Archiwum | Kwiecień, 2011

Surrealizm w Nong Khai

30 Kwi

W Wientianie, stolicy Laosu, jakoś się nie zakochaliśmy i raczej szybko przekroczyliśmy granicę z Tajlandią. Zatrzymaliśmy się  na dwa dni w przyjemnym miasteczku Nong Khai, gdzie czekając na pociąg do Bangkoku, natrafiliśmy w internecie na informację o niedalekim parku rzeźb.  Sala Kaew Ku to dzieło wygnanego z Laosu (gdzie wcześniej zbudował coś podobnego) artysty Luang Pu. Nie spodziewaliśmy się niczego specjalnego, ale surrealistyczne podejście do buddyjskiej symboliki całkiem nam się spodobało. [-k.]


Reklamy

Kolejka do huśtawek

28 Kwi

Kiedy planowaliśmy naszą podróż po Laosie, do Vang Vieng postanowiliśmy nie przyjeżdzać wcale. Jednak skuszeni obietnicą ciekawych okolic i może trochę jednak ciekawi słynnego, a dla niektórych jedynego (!), przystanku w tym kraju zatrzymaliśmy się tu w drodze z Luang Prabang do stolicy Laosu, Wientianu. Pierwszego poranka w recepcji hotelu przywitala nas taka rozmowa dwóch młodych Brytyjek ze swoim kolegą:

–          Słuchaj, musimy chyba pojechać do tego… yyy…  Wientianu.

–          Tak, a gdzie to jest?

–          No… Chyba w Laosie…

Tak, musieliśmy dotrzeć we właściwe miejsce – pomyślałem. To musi być Vang Vieng.

Niegdyś cicha osada, dziś azjatycka mekka backpackerów. To ta strona sceny, która w tej podróży średnio nas interesuje. W skrócie cała zabawa polega na upijaniu sie w opór, odurzaniu się happy shake’ami lub happy pizzą (składnik happy to grzybki, opium lub marihuana do wyboru), oglądaniu odtwarzanych w kółko od lat odcinków Przyjaciół i Family Guy’a  na leżankach w licznych wideobarach, i potem (to główna atrakcja Vang Vieng), spływaniu w ogólnym zamroczeniu na rzece Nam Song na nadmuchanych dętkach z opon traktorów. Przystankami co kilkadziesiąt metrów są skonstruowane z bambusa przyrzeczne bary serwujące m.in. whisky na wiaderka (!) i posiadające wymyślne konstrukcje od wielkich huśtawek, przez zjeżdzalnie po zip-line’y – których finał to zawsze wielki plusk w rzece.  Każde miejsce ma wielkie głośniki i każde oczywiście serwuje swoją muzykę, więc momentami zlewa się to w jeden wielki chaotyczny łomot. Uczestnicy zabawy to głównie bardzo młodzi ludzie (tacy, których rzadko spotykamy gdzie indziej po drodze)  i w przeważającej cześci Brytyjczycy i Australijczycy. Pewnie nawet byśmy się skusili na te wodne zabawy (jeszcze łatwiej gdybyśmy mieli znów te 20 lat), ale całe miejsce to trochę taki dziwny cyrk. Tłumy rozgolaszonych młodych turystów w szortach i bikini, pijanych i obowiązkowo wymazanych od góry do dołu w różne mniej lub bardziej wulgarne rysunki i napisy przechadzają się po ulicach miasteczka wśród mieszkańców, przy których takie skąpe ubranie (nie mówiąc o stanie i zachowaniu imprezowiczów) po prostu nie przystoi. Trochę przykro, że nikt nie wie do końca gdzie jest, chociaż każdy przewodnik nawołuje do zakrywania ciała w tym bądź co bądź konserwatywnym kraju.  Oczywiście chodzi o pieniądze, więc lokalni są zadowoleni,  że biali przyjeżdżają i u nich swoje pieniądze zostawiają, ale ich opinię o cudzoziemcach można sobie tylko wyobrazić.

Poza obserwacją tej groteski  był jednak inny powód, dla którego warto było tu przyjechać. Okolice Vang Vieng to tereny usiane górami wapiennymi, licznymi jaskiniami i sielskimi wioskami. Całodzienna wyprawa rowerowa (bolesna zresztą dla naszych siedzeń) odkryła przed nami jedne z najpiękniejszych plenerów jakie zobaczyliśmy w Laosie… [-k.]

Spacery po Luang Prabang

27 Kwi

Niezwykła pomysłowość laotańskich komunistów

1 Kwi

Mimo wyjątkowo ponurej pogody (tak zimno i mokro, że nawet lokalni wydawali się zdezorientowani) uparliśmy się, że słynnych jaskiń Pathet Lao sobie nie odpuścimy. Droga do położonego obok Vieng Xai Sam Neua była drogą przez mękę, zajęła nam dwa dni w najgorszym deszczu na pokładzie zupełnie rozklekotanych autobusów  z pootwieranymi na oścież oknami (bo oni tutaj wolą ubrać kurtkę zimową z futerkiem niż po prostu zlikwidować źródło zimna czyt. zamknąć okno). Wynik był taki, że jak już w końcu dojechaliśmy w te odległe regiony, zmuszeni byliśmy położyć się do łóżka na dwa dni i przed zwiedzaniem czegokolwiek odchorować swoje.

Vieng Xai to obecnie senne miasteczko o populacji liczącej zaledwie 3000 ludzi, ale kiedyś, w 1964 roku, było to centrum dowodzenia laotańskiej komunistycznej partyzantki Pathet Lao. Właśnie wtedy Amerykanie, chcąc w ten sposób zatrzymać rozprzestrzeniający się w Azji Południowo-Wschodniej komunizm, rozpoczęli sekretne bombardowania Laosu. W ukryciu, nie przyznając się do tego nawet przed własnymi obywatelami, przez 9 lat zrzucali na Laos bomby. I to właśnie okolice Vieng Xai najbardziej ucierpiały. Na Laos zrzucono ponad 2 mln ton bomb, czyli więcej niż na całą Europę w trakcie II Wojny Światowej. Żeby uchronić siebie i swoich przywódców przed niechybną zagładą, ponad 20 tys. ludzi przeniosło się do okolicznych jaskiń. Vieng Xai było idealną lokalizacją. Nie dość że usytuowane jest na małej równinie pomiędzy górami, to jeszcze są to góry wapienne z tysiącami jaskiń, które przy wspólnym wysiłku można było odpowiednio zagospodarować, poszerzyć i wzmocnić. W środku zorganizowano całe życie społeczne. Szkoły, szpitale, sale zgromadzeń, prywatne rezydencje i instytucje publiczne. Teatr i ministerstwa. Stacja radiowa i centrala telefoniczna. Koszary i działa przeciwlotnicze. Kuchnie ze względu na wentylację improwizowano na zewnątrz, a gotowano w nich tylko w nocy, bo nawet najmniejsza aktywność na ziemi mogła sprowokować dodatkowe naloty. Każdy z przywódców ruchu rewolucyjnego zajmował swoją jaskinię. Po roku 1974, gdy naloty w końcu ustały,  głównodowodzący zbudowali sobie domy przed tymi własnie jaskiniami i tam się przenieśli wraz z rodzinami. Od stosunkowo niedawna 7 z dwustu jaskiń mogą zwiedzać turyści. Odwiedziliśmy więc te, w których żyli i z których dowodzili liderzy Pathet Lao. Niesamowite przeżycie. [-a.]