Tag Archives: woda

Wooodaaaaaaaaa!

17 Sty

Ciężko się fotografuje wodospady. Mogą powstać ładne obrazki, ale tak naprawdę chodzi o to audio-wizualne widowisko, którego nie da się oddać nawet za pomocą wyszukanych narzędzi. Te na rzece Iguazu to zjawisko niesamowite. Zapraszam do galerii. [-k.]

WIĘCEJ ZDJĘĆ – TUTAJ

WIĘCEJ ZDJĘĆ – TUTAJ

Reklamy

W strugach noworocznych błogosławieństw

12 Maj

Myślę, że do Mandalaju w ogóle byśmy nie pojechali, gdyby nie to, że po pierwsze miasto jest bazą do pojechania gdziekolwiek indziej na północy kraju, a po drugie to tu właśnie Nowy Rok obchodzi się najhuczniej. Bardzo chcieliśmy to zobaczyć.

Domyślam się, że nie należałam do wyjątków kojarząc nazwę  Mandalaj z czymś bardzo egzotycznym i niezwykle starym. Okazuje się, że był to dowód tylko i wyłącznie mojej ignorancji. Jak to napisał Thant Myint-U w swojej książce The River of Lost Footsteps, Mandalaj założono mniej więcej w tym samej czasie, co pierwszy sklep Macy’s na Manhattanie. Była to ostatnia królewska stolica, jednak po pierwsze nie za długo, po drugie teraz nie ma tu już prawie nic starego. Jak dla mnie miastu brakuje jakiegokolwiek klimatu.

Typową atrakcją są jedniodniowe wycieczki do antycznych stolic imperium, które znajdują się bardzo niedaleko Mandalaju. Ostatnio zatopiona w historii Birmy nie mogłam się do czekać aż zobaczę np. to, co zostało z Avy, najważniejszej stolicy birmańskiej, która była nią 400 lat i to w czasie, gdy Birma była praktycznie niepokonana. Rozczarowanie moje było wielkie. Oprócz marnej przechylonej wieży z pałacu jednego z ważnych królów, po stolicy nie pozostało prawie nic. Wszystko zarosło trawą, ludzie uprawiają swoje ziemie i żyją w tej skromnej wiosce jak w każdej innej. No może oprócz turystów, którzy przyjeżdżają z entuzjazmem oglądać to wielkie nic. Byliśmy też w Sagaing,weszliśmy na słynne wzgórze, z którego rozciąga się widok na setki okolicznych świątyń i klasztorów. Było mi przykro, że nie potrafię docenić ogromu poświęcenia i wiary, jakie zostały włożone w te przedsięwzięcia. Jedyne, co przychodziło mi do głowy, to po co im tyle świątyń, do jasnej cholery. Jedna na drugiej, wielkie, często pokryte złotem. Nawet nie starczy im wiernych, żeby je zapełnić. Ale może po prostu, jak pisałam wcześniej, ja nie jestem tego w stanie pojąć. Z drugiej strony, wydaje się, że ta gigantomania nie dotyczy tylko buddyzmu. No, ale nieważne, odbiegłam od tematu. Pojechaliśmy również do przedostatniej stolicy, Amarapury, i tam również nic nie zostało z miasta. Jedynie słynny most U-Bein. Robiłby dużo większe wrażenie w porze deszczowej, kiedy w jeziorze Taungthaman jest więcej wody. Ale i tak most był najbardziej interesującym punktem naszej wycieczki po okolicach. Usiedliśmy pod samotnym drzewem na boku i obserwowaliśmy jak lokalna młodzież łowi ryby w swoje longyi, potem je sortuje według wielkości i sprzedaje okolicznym garkuchniom, oglądaliśmy w niedowierzaniem pasterzy (?) kaczek, którzy dosłownie wyprowadzali swoje kaczki na wybiego-spacer po jeziorze. Nie do końca rozumieliśmy, o co w tym wszystkim chodzi, ale bardzo podobało nam się to, co widzieliśmy. Potem zaczęło zachodzić słońce i na osławionym stusiedemdziesięcioletnim moście z drzewa tekowego pojawili się pierwsi wieśniacy, mnisi i mniszki, dzieci wracające do domów w wioskach. Było spokojnie, pięknie, nie historycznie, jak się spodziewałam, ale zupełnie współcześnie, zupełnie “teraz”. Może i właśnie dlatego tak nam się podobało.

No i nadszedł pierwszy dzień festiwalu.  W Birmie, Kambodży, Laosie, Tajlandii i w chińskim Yunnanie Nowy Rok obchodzi się podobnie. Zakończenie starego i nadejście nowego świętuje się przez cztery dni około połowy kwietnia mówiąc w skrócie wylewając na siebie nawzajem wiadra wody.  W celu oczywiście całkowitego oczyszczenia i błogosławieństwa. Taki polski wiejski Śmigus Dyngus, tylko że obchodzony przez cztery dni i z wielką pompą (dosłownie i w przenośni). W miastach ustawiane są mniejsze lub większe sceny, z których po pierwsze leci głośna muzyka, po drugie leci duuuużo wody. Ze szlauchów, pomp, wiader, wszelkiej maści pistoletów i karabinów i ze wszystkiego, z czego wodę lać się da.

W Mandalaju szaleństwo festiwalu sięga zenitu. Sceny poustawiane są w regularnych odstępach wzdłuż głównej ulicy obok Pałacu Królewskiego. Każda scena sponsorowana jest przez inną firmę (producentów whisky, olejów samochodowych itp.) i to właśnie dzięki wsparciu tych firm każda scena wyposażona jest w potężne pompy wodne i niezliczoną ilość tryskających wodą węży i wężyków. Szczęśliwcy, którym uda się dostać na scenę mają istotną przewagę na tymi, co bawią się na dole. Na dole natomiast powoli przesuwa się rząd lokalnie składanych dżipów a’la wrangler i motorów, na których stoją, leżą, tańczą, śpiewają i radują się ludzie. Wszystko to w rytm bardzo głośnej zachodniej muzyki, Eminema, Akona czy bardziej house’owych kawałków, w której birmańska młodzież doskonale się odnajduje. Tańczą wyzywająco, chłopcy mają dowodzące sporej kreatywności makijaże na twarzach, cieszą się każdym wiadrem wylanym na ich głowy. Lokalna whisky Grand Royal także leje się strumieniami. Przez chwilę nie możemy uwierzyć, że znajdujemy się w Birmie, tym od lat uciskanym kraju, kraju reżimu, szpiegów, wszechmocnego i wszechobecnego wojska. Tutaj nie ma barów czy klubów jako takich. Water Festival to okazja do wyzwolenia, do ekspresji. Co prawda i w tym roku rząd ogłosił, że kategorycznie zabrania się niestosownych ubiorów w trakcie święta, pod groźbą kary nawet więzienia, ale  co to naprawdę znaczy? Kto potrafi rzeczywiście nakreślić taką granicę? Kilkunastoletni chłopcy, których widzieliśmy są bardzo seksualni, tańczą całymi sobą, tak jakby chcieli w końcu wypluć z siebie swoje zdanie. Tak jakby za wszelką cenę chcieli pokazać siebie, to, co na co dzień są zmuszeni ukrywać. Kobiety w tym tradycyjnym kraju bawią się dużo spokojniej, wstydliwiej, ale też się śmieją na głos, a dopuszczone do węża dają się ponieść emocjom. My też daliśmy się ponieść fali. Jako jedyni przy tej scenie biali od razu zostaliśmy na nią zaproszeni i poprowadzeni tylnym wejściem (przez ochroniarza w płaszczu przeciwdeszczowym z logiem sponsora) na sam przód. Do rąk wręczono nam największy z możliwych szlauch i zaczęło się. Tańczyliśmy jak głupi wzbudzając powszechny zachwyt i wielkie poruszenie. Strumieniem wody zwalaliśmy z motorów i masek samochodów całe rzesze bardzo z tego zadowolonych ludzi. Wszyscy na nas patrzyli, posyłali nam buziaki, prosili, żeby ich porządnie polać. Trochę to było dla nas niepojęte, bo nie wyglądało na przyjemne, ale ich życzeniom czyniliśmy zadość bez ociągania. Było niesamowicie. Intensywnie, dziko i baaaardzo mokro. A to dopiero pierwszy dzień. Jeszcze trzy w potokach wody, ale w zupełnie innych okolicznościach. [-a.]