, machaniem na do widzenia, a nawet jakąś francuską piosenką z ich przedszkolnych czasów. Mówili, że chcieli po prostu zniknąć. Podobno trochę dalsze wyspy Taquile są dużo ciekawsze, z możliwością zostania na noc u lokalnej rodziny, obierania z nią ziemniaków i innych bardziej autentycznych rozrywek. Nas jednak gnało do Boliwii.

Pojechaliśmy więc na drugą stronę jeziora do boliwijskiej Copacabany. Multum restauracji i agencji turystycznych, spokój i nic nadzwyczajnego. Stamtąd popłynęliśmy na Isla del Sol, na której to zafundowaliśmy sobie czterogodzinny spacer. Widoki były przepiękne, ale ilość turystów nie pozwoliła nam tego w pełni docenić. Jezioro Titicaca jest magiczne, ale my jedziemy już do La Paz, podobno najbrzydszej stolicy Ameryki Południowej. To się jeszcze okaże.   [-a.]

WIĘCEJ ZDJĘĆ – TUTAJ

WIĘCEJ ZDJĘĆ – TUTAJ