Archiwum | Tajlandia RSS feed for this section

We speak English! – część 1.

4 Kwi

Już ani bez domu, ani w drodze, ale przypomniało nam się coś, co planowaliśmy umieścić na blogu już od bardzo dawna. Dla tych, co w Azji już byli, małe zabawne przypomnienie. Dla tych, co jeszcze nie mieli okazji, mała lingwistyczna uczta. Smacznego! [-a.]

Reklamy

Plaża

2 Czer

Muszę przyznać, ża mam trochę wyrzuty sumienia, że nie zagłębiliśmy się tak w rzeczywistość Tajlandii, jak innych zwiedzanych przez nas krajów. Zastanawiam się, czemu tak się stało. Może dlatego, że Tajlandię „robiliśmy” tak na raty, po trochu, jak byliśmy przejazdem do innych krajów. A może dlatego, że Tajlandia trochę sama się prosi o takie instrumentalne traktowanie.

To piękny kraj. Mający do zaoferowania tak wiele. Hipnotyzująca kolorami, widokami i atmosferą górzysta północ. Zupełnie nieturystyczne dżungle Issanu na północnym wschodzie kraju. Przyprawiający o zawrót głowy nowoczesny Bangkok. Przepiękne plaże wysp południa. I ludzie. Otwarci, pomocni, uśmiechnięci, ale rzadko nachalni. Dumni. Kochający swojego, ostatnio bardzo chorego, króla całym sercem. Tajlandia to kraj kontrastów, nierówności, niesamowitego rozwoju i ciągle istniejącej biedy. Biedni są tak biedni jak w innych krajach azjatyckich, a jednocześnie wszędzie są centra handlowe, kawa na wynos i całodobowe 7/11.

Nie zaznaliśmy jeszcze tajskiego życia plażowego, więc przyszedł czas i na to. Tę część zostawiliśmy na koniec Azji Południowo-Wschodniej. Chcieliśmy odpocząć, podopinać bloga, posnorklować, mentalnie przygotować się na Indie. Najpierw pojechaliśmy do Krabi, a stamtąd na plażę Hat Ton Sai po stronie andamańskiej, a później na drugą stronę, na wyspę Ko Pha Ngan. I rzeczywiście, tu jest naprawdę pięknie. To wszystko prawda, co piszą w folderach, przewodnikach, magazynach. Widzieliśmy stosunkowo niewiele, ale to wystarczy, żeby wyrobić sobie pogląd na temat wysp w Zatoce Tajskiej. Ko Pha Ngan, mimo mnogości resortów, hoteli, pensjonatów i oczywiście 7/11, jest po prostu przepiękną wyspą z przeróżnymi plażami, turkusową wodą, lasami palmowymi i bardzo stromymi drogami na całkiem nieźle zarysowanych górach. Znaleźliśmy resort na uboczu, w którym przez większość czasu byliśmy całkiem sami, a z racji tego, że jest poza sezonem, za cenę budżetowego hotelu trafił nam się superresort z basenem, piękną prywatną plażą i mnóstwem hamaków. I tak właśnie spędziliśmy cały błogi tydzień. Czytając na hamaku, pływając w basenie, trochę snorklując, jeżdżąc na motorze po wyspie i gadając z Daeng.

Daeng jest nieformalną zarządzającą resortem. Ma trzydzieści lat i jest przeuroczym ladyboy’em, pięknym człowiekiem o niefortunnej urodzie, ale sercu ze złota. Codziennie spędzaliśmy razem całe godziny rozmawiając o domu, świecie, turystach i Tajlandii. Daeng jest bardzo rozrywkową osobą, uwielbia imprezy i poznawanie nowych ludzi. Interesuje się wszystkim po trochu. Pochodzi z Issanu, z wioski na północnym wschodzie, gdzie białej twarzy nie uświadczysz i przez to Tajowie są tam prawdziwsi, bardziej szczerzy, niezmienieni. Daeng mówi świetnie po angielsku, siedem lat pracy w resorcie dla zachodnich turystów, tłumaczy z uśmiechem. Jednak najbardziej kocha swoje życie w tych miesiącach, kiedy nie musi pracować i wraca do domu, do rodziny. Tam mnie naprawdę kochają i nikt nic nie musi udawać. Uwielbialiśmy te rozmowy. Daeng ma bardzo wnikliwy umysł i niektóre jej przemyślenia  pozostaną z nami na zawsze. Jak opowiadała o  turystach, to nie mogla ukryć pobłażliwego uśmiechu. Przyjeżdża tu tylu ludzi i wielu z nich narzeka, że Tajlandia się bardzo zmieniła, że wszystko jest takie cywilizowane, ugrzecznione, coraz mniej tajskie. A ja ich wtedy prowadzę za rękę do lustra i mówię: Wiesz, kto zmienił Tajlandię? Ty! I inni tacy jak ty. Wszyscy ci, którzy przyjeżdżali do kiedyś dziewiczej Tajlandii i narzekali, że w domku nie ma gorącej wody, że plaża zbyt kamienista, żeby pływać, że nie można zjeść frytek.  To właśnie dla ciebie my, Tajowie, budujemy coraz ładniejsze, coraz bardzie zachodnie, bungalowy, z gorącą wodą, klimatyzacją, telewizorem. To dla Ciebie budujemy baseny prawie na plaży. Dla Ciebie uczymy się jak usmażyć hamburgera. A potem ty wracasz i mówisz nam, że Tajlandia się bardzo zmieniła. Masz rację. I to nasza wina. My, głupi Tajowie sami daliśmy się wciągnąć w tę grę. W tę gonitwę zaspokajania zachodnich potrzeb.  Za dolary i euro.

I coś w tym jest. Może dlatego Tajlandia nie złapała nas za serca. Mimo że nam się bardzo podobała. Mimo zagmatwanej polityki, pięknych krajobrazów, ogólnej różnorodności. Tajlandia po prostu zgadza się, żeby ją tak traktować.  I ja jej za to wcale nie winię. [-a.]

I ♥ Bangkok

26 Maj


Surrealizm w Nong Khai

30 Kwi

W Wientianie, stolicy Laosu, jakoś się nie zakochaliśmy i raczej szybko przekroczyliśmy granicę z Tajlandią. Zatrzymaliśmy się  na dwa dni w przyjemnym miasteczku Nong Khai, gdzie czekając na pociąg do Bangkoku, natrafiliśmy w internecie na informację o niedalekim parku rzeźb.  Sala Kaew Ku to dzieło wygnanego z Laosu (gdzie wcześniej zbudował coś podobnego) artysty Luang Pu. Nie spodziewaliśmy się niczego specjalnego, ale surrealistyczne podejście do buddyjskiej symboliki całkiem nam się spodobało. [-k.]


Herbaciany luz

22 Mar

O północnej Tajlandii słyszeliśmy tyle dobrego, że postanowilismy sprawdzić, o co w tym wszystkim chodzi. Mówiono nam, że ta część królestwa jest zupełnie inna od jego reszty i że jej główną zaletą jest to, że w sumie to z Tajlandią ma niewiele wspólnego. Pojechaliśmy więc najpierw do malutkiego Tha Ton, które słynie tylko z tego, że można stamtąd wziąć łódkę do samego Chiang Rai. Nie spodziewaliśmy się niczego wyjątkowego i czekała nas bardzo miła niespodzianka. Tha Ton jest ślicznym miasteczkiem położonym w górach w zakolu rzeki Mae Nam Kok. Nie brakuje tu ani guesthousów, ani restauracji, ale my akurat trafiliśmy na sezon ogórkowy i dzięki temu mogliśmy naprawdę nacieszyć się tym uroczym miejscem. Znaleźliśmy przytulny bungalow, z którego w ogóle nie chciało nam się ruszać. Chodziliśmy na spacery po okolicy i nie mogliśmy się nią nacieszyć. Odwiedziliśmy Wat Tha Ton położony na zboczu góry. Wspięliśmy się na jej wszystkie dziewięć poziomów, na każdym odkrywając coś nowego: świątynie, posągi, skromne mini domki mnichów szukających odosobnienia, no i przede wszystkim niesamowite widoki na górzyste doliny aż po Birmę. Wieczorem wałęsaliśmy się razem z okolicznymi psami po wyludniowych ulicach i chłonęliśmy atmosferę miejsca. Gdyby czas nas nie gonił zostalibyśmy tam dużo dłużej. Ciężko się wyjeżdżało.

Szybko zapomnieliśmy o smutku, gdy zobaczyliśmy jak niesamowita jest trasa do naszego następnego przystanku, Mae Salong.  Dwugodzinna droga w zatłoczonym lokalnymi wieśniaczkami sorng taa ou (pikapie przerobionym na niby-autobus) prowadziła przez przepiękne góry i co zakręt widoki zapierały nam dech w piersiach. Mae Salong to miasteczko zamieszkałe w większości przez Chińczyków, głównie rodziny i potomków zbiegłych tu oddziałów chińskiego ruchu nacjonalistycznego, którzy po rewolucji chińskiej w 1949 najpierw uciekli do Birmy, by w końcu osiedlić się w górach Tajlandii. Miejscowość stawia na turystykę oraz uprawę herbaty, kawy, kukurydzy oraz drzew owocowych, po tym jak rząd ostatecznie ukrócił kwitnący tu kiedyś proceder uprawy i handlu opium.

Pierwszy dzień poświęciliśmy głównie na robienie zaległego prania, planowanie dalszych przystanków i ogólne lenistwo. Za to na drugi dzień wstaliśmy bardzo wcześnie i w pośpiechu udaliśmy się na pobliski rynek. Ściągają na niego kobiety z plemienia Akha, żyjące w górach i nadal ubierające się w swoje piękne tradycyjne stroje. Zafascynowani przemykaliśmy między nimi próbując bez wprawiania ich (i siebie) w zakłopotanie zrobić jakieś zdjęcie. Zjedliśmy typowe dla tych okolic śniadanie składające się ze smażonych w głębokim tłuszczu drożdżowych bułek i szklanki gorącego mleka sojowego. Posileni, wynajęliśmy motor i przez cały dzień jeździliśmy po górach i okolicznych wioskach. Było stromo, a nasz motor miał taką moc  (a raczej niemoc), że kilka razy musiałam zsiadac, żebyśmy w ogóle gdzieś dojechali. Warto było. Góry w tym rejonie pokrywa niesamowicie wyglądający patchwork różnych upraw i nielicznych zabudowań. W drodze powrotnej nie mogliśmy się oprzeć pokusie, żeby w tę kompozycję nie wejść i w niej nie posiedzieć. Przez dwie godziny byliśmy maleńką (i raczej nie pasującą) cząstką tego krajobrazu i nawet nie potrzebowaliśmy gadać, żeby się tym cieszyć. Siedzieliśmy sobie między krzakami herbaty i patrząc przed siebie głupawo się uśmiechaliśmy. [-a.]

Ulicami Chiang Mai

18 Mar

Dżungle Isanu

18 Mar

Na początek Tajlandii wybraliśmy nieco mniej popularny wśród turystów Isan, czyli północno-wschodnią część kraju. To co nas tam przyciągnęło to dwa parki narodowe Khao Yai i Nam Nao. Byliśmy też w Khon Kaen, Khorat i Pak Chong. Miastom tym kompletnie brakowało charakteru, dla nas pozostaną więc tylko kolejnymi punktami na mapie.

Tajlandia w porównaniu do sąsiadów jest mocno rozwiniętym krajem i podróżowanie po niej jest naprawde proste. Od samej granicy do pierwszego parku dotarliśmy bardzo łatwo, na dwie przesiadki pod drodze nie czekaliśmy prawie wcale. Dworce są dobrze oznakowane z różnymi klasami autobusów, częstymi kursami i ustalonymi, wydrukowanymi cenami. Dodatkowo Tajlandia posiada kilka linii pociągów, tanie linie lotnicze i świetną infrastukturę dla odwiedzających popularniejsze miejsca.

Pierwszy z parków na naszej trasie, Khao Yai, to najstarszy i drugi największy park narodowy Tajlandii. Jego teren to głównie porośnięte dżunglą góry z dzikimi małpami, słoniami, kilkunastoma jeszcze dzikimi (trzymającymi się z dala od ludzi) tygrysami i znalezionymi niedawno krokodylami. Dzień w parku spędziliśmy na dwóch małych trekach. Pierwszy 3,5-godzinny z przewodnikiem (z obowiązkową maczetą) zawiódł nas do wodospadu, z którego podobno Leonardo Di Caprio skakał w filmie „Niebiańska Plaża”. Niestety my odwiedziliśmy go w porze suchej, co oznaczało bardzo mało wody (i złamany kark Leo, gdyby spróbował teraz), ale miejsce i tak było imponujące. Drugi szlak, nieco krótszy, pokonaliśmy sami. Po drodze, w środku dżungli spotkaliśmy duże stado makaków szalejących na drzewach nad naszymi głowami. Trafiliśmy też na niesamowite show setek wielkich, kolorowych motyli przysiadających na dnie na wpół-suchej teraz rzeki. Powiedziano nam, że potrzebują soli zawartej w moczu większych zwierząt i dlatego w tak wielkich grupach zbierają się w miejscach, w których zwierzęta przychodzą do wodopoju. Doszliśmy też do tego fragmentu rzeki, gdzie rzekomo żerują krokodyle. Niestety (a może stety) nie było nam dane ich zobaczyć.

Drugi park, czyli Nam Nao, także oczarował nas od pierwszych kroków. Niestety po przejściu niecałego kilometra dopadła nas ulewa i to nie byle jaka, bo tropikalna. Zupełnie przemoknięci dobiegliśmy do biura parku. Tam rozebraliliśmy się, ile mogliśmy, rozwiesiliśmy nasze ciuchy i czekaliśmy na lepszą pogodę. Przerw w deszczu było niewiele i zaczęło się robić późno, więć poddaliśmy się i ruszyliśmy na główną drogę w celu zatrzymania jednego z ostatnich autobusów do miasta. I tutaj niemiła niespodzianka. Na drodze spędziliśmy 2,5 godziny i żaden autobus nawet nas nie minął. Byliśmy w środku olbrzymiego lasu, 80km od miasta i na dodatek zaczęło się robić ciemno, więc nie wyglądało to za fajnie.  I tu dopisało nam szczęście. Najpierw dwóch młodych Tajów podwiozło nas na pace do granicy parku, a potem strażnik parku bez pytania załatwił nam kolejnego stopa. Byliśmy w lekkim szoku wsiadając do wielkiego luksusowego samochodu, w którym starsza para oznajmiła nam, że jedzie do tego miasta, gdzie my i bez problemu nas tam zabierze. Nasi wybawcy okazali się niezwykle mili, niestety ich angielski był bardzo ograniczony i ich usilne próby porozumienia się były dla nas dość ciężkie (i komiczne). Brakowało im słowa, więc po naradzie spytali „Breakfast, lunch and… ?”. „Dinner!” – odpowiedzieliśmy zgodnie. ”Dinner!” – wykrzyknęli uradowani i zanim się obejrzeliśmy staliśmy przed restauracją. Zabrali nas do niej na wielką, wielodaniową kolację, za która zresztą uparli się zapłacić. Byliśmy już całkiem oszołomieni. Po ciężkich przeprawach językowych ze słowniczkiem, z ich dziećmi pomagającymi im telefonicznie i ich uroczą zaciętością, wytłumaczyli nam że on jest kimś w stylu naszego wojewody jednej z prowincji Tajlandii, a dodatkowo razem z żoną prowadzą farmę pieczarek i właściwie są monopolistami na całą północną Tajlandię, a grzybki, które jemy w jednym z dań z pewnością są ich produktem. Ot, taka niespodziewana wycieczka z VIP-ami. Po kolacji zostaliśmy odwiezieni pod same drzwi hotelu, który mimo ich nieznajomości miasta, odnaleźli z telefoniczą pomocą jednego z asystentów. Dodatkowo zaproponowali zawiezienie nas następnego dnia do kolejnego miasta (bo akurat ten cel pokrywał się z ich planami). Nie chcąc nadużywąc uprzejmości wycofaliśmy się z tej oferty, poza tym mimo najszczerszych chęci bariera językowa była mocno niezręczna. Podsumowując, pogoda położyła nasz plan na Nam Nao, ale za to powrót był w pięknym stylu. [-k.]