Archiwum | Czerwiec, 2011

Piekło-Niebo

22 Czer

Varanasi (Benares) to obowiązkowy przystanek na trasie każdego, kto zwiedza Indie. My nie mamy tym razem wystarczająco dużo czasu, żeby Indie zwiedzić tak, jak naprawdę byśmy chcieli, więc zmuszeni jesteśmy ograniczyć się do kilku miejsc, które po pierwsze wydają nam się potencjalnie najbardziej interesujące i reprezentatywne dla kraju, po drugie leżą mniej więcej po drodze, a po trzecie na które najzwyczajniej w świecie mamy jeszcze siłę. Wylądowaliśmy w Indiach w czasie największych upałów i muszę się przyznać, że to bardzo skutecznie zabija w nas chęć prawdziwego eksplorowania, wychodzenia poza utarte szlaki i ewentualnego kombinowania. Czyli idziemy po najmniejszej linii oporu, jeśli chodzi o wybór miejsc, które odwiedzamy. Wyszliśmy z założenia, że do Indii wrócimy i to pewnie nie raz, więc nic nam nie zaszkodzi, jak zaczniemy od tych bardziej uczęszczanych (czytaj: łatwiejszych). Pojechaliśmy więc do Varanasi, które, mimo że niezwykle turystyczne, nadal emanuje magią Indii: ich niezwykłą religijnością często graniczącą z szaleństwem (zresztą kto tak naprawdę potrafi je rozróżnić, albo kto ma do takiego rozróżniania prawo?)

Varanasi to jedno z najstarszych na świecie nieprzerwanie zamieszkanych miast i jedno z najświętszych miejsc w Indiach. Według hinduskiej tradycji, to tu właśnie najlepiej jest umrzeć. Śmierć w Varanasi zwalnia z obowiązku powtórnego narodzenia się czyli uwalnia od cierpienia. To miasto to cel pielgrzymek milionów, bo Ganges, rzeka-matka, obmywa z grzechów, inspiruje, uczy pokory. To tu, w Gangesie, najpierw obmywa się ciała zmarłych, by później nad jego brzegiem publicznie je spalić.

Wiedzieliśmy mniej więcej, czego się spodziewać, a i tak byliśmy pod wielkim wrażeniem. Stare miasto to labirynt niezwykle wąskich, częściowo zadaszonych uliczek, z sufitem splątanych kabli, po których bezustannie dokazują całe rodziny makaków. Uliczki są trochę klaustrofobiczne, bo nie dość że wąskie, to jeszcze niedorzecznie zapchane. Lokalnymi pielgrzymami, białymi turystami, żebrającymi dziećmi, sadhu (ascetami żyjącymi tylko jałmużną i medytacją), kalekami, wszelkiego rodzaju naganiaczami (hotelowymi, agencyjnymi, sklepowymi, narkotykowymi i wieloma innymi). Kozami, które, jak to kozy, zupełnie bez uprzedzeń pochłaniają całe góry wszędzie walających się śmieci. No i oczywiście słynnymi krowami, które przez nikogo nie niepokojone spokojnie i z całkiem zauważalną godnością leniwie przechadzają się wśród tłumów, pędzących w tym szaleństwie motocykli i sfor wszędzie drzemiących psów. Krowami, które na dowód swojego statusu, bezkarności i ogólnego dostojeństwa od niechcenia zostawiają za sobą olbrzymie śmierdzące placki. Na czymś w rodzaju parapetów przed wejściami do domów odpoczywają, handlują, rozmawiają, lub szykują się do umierania ludzie. Blaszane daszki i plątanina przewodów rzucają niesamowite cienie na ten magiczny świat wierzeń, rytuałów, syfu, smrodu i pozornego chaosu.

Po wielu zapytaniach o drogę w końcu udało nam się wydostać z tego labiryntu nad rzekę. Do słynnych ghatów, czyli schodów prowadzących do przystani. W Varanasi ghaty używane są przez kąpiących się pielgrzymów, przez modlących się do rzeki, przez tradycyjnie palących zwłoki. Nabrzeże pełne jest ludzi, którzy ściągają tu z całego świata, żeby dotknąć sacrum. Ja nie zbliżyłam się w Varanasi do oświecenia, ale mimo okropnego upału (ponad 40 C), starałam się otworzyć swoją głowę i serce i chociaż trochę zrozumieć ten odległy mi świat. Ciężko było. Na ghacie Manikarnika, największym ghacie kremacyjnym, z daleka ostrzeżono nas, że patrzeć możemy, ile chcemy, ale z szacunku dla rodzin zmarłych nie wolno nam robić żadnych zdjęć. Bez kwękania dostosowaliśmy się do zakazu, bo wydawał się bardzo logiczny. Wielkie było nasze rozczarowanie, a jeszcze większe zniesmaczenie, gdy za chwilę powiedziano nam, że właściwie to zdjęcia “no problem”, jeśli za tę możliwość najzwyczajniej w świecie zapłacimy. Czyli, szacunek wobec rodzin zmarłych schodzi na dalszy plan, jeśli w grę wchodzi kasa. I to od białych. Bo Hindusi (dodam, że niespokrewnieni ze zmarłymi) swoimi komórkami fotografują, ile wlezie.

Usiedliśmy na schodach hojnie upstrzonych krowim łajnem i oddaliśmy się obserwacji. Z malutkich zatłoczonych uliczek na górze co chwila wychodzą recytujące mantry miniprocesje, dzierżące na swych ramionach przystrojone nosze z zawiniętymi w jednokolorowe całuny zwłokami. Całkiem niepowoli schodzą nad rzekę, gdzie zdejmują dekoracje i powoli zanurzają ciało w wodzie, by duszę obmyć z wszelkich win. Potem układają takie ciało na uprzednio przygotowanym stosie drewna, a następnie przykrywają je ostateczną warstwą podpałki. Spod pni wystają tylko głowa (raz zawinięta, innym razem całkiem bezbronna w swojej nagości) i stopy. Stos posypywany jest proszkiem sandałowym, co nieco zabija zrozumiały w tej sytuacji odór. Najstarszy syn zmarłego, odziany w białe lunghi i białą chustę osłaniającą ramiona, trzymając w ręku płonącą wiązkę pięciokrotnie obchodzi stos dookoła, by w końcu własnoręcznie podłożyć pod niego ogień. Drewno szybko łapie płomień i po krótkiej chwili luźne do tej pory szaty zaczynają oblepiać ciało, nadając mu bardzo ludzki kształt. Najbardziej rzucają się w oczy stopy, które przeraźliwie sterczą, kłując w oczy konsekwentnie podkurczającymi się palcami. Zbyt drastycznie to opisuję? Takie właśnie jest Varanasi.

Tak widziałam to miasto oczami wyobraźni, zanim tu przyjechaliśmy. I takie właśnie jest. Tylko że nie tylko takie. To centrum religijne jest także wielkim centrum komercyjnym, z milionem stoisk, sklepików i krążących wszędzie jak sępy sprzedawców pływających świeczek, widokówek, farbek, kupowanych za gotówkę błogosławieństw w proszku, kolorowych napojów, bransoletek, kolczyków, owoców, narkotyków (Varanasi to miasto Shivy, czyli wszyscy palą gandzię i jedzą bhang, najwyraźniej tylko ja nie wiedziałam o tym, że Shiva był/jest(?) fanem tego typu używek) i wszystkiego czego dusza (a częściej ciało) zapragnie. Oprócz normalnego, czyli dobrowolnego trybu zakupów istnieje również tryb przymusowy czyli na tzw. chama. Polega to na nieopisanie nachalnym namawianiu turystów na przeróżne towary i usługi przez cwaniaczkowatych typów spod ciemnej gwiazdy. I choćbyś był nie wiem jak cierpliwy, jak np. Kuba, i tak po paru dniach będziesz tak wkurzony, że sam siebie zaskoczysz. I nie o to chodzi, że my akurat jesteśmy zepsuci, niewyrozumiali, czy wyzbyci empatii. Nie. Poziom ich zakłamania i kombinatorstwa połączony z brakiem jakichkolwiek skrupułów, refleksji i podstawowych manier może wyprowadzić z równowagi nawet świętego. Rozumiem, że to właśnie przez turystów taka sytuacja w ogóle powstała. Że wśród tych naprawdę biednych z niższych kast ( Tak, tak! Kasty mimo że oficjalnie potępiane, w rzeczywistości w wielu miejscach mają się świetnie.), że wśród tych biednych, nagabywanie i naciąganie białych (widzianych jako chodzące portfele) turystów jest najlepszym sposobem na zapewnienie sobie lepszego bytu. Rozumiem. Ale czy muszę się z tym godzić? Z tym, że 90% Hindusów, którzy do mnie podchodzą z wielkim uśmiechem pełnym pięknych białych zębów, to oszuści, kłamcy albo przynajmniej drobni naciągacze? Że w takim np. Varanasi prawie wszyscy chcą mnie po prostu okraść tylko i wyłącznie z powodu mojego koloru skóry?? Nie z nami takie numery i na szczęście udało nam się ominąć wszystkie non stop zastawiane na nas pułapki, ale nasza cierpliwość została poddana naprawdę poważnej próbie. I nie, nie wyszliśmy z niej zwycięsko. Varanasi to z jednej strony całe rzesze rozmodlonych Hindusów, a z drugiej grupki zachmurzonych białych, którzy na widok skierowanego w ich stronę uśmiechu białych zębów z irytacją zaczynają recytować: Nie, nie potrzebuję ani najtańszej na świecie łódki, ani najwyższej jakości jedwabiu z jedynego w mieście sklepu rządowego, ani najlepszego hotelu, bo mój właśnie się spalił, ani haszu z Manali, ani super-duper opium. I to przykry widok, bo biali z jednej strony dają lokalnym szansę na lepsze życie, a z drugiej, swoimi dobrymi chęciami, staraniami zrozumienia, przeżycia obcej kultury, jednocześnie wpływają na nią zmieniając (i to nie na lepsze) oblicze nawet tak świętego miasta jak Varanasi.

Czego jeszcze moja wyobraźnia nie przewidziała? Nie do końca zdawałam sobie sprawę z tak dalekiego nam, Europejczykom, pomieszania sacrum z profanum. Dla Hindusa jest to chleb powszedni i rzecz jak najbardziej naturalna. W trakcie kremacji, rodzina zmarłego ani nie wygłada na odświętnie ubraną, ani nawet nie zachowuje powagi. Zainteresowani gadają sobie w najlepsze, opierają się o barierki, a nawet żartują. Dosłownie metr od miejsca, gdzie ciała są myte, a niedopalone kości wrzucane do rzeki, w wodzie jak gdyby nigdy nic chłodzą się psy, od czasu do czasu wyławiając jakąś kostkę (lub dwie), by z zadowoleniem wyciągnąć ją na brzeg i ze smakiem obgryźć. Ze trzy metry dalej radośnie kąpią się dzieci, ze śmiechem parskając świętą wodą. Nieopodal modlą się zanurzeni do pasa pielgrzymi, raz po raz zamaczając w rzece głowę. Inni myją naczynia albo bawoły. Kilkadziesiąt metrów dalej łódka z przerażonymi (ale zachowującymi pozory opanowania i światowego obycia) turystami manewruje wokół nadętego jak balon ciała, które sobie spokojnie po rzece dryfuje, zanim ostatecznie osiądzie na przeciwległym brzegu Gangesu, gdzie najprawdopodobniej pochłoną je bezpańskie psy, które tylko na tę okazję czekają. (Ciał kobiet w ciąży, dzieci, samobójców, świętych i trędowatych nie pali się, tylko owinięte w płótna i przywiązane do ciężkiego kamienia często zawodnym sznurem, wrzuca do rzeki.)

No i kwestia tych nieszczęsnych kast. Oficjalnie nie mają one żadnego znaczenia, ale zwłoki tych z kast niższych pali się na dole, przy samej wodzie, a brahminów i innych wyższych kast na górze, przy samym odcisku stóp Vishnu. Przy obmywaniu ciał, składaniu ich na stosach, sprzątaniu niedopalonych kości pracują jednak tylko ci, których kiedyś nazywano nietykalnymi. I chociaż czasy, gdy musieli oni czołgać się tyłem, żeby zamiatać za sobą ziemię, na której potem mógł stanąć nieświadomowy niebezpieczeństwa “zanieczyszczenia” reprezentant wyższej kasty, już dawno minęły, to i tak ci “lepiej urodzeni” dalej patrzą na nich z góry i mówią o nich z niesmakiem. Co prawda ściszonym głosem, ale z pełnym przekonaniem, niejedna już osoba próbowała nam wytłumaczyć, że ci, co nas oszukują, traktują jak łatwy cel to niskie kasty, które nie mają żadnego kręgosłupa moralnego, systemu wartości, że brak im normalnych struktur rodzinnych i że to nie są “prawdziwi” Hindusi i im, tym wyżej urodzonym, za nich bardzo wstyd, ale takie już są Indie, że ludzie reprezentują sobie bardzo różne poziomy. Nie wiem, czy oszukiwali nas tylko nietykalni, ale fakt, że takie pojęcie nadal i tak mocno istnieje w świadomości publicznej bardzo nas zaniepokoił. Jeszcze nie udało mi się wziąć do ręki takiej gazety codziennej, w której  nie byłoby jakiejś historii o zabitej przez ojca córce, która uparła się, żeby poślubić kogoś spoza swojej kasty,wobec czego ojciec nie miał innego wyboru i dla zachowania honoru zamordował swoje własne dziecko. Serio. W kraju, który słynie ze swojego imponującego rozwoju gospodarczego, w którym klasa średnia jeździ dobrymi samochodami, pracuje w klimatyzowanych biurach, mówi płynnie po angielsku i do wielu funkcji życiowych używa I-phone’a, w tym samym kraju w wioskach zapomnianych i przez rząd w Dehli, i przez cały świat podziwiający wyniki gospodarcze tego azjatyckiego tygrysa, ludzie nadal żyją sobie według pradawnych praw i zwyczajów, czasem wręcz przerażająco niedotknięci postępem.

A w Varanasi wszystkie te światy się spotykają. Radykalni półnadzy asceci bezkompromisowo dążący do mokshy czyli wyzwolenia z cyklu narodzin i śmierci i typowi pielgrzymi klasy średniej, umiarkowanie religijni, ale zawsze przezorni, nawet w kwestiach duchowych. Biali turyści czasem trochę naiwnie szukający czegoś, czego być może brakuje im w ich własnych kulturach i żyjący na ghatach dawni nietykalni, wciąż funkcjonujący w dawnych społecznych schematach, ale jednocześnie próbujący jakoś te schematy przekraczać, rozmawiając z białymi, których podziały indyjskiego społeczeństwa nie dotyczą. Kwestie ducha i ciała, bezczasowość i doczesność, zasługi w niebie i zysk na ziemi, piękno wzniosłych rutuałów i śmierdząca brzydota otaczającej rzeczywistości. Wszystko to czyni Varanasi i piekłem, i niebiem. [-a.]

Więcej zdjęć – TUTAJ

Reklamy

A jednak do Indii…

16 Czer

Indii w ogóle nie było w naszych planach. Po Azji Południowo-Wschodniej zachciało nam się jednak choć na chwilę (ze względów i finansowych, i wytrzymałościowych) pojechać tam, gdzie to się wszystko zaczęło. Do źródeł tych kultur, które podziwialiśmy wcześniej gdzie indziej.

Indie. Dla kogoś, kto przyjeżdza tu po raz pierwszy, Indie wygladają jak plan filmowy. My wylądowaliśmy w Kalkucie i naszym pierwszym wrażeniem było to, że to nie może być naprawdę. Piękne kolonialne budynki (i w lepszym, i w gorszym stanie), a za rogiem piekło: cale rodziny biedaków mieszkające na ulicy pod zaimprowizowanymi daszkami razem z psami, kozami, świniami i małpami. Lśniące nowością i luksusem centra handlowe, a obok stosy śmieci na głównej ulicy, mielone dziobami wszechobecnych wielkich kruków. Piękne kościoły, zawodzące meczety, kolorowe świątynie hinduskie. Telewizja na światowym poziomie, z reklamami, teledyskami i reality shows przypominającymi te amerykańskie. Styl troszeczkę inny (stylu hinduskiego nie da się pomylić z żadnym innym), ale jakość naprawdę zaskakująca. Miliony samochodów, motorów, cyklo- i motoriksz stojących w takich korkach, jakich nie widziałam nigdzie na świecie. Nie ma żadnych zasad ruchu drogowego, po prostu każdy jedzie tak, żeby dojechać. Wietnam w porównaniu z Kalkutą to szczyt porządku na drodze. No i hałas. Wiadomo w końcu, że jak każdy jedzie, jak mu się podoba, to jedyną komunikacją między uczestnikami ruchu staje się klakson. I wierzcie mi, że komunikacja ta jest nieustanna i bardzo intensywna. Prawie jakby kierowcy opowiadali sobie cale historie. Po zabarykadowanych przeróżnymi namiotami chodnikach biegną ubrani w garnitury biznesmeni, suną niewidomi śpiewacy o powalających głosach, nieśmiało pomykają kobiety w wielokolorowych sari. W nielicznych zacienionych rogach ulicy ochoczo rozprawiają panowie w tradycyjnych białych muzułmańskich szatach i zafarbowanych na czerwono włosach i brodach (na wzór proroka Mahometa, który podobno też tak robił, co nie uchroniło go jednak od wszy (!)). Wszędzie ktoś coś gotuje. Albo momo, czyli tybetańskie pierożki z warzywami lub mięsem, albo typowe dla Bengalu zawijątka z jajkiem, ziemniakami, kurczakiem. Albo chinskie chow mein, czyli smażony makaron z dodatkami, albo dosy, typowe dla kuchni południowych Indii, cieniutkie naleśniki z nadzieniem. Na każdym rogu stoiska ze świeżymi sokami, shake’ami i lassi, czyli jogurtem z dodatkami. Mogłabym tak wymieniać do upadłego. Żebrają brudne dzieci, młode kobiety, niedomagające starowinki, kaleki. Szaleństwo i zawrót głowy.

Do Kalkuty przyjechaliśmy w historycznym momencie. Zachodni Bengal, którego Kalkuta jest stolicą, był nieprzerwanie od trzydziestu czterech lat rządzony przez partię komunistyczną. I to demokratycznie wybieraną. W tym roku ludzie po raz pierwszy zagłosowali inaczej. Szefem rządu stanowego (Chief Minister) została uwielbiana przez wszystkich działaczka opozycji, pieszczotliwie nazywana Didi. Jej osoba otaczana jest takim kultem, że aż zakrawa to na absurd. W dzień zaprzysiężenia jej rządu, mnóstwo ulic wokoło Writers’ Building, gdzie rząd ma swoją siedzibę, zostało całkowicie zablokowanych, między innymi przez fanów pani minister, którzy tak bardzo chcą okazać jej swoje poparcie i oddanie, że nie dają jej się ruszyć nawet na metr. Ciężko jej nawet wysiąść ze swojego skromnego, nietypowego dla elity rządzącej (co jest często podkreślane) samochodu. Przez pierwszy dzień pani minister była cierpliwa, ale już później krzyczała na swoich ochroniarzy, że czego ich uczą na tych kursach, skoro nawet ludzkiego łańcucha nie potrafią stworzyć. Potem krzyczała do zgromadzonych ludzi, że już ją zobaczyli, więc niech już sobie idą. Didi jest bardzo stanowcza, raczej się nie uśmiecha, ale wcale jej się nie dziwię. Oczekiwania wobec jej rządu są ogromne i trudno będzie im sprostać. Odziedziczyła stan, w którym praktycznie wszystko trzeba zreformować i wygląda na to, że zdaje sobie z tego sprawę. Według indyjskich mediów już w pierwszy dzień urzędowania (w sobotę!) od rana pracowała jak mróweczka, dając w ten sposób dobry przykład swojemu gabinetowi i społeczeństwu.

Indyjskie media to kolejny fascynujący aspekt tego kraju. Weźmy na przykład wiadomości w telewizji. Każda, nawet najmniej istotna, informacja podawana jest jako breaking news, pół ekranu miga w tym czasie w różnych kolorach, powoływani są rozliczni eksperci i w ogóle nie można się połapać o co chodzi. Mimo że program jest po angielsku, zajmuje mi chwilę, zanim orientuję się, co to za breaking news. Hindusi używają angielskiego na swój bardzo specyficzny sposób. Ich sformułowania, porównania i metafory dla ludzi z Zachodu brzmią prawie komicznie. Nagłówki i ogólny ton podawanych wiadomości bardziej przywodzą na myśl operę mydlaną niż rzeczowe przekazywanie informacji. Dramatyzm sięga niedorzecznego zenitu i czasami wydawało mi się, że prowadzący wiadomości zaraz wstaną i zaczną śpiewać i tańczyć. Jeszcze się nie doczekałam, ale nie tracę nadziei.

Sama Kalkuta, kiedyś stolica kolonialnych Indii, dziś intelektualna i kulturalna stolica kraju, pełna jest intrygujących miejsc, których zwiedzanie jest czystą przyjemnością. Nam chyba najbardziej przypadł do gustu wybudowany przy końcu XVIII w. Kościół Św. Jana. Spotkaliśmy tam Johna, bardzo rozmownego organistę, który specjalnie dla nas uruchomił oryginalne drewniane organy. Musiał się przy tym nieźle namęczyć, bo wiekowy instrument lubi niestety płatać figle i przy jego włączaniu często kopie prądem. Po dziesięciu minutach zmagań, w pustym kościele rozbrzmiała muzyka. I dźwięk tych ponad dwustuletnich organów był po prostu nie do opisania. [-a.]


Plaża

2 Czer

Muszę przyznać, ża mam trochę wyrzuty sumienia, że nie zagłębiliśmy się tak w rzeczywistość Tajlandii, jak innych zwiedzanych przez nas krajów. Zastanawiam się, czemu tak się stało. Może dlatego, że Tajlandię „robiliśmy” tak na raty, po trochu, jak byliśmy przejazdem do innych krajów. A może dlatego, że Tajlandia trochę sama się prosi o takie instrumentalne traktowanie.

To piękny kraj. Mający do zaoferowania tak wiele. Hipnotyzująca kolorami, widokami i atmosferą górzysta północ. Zupełnie nieturystyczne dżungle Issanu na północnym wschodzie kraju. Przyprawiający o zawrót głowy nowoczesny Bangkok. Przepiękne plaże wysp południa. I ludzie. Otwarci, pomocni, uśmiechnięci, ale rzadko nachalni. Dumni. Kochający swojego, ostatnio bardzo chorego, króla całym sercem. Tajlandia to kraj kontrastów, nierówności, niesamowitego rozwoju i ciągle istniejącej biedy. Biedni są tak biedni jak w innych krajach azjatyckich, a jednocześnie wszędzie są centra handlowe, kawa na wynos i całodobowe 7/11.

Nie zaznaliśmy jeszcze tajskiego życia plażowego, więc przyszedł czas i na to. Tę część zostawiliśmy na koniec Azji Południowo-Wschodniej. Chcieliśmy odpocząć, podopinać bloga, posnorklować, mentalnie przygotować się na Indie. Najpierw pojechaliśmy do Krabi, a stamtąd na plażę Hat Ton Sai po stronie andamańskiej, a później na drugą stronę, na wyspę Ko Pha Ngan. I rzeczywiście, tu jest naprawdę pięknie. To wszystko prawda, co piszą w folderach, przewodnikach, magazynach. Widzieliśmy stosunkowo niewiele, ale to wystarczy, żeby wyrobić sobie pogląd na temat wysp w Zatoce Tajskiej. Ko Pha Ngan, mimo mnogości resortów, hoteli, pensjonatów i oczywiście 7/11, jest po prostu przepiękną wyspą z przeróżnymi plażami, turkusową wodą, lasami palmowymi i bardzo stromymi drogami na całkiem nieźle zarysowanych górach. Znaleźliśmy resort na uboczu, w którym przez większość czasu byliśmy całkiem sami, a z racji tego, że jest poza sezonem, za cenę budżetowego hotelu trafił nam się superresort z basenem, piękną prywatną plażą i mnóstwem hamaków. I tak właśnie spędziliśmy cały błogi tydzień. Czytając na hamaku, pływając w basenie, trochę snorklując, jeżdżąc na motorze po wyspie i gadając z Daeng.

Daeng jest nieformalną zarządzającą resortem. Ma trzydzieści lat i jest przeuroczym ladyboy’em, pięknym człowiekiem o niefortunnej urodzie, ale sercu ze złota. Codziennie spędzaliśmy razem całe godziny rozmawiając o domu, świecie, turystach i Tajlandii. Daeng jest bardzo rozrywkową osobą, uwielbia imprezy i poznawanie nowych ludzi. Interesuje się wszystkim po trochu. Pochodzi z Issanu, z wioski na północnym wschodzie, gdzie białej twarzy nie uświadczysz i przez to Tajowie są tam prawdziwsi, bardziej szczerzy, niezmienieni. Daeng mówi świetnie po angielsku, siedem lat pracy w resorcie dla zachodnich turystów, tłumaczy z uśmiechem. Jednak najbardziej kocha swoje życie w tych miesiącach, kiedy nie musi pracować i wraca do domu, do rodziny. Tam mnie naprawdę kochają i nikt nic nie musi udawać. Uwielbialiśmy te rozmowy. Daeng ma bardzo wnikliwy umysł i niektóre jej przemyślenia  pozostaną z nami na zawsze. Jak opowiadała o  turystach, to nie mogla ukryć pobłażliwego uśmiechu. Przyjeżdża tu tylu ludzi i wielu z nich narzeka, że Tajlandia się bardzo zmieniła, że wszystko jest takie cywilizowane, ugrzecznione, coraz mniej tajskie. A ja ich wtedy prowadzę za rękę do lustra i mówię: Wiesz, kto zmienił Tajlandię? Ty! I inni tacy jak ty. Wszyscy ci, którzy przyjeżdżali do kiedyś dziewiczej Tajlandii i narzekali, że w domku nie ma gorącej wody, że plaża zbyt kamienista, żeby pływać, że nie można zjeść frytek.  To właśnie dla ciebie my, Tajowie, budujemy coraz ładniejsze, coraz bardzie zachodnie, bungalowy, z gorącą wodą, klimatyzacją, telewizorem. To dla Ciebie budujemy baseny prawie na plaży. Dla Ciebie uczymy się jak usmażyć hamburgera. A potem ty wracasz i mówisz nam, że Tajlandia się bardzo zmieniła. Masz rację. I to nasza wina. My, głupi Tajowie sami daliśmy się wciągnąć w tę grę. W tę gonitwę zaspokajania zachodnich potrzeb.  Za dolary i euro.

I coś w tym jest. Może dlatego Tajlandia nie złapała nas za serca. Mimo że nam się bardzo podobała. Mimo zagmatwanej polityki, pięknych krajobrazów, ogólnej różnorodności. Tajlandia po prostu zgadza się, żeby ją tak traktować.  I ja jej za to wcale nie winię. [-a.]