Tag Archives: pociąg

Nie laptopy, a sam element

14 Wrz

Po kilku tygodniach odpoczynku w Szczecinie, ruszyliśmy dalej, do Lublina. Przed Azją perspektywa siedzenia w pociągu przez dziewięć godzin była co najmniej dołująca, ale teraz każda podróż poniżej dwudziestu godzin nie wzbudza u nas większych emocji. Ot, trzeba jakoś przecierpieć i tyle. Pomaga dobre zaopatrzenie w postaci książki lub/i ulubionej muzyki na ulubionym nośniku. No i, cokolwiek się dzieje, nie warto się denerwować. Naprawdę niewiele to zmienia.

Będąc w Polsce większość czasu spędzamy dość stacjonarnie, stąd nie bardzo jest o czym pisać. Dlatego jak już gdzieś się wybierzemy, to Opatrzność dba o to, żebyśmy się nie nudzili. Tak było i tym razem.

Pociąg relacji Świnoujście – Lublin wjeżdża na peron w Szczecinie w miarę punktualnie. Jest piątek, pogoda zapowiada się wspaniale – do pociągu pakują się tłumy. Ludzie kulturalnie (piszę to zupełnie bez ironii) pchają się do środka, zajmują miejsca, moszczą swoje siatki i siateczki (Swoją drogą ktoś powinien jakoś bardziej naukowo zająć się zagadnieniem bliskich relacji Polak-reklamówka). My też musimy gdzieś się przytulić. Na końcu wagonu zauważamy przedział z zasłoniętymi firankami. Stary trik, tu na pewno są miejsca. Przedzieramy się przez przeszkody (zasunięte drzwi, szczelnie otulone zasłonkami pierwszej czystości) i z tym typowym dla tej sytuacji uczuciem bycia niemile widzianym, wręcz niechcianym, pytamy, czy znajdą się jeszcze dwa miejsca (Wiadomo, że się znajdą, bo przecież są tam tylko trzy osoby, ale z drugiej strony może ktoś gdzieś poszedł za jakąś potrzebą, czy to fizjologiczną, kulinarną czy też bardziej towarzyską? Lepiej się upewnić, poza tym zawsze to jakoś lepiej wygląda jak się zapytamy o coś, o co normalnie tak naprawdę pytać nie trzeba). Miejsca są. Po wstępnej, dość pobieżnej obserwacji współpasażerów, siadamy. Wraz z nami podróżują dwie nastolatki, porozumiewające się między sobą zaskakująco ładną polszczyzną, rozprawiające o wystawianym przez nie szkolnym przedstawieniu i wycieczkach po górach. Wstyd się przyznać, ale miło mi się je podsłuchuje. Przywodzą mi na myśl harcerki – swoją trochę anachronicznością, niewinnością. Mają po piętnaście lat, są pewne siebie, ale kulturalne, są dziewczęce, ale nie wyzywające. Są sobą, są obciachowe, jak dla mnie są piękne. Taka korpulentna młodzieńcza naiwność. Rzadkość w dzisiejszych czasach. Z drugiej strony siedzi nerwowo kręcący się łysy facet. Widać, że już się męczy, choć pociąg jeszcze nawet nie ruszył. Coś by zrobił, zmajstrował, ale nie wie za bardzo ani co, ani jak, ani, co najgorsze, z kim. Bacznie przygląda się harcerkom, nawet nie próbując ukrywać swojego zainteresowania ich krągłościami. Siedzi naprzeciwko Kuby. Po kilkusekundowej analizo-ocenie jego koszulki (stary T-shirt z jakiegoś hiphopowego koncertu), rezolutnie pyta: A wy to też od tego Owsiaka wracacie? Bo tam też takie koszulki właśnie mieli! Skojarzenie faktów zajmuje nam chwilę, ale zaraz zaskakujemy, że chodzi o odbywający się w pobliżu przystanek Woodstock. Nie, nie byliśmy, to z innej imprezy. Próbujemy wrócić do lektury, ale nie jest to takie proste, bo komuś najwyraźniej bardzo się nudzi. To widzę, że obydwoje lubicie czytać. Ja to nie bardzo, nigdy w życiu książki nie przeczytałem. I żyję. No nie da się ukryć, rzeczywiście żyje. Udajemy, że czytamy. Ale się nawaliłem. I wczoraj, i przedwczoraj. Właściwie to już cztery dni, na wesele jadę. Znowu się nawalę. A co. Moja nic mi nie powie, bo ja jej wszystko dałem. Dom, kasę – na gotowe przyszła. Robić nie musi. Czego robić? No robić, w ogóle nie musi robić. Dzieciakami się zajmuje. A wy dzieciaki macie? Nie, jeszcze nie. Ooo, to nie ma na co czekać. Bez dzieciaków życie nic nie warte. Jak wracam do domu narąbany, to dzieciak i kapcie, i pilota mi przyniesie. Trzeba sobie wychować. Harcerki chichoczą, pociąg mknie przez piękne polskie pola. Robi się gorąco, a na każdej stacji wsiada milion ludzi. U nas zasłonięte, mało kto się odważy wtargnąć w taki odgrodzony świat. Jedziemy, w tym samym przedziale, a każdy w innym świecie. My czytamy, dziewczyny “sudokują”. Gawędziarz raz po raz próbuje coś zażartować, jakoś zagadnąć, skomentować rzeczywistość (O, pociąg przejechał. /Stajemy./Jedziemy./Dużo ludzi wsiada./Coś bym się napił. itd.). Mało kto reaguje, więc zaczepianie jest coraz rzadsze, ale nigdy nie ustępuje. Po kilku godzinach pociąg staje. W szczerym polu. Ludzie z zaciekawieniem wystawiają przez okna głowy. Nikt nie wie, co się dzieje, ale słońce świeci, więc wszyscy w dobrych humorach. Jak w kraju przez 65% dni w roku niebo jest zachmurzone, to trzeba docenić każdy promyk. Po kilkunastu minutach z głośnika pada trzeszczący komunikat: Opóźnienie 60 minut. I, jak wiadomo, może ulec zmianie. Po pociągu przechodzi pomruko-westchnienie i wszyscy wylegają na pole. Co tu w duchocie siedzieć, jak taka piękna pogoda, w dodatku jesteśmy w naprawdę urokliwym miejscu. Na tym etapie nastroje są znakomite. Żartom nie ma końca. Ludzie dobierają się w grupy i wychodzi na to, że reprezentacja naszego wagonu jest najaktywniejsza. Gawędziarz dokazuje, szybko znajduje sobie asystenta i razem rozkręcają towarzystwo. To i może jakaś butelczyna się znajdzie… – nieśmiało sugeruje starsza pani (Wnosząc po imponującej opaleniźnie, powracająca z urlopu nad morzem, a biorąc pod uwagę cudowne efekty, jakie jej sugestie przynoszą, widać, że to zaprawiona w alkoholowych przygodach prowodyrka). Gawędziarz, zadowolony, że jest w centrum wydarzeń, mruczy: Coś tam się chyba jeszcze znajdzie… Po chwili wraca z butelką taniej wódki w jednej ręce i konserwą turystyczną w drugiej. Wiwatom nie ma końca, wraz z kolejną wychyloną szklaneczką ciepłej gorzałki coraz wyraźniej zarysowuje się postać nowego kolegi Gawędziarza. On też lubi być duszą towarzystwa, co chwilę powtarza, że Zara coś się zorganizuje! i proponuje wszystkim pasażerom ognisko integracyjne. Czy ktoś w składzie ma gitarę? –krzyczy tak, żeby wszyscy go słyszeli – No przecież zara coś się zorganizuje! Pani Prowodyrka podejmuje temat: To i kiełbaskę i kartofle jakieś… Może ktoś z pasażerów ma… Śmiechu co niemiara, jedni (optymiści) woleli zostać w pociągu, inni (organizatorzy) zmagają się z zaistniałą sytuacją jak potrafią. Gawędziarz zasiada na schodkach pociągu, otwiera mielonkę i zgrabnie zaczyna się do niej dobierać podręcznym nożykiem. Wódka się kończy, Kaowiec z coraz mniejszym entuzjazmem opowiada przez telefon już dziesiątej osobie o opóźnieniu, polu i naprędce zaaranżowanej imprezie. Ledwo stoi na nogach. Zaczyna trzaskać głośnik i siedząca w środku pani informuje, że opóźnienie zwiększy się do 120 minut. Podnosi się szum, że to już przesada, że jak to możliwe i w ogóle to polskie pociągi są do d… Na pole wychodzą optymiści, zmęczeni pionierzy wchodzą do środka na zasłużony odpoczynek. Siedzimy na trawie i obserwujemy tę inscenizację pełną emocji, pretensji, zdrowego polskiego humoru, pełną kolorowych postaci. Ze schodków pociągu zeskakują młode zakochane pary, trzymają się za ręce i z dala od wszystkich. Chcą być sami, bo jeszcze liczą się tylko oni. Chłopcy ściągają koszulki, jest gorąco, można pokazać nowe tatuaże i kaloryfery. Słyszymy jak Prowodyrka daje wyraz swemu zdziwieniu: Czy mi się w oczach troi czy to rzeczywiście?? Tak, troi – odpowiada dumny ojciec – mamy trojaczki. Widzimy trzy identyczne dziewczynki, z zachwytem patrzące na dopiero co znalezioną biedronkę. Dlaczego wszystkie są identycznie ubrane? – zastanawiamy się – Czy to obowiązkowe? Idziemy na chwilę do środka, Gawędziarz troszkę już zmęczony, pół-leży na swoim siedzeniu i z uznaniem patrzy na Harcerki. Ale dobrze zbudowane dziewczyny. Takie młode, a tak dobrze zbudowane. To rzadkość. Dziewczyny nie wiedzą, co powiedzieć, więc udają, że nie słyszały. Ja zresztą też. Nawet ich nie znam, a już boję się o ich niewinność. Wracamy na zewnątrz. Słońce jest coraz niżej, robi się naprawdę malowniczo. Impreza się reaktywuje, Kaowiec ożył, sączy piwko z Warsu i dalej nadaje o gitarze i ognisku. Gawędziarz powróciwszy z przedziału ujawnia się jako pracownik kolei i specjalista od reklamacji. Skupia wokół siebie niezły tłumek i z coraz większą ilością dosadnych przecinków pieczołowicie tłumaczy, że to nie do pomyślenia, że u nich w powiecie to takie rzeczy nigdy się nie zdarzają, że prezesi zarabiają aż 15 tys. zł, że gdzie są podstawione dla nas zastępcze autobusy itd. Przychodzi starsza pani konduktor i przytakuje, ale poczęstowana piwkiem (A Szefowa to się nie napije??) odmawia. Prowodyrka z uporem maniaka powtarza, że trzeba do TVN-u dzwonić, powiedzieć, jak nas tu traktują, że w Warsie już nic nie ma, że czemu to oni tam nie odbierają telefonu?? Kaowiec już słabiej, ale dalej twierdzi, że zara coś się zorganizuje. W tę i z powrotem snuje się dziewczyna w stylu Emo, twarz w 70 procentach zakryta wielką rudą grzywą, spodnie rurki, trampki i wisielczy nastrój. Trojaczki nadal skaczą w trawie, nieświadome wrażenia, jakie wywołują (nawet czapeczki mają takie same). Harcerki decydują się na opuszczenie pociągu i idą w pole po kukurydzę. W międzyczasie do naszego pustego już przedziału dosiadają się dwie postaci. Pierwsza, piękna studentka iberystyki, z długim warkoczem i w czerwonej bluzeczce ze sporym dekoltem ukazującym naprawdę imponujące kształty. I druga, starszy pan, zupełnie niepozorny, ale z mądrymi oczami, takimi, co to już niejedno widziały i nie sposób je zaskoczyć. Krążymy między przedziałem a polem, żeby nic nie przegapić. Impreza trwa w najlepsze. Oficjalnych komunikatów już nie ma, ale nieoficjalnie krążą słuchy, że nie wiadomo, ile jeszcze będziemy stać w tym polu, bo trakcja się zerwała i nie bardzo wiedzą, jak się za to zabrać. W pole zaczynają podjeżdżać taksówki i prywatne samochody, ludzie ewakuują się jak mogą, jest coraz bardziej nerwowo. Pomstowane jest na wszystko. Na rząd, PKP, na kraj ogólnie. My się nie denerwujemy, bo nasze dni są bardzo elastyczne, ale ludziom się nie dziwię. Runęły ich plany i na wieczór, i na weekend. Mają dzieci, przesiadki. Tragedia. Nie jest dobrze, ale wódka nadal się leje. Przyjeżdża radiowóz i zastanawiamy się, po co. Okazuje się, że zamiast autobusów zastępczych, jest jeden radiowóz, a w nim jacyś litościwi policjanci, którzy biorą po kilka osób i wożą je na pobliską stację. Pociąg powoli pustoszeje. Za którymś razem policjanci pomagają nawet potrzebującemu Kaowcowi. Niepewnie już chodzi, ale udaje mu się załatwić dostawę alkoholu radiowozem. Coś się zorganizuje. Koło naszego wagonu przechodzi Ona – blondynka (Nie-Wanda) i On – obcokrajowiec. Kaowiec chwiejnym krokiem rusza do ataku (na tym etapie mamy już jakieś 4 godziny opóźnienia): Polish express – very good express. Any time, any place – yyyyy-yyyy – on time. Normalnie jestem pod wrażeniem. (Na)Rzeczona para również. Pojawia się też młody konduktor typu player. Żartuje z dziewczynami, nadgodziny go nie interesują, wolałby być na czas w domu. Ludzki człowiek. Po torach, na których stoi dosłownie tłum ludzi, przechodzi starszy pan, pracownik ochrony kolei. Delikatnie nakazuje zejście z torów, bo przecież coś może jechać. Ludzie się denerwują, przecież jak będzie jechać, to będzie widać, że jedzie, po co ludzi traktować jak bydło. Strażnik jest bardzo miły, ale pasażerowie już bardzo zniecierpliwieni i nie dadzą sobie w kaszę dmuchać. Wstawia się za nimi młody Konduktor-Bawidamek. Dać ludziom żyć! Przecież wszyscy tu razem czekamy i nie wiadomo co dalej! Wszyscy potakują, biedny strażnik odchodzi parę metrów dalej i tam znów próbuje wykonywać swoją niewdzięczną pracę. Mija kolejna godzina, starsza pani konduktorka podobno musiała uciekać, bo w pierwszym wagonie z tej frustracji i zniecierpliwienia ludzie chcieli ją pobić. Gdzieś się rzekomo ukrywa. Robi się ciemno, znika i Prowodyrka, i zakochane parki, i mroczna malkontentka. Trojaczki albo odjechały taksówką, albo śpią w przedziale, zakładam, że przytulone do siebie. Konduktor-Bawidamek bawi już damy gdzieś w środku, w składzie. Kaowiec dogorywa na bocznym krzesełku w korytarzu, nie wie już, co się wokół niego dzieje. Wsiadamy do przedziału. Po Harcerki przyjechał tata. Zostaliśmy my, Gawędziarz, Piękna Studentka i Starszy Pan. My wracamy do czytania, co nie bardzo podoba się Gawędziarzowi. Po kilku godzinach picia jest już bardzo wylewny. A po co to tyle czytać? Co? Mądrzejsza jesteś od tego? Ja żadnej książki w życiu nie przeczytałem. Jakby moja mnie z książką w ręku przyłapała, to by mi dopiero dała! Wy się w ogóle kochacie?? Kochamy się, mówię, tylko nie w pociągu. Starszy pan uśmiecha się spokojnym uśmiechem, ale nie mówi nic. Zapytany o to, czy lepiej czytać czy uprawiać miłość (tutaj Gawędziarz użył słowa dużo bardziej dosadnego, jednego z tych, co to używa się go w podstawówce nie do końca wiedząc, co ono oznacza), Starszy Pan odpowiada: Ja to mam, jakby to powiedzieć, za sobą. Łysek niezadowolony, odpowiedź nie po jego myśli, nie ma już co pić, głód mu doskwiera, konserwa nie była przewidziana na tyle godzin. Swoją uwagę przenosi na Piękną Studentkę. No, w naszym przedziale jedzie najładniejsza dziewczyna w całym składzie. Jaka ona zbudowana! Taka to chłopa zajeździ, co nie? – z tym pytaniem zwraca się o dziwo do mnie. Mówię, że nie wiem. No bo naprawdę nie wiem. Dziewczyna zupełnie niespeszona, ze skromnym uśmiechem odpowiada: Komplement z ust takiego znawcy… No cóż. Można tylko podziękować. A on na to: No nie, tak tyko mówię. Jest coraz lepiej. O dziwo, ruszamy, mamy już sześć godzin opóźnienia. Wszystkim nam jest trochę szkoda Gawędziarza. W zły przedział wsiadł, nie do końca możemy się dogadać. Piękna Studentka częstuje go kanapką, Starszy Pan patrzy na niego z politowaniem, ale ani razu nie daje mu odczuć, że jest jakiś gorszy. Stara się z nim normalnie rozmawiać. Po dłuższej pauzie Gawędziarz konstatuje: Trzymają nas w polu, bo to tani pociąg, to tylko TLK, sam element tym jeździ. Tamten pociąg za nami na pewno puszczą jakimś innym torem*, bo ważniejszy. Widzieliście? Tam co drugi laptopa ma!!! [ -a.]

*Podobno wszystkie pociągi, niezależnie od klasy, stały w polu sześć godzin, a po sześciu godzinach ktoś w końcu wpadł na to, że można nas po prostu przepchnąć do stacji parę kilometrów dalej, gdzie prąd już był. W ciągu sześciu godzin przymusowego postoju nic nie zostało naprawione.

Reklamy

O tych, co jeździli (indyjską) koleją

3 Lip

Dotychczas, z uwagi na ogólne przemęczenie i wspomniany już wcześniej upał po prostu nie do wytrzymania, planując podróż pociągami kupowaliśmy bilety w klasie 3AC. 3-tier AC to wagony klimatyzowane z trzema piętrami łóżek (z pościelą!), więc mimo że są nad nimi jeszcze dwie lepsze klasy, 3AC uważane jest już za wagon prawie luksusowy. Jadąc właśnie 3AC z Kalkuty do Varanasi (16 godzin) i z Varanasi do Mumbaju (25 godzin) nie do końca docenialiśmy komfort tej klasy. Jak to świeżo przybyli, oburzaliśmy się u pana w agencji, że ma on trudności w zakupie biletów, że cena niebezpiecznie się podnosi wraz z każdą naszą kolejną u niego wizytą, że co to znaczy waiting list, a już tym bardziej, o co w ogóle chodzi z biletami tatkal i tourist quota. Nasza irytacja wynikała tylko i wyłącznie z ignorancji. System kolejowy w Indiach jest bardzo … hmmm… specyficzny i obcokrajowcom potrzeba trochę czasu, żeby się do niego przyzwyczaić, a przede wszystkim  żeby się z nim pogodzić.

Klas jest osiem, ale prawie żaden pociąg nie ma wagonów wszystkich tych klas. Bilety na bardziej popularne trasy, zwłaszcza w sezonie (wakacyjnym, pielgrzymkowym lub/i egzaminacyjnym) są wyprzedane jakieś dwa/trzy miesiące wcześniej, więc opcja pójścia na dworzec i po prostu zakupienia biletu kilka dni przed podróżą (co było naszą strategią do tej pory) zupełnie odpada. Pozostają więc agencje pośredniczące, które zawsze znajdą jakieś cudowne rozwiązanie, oczywiście za odpowiednią opłatą. Gdy po dwóch tygodniach w Kalkucie chcieliśmy się z niej w końcu wydostać, okazało się, że nie mamy wyjścia i zwróciliśmy się o pomoc do takiej właśnie instytucji. Biletów nie ma – powiedział nam pan – przynajmniej na dzień dzisiejszy. Co to znaczy na dzień dzisiejszy, a na jutrzejszy coś się może zmienić? – pytamy. Tak, oczywiście, możemy kupić bilety, których na razie właściwie nie ma i umieścić się w ten sposób na liście oczekujących (waiting list). W dzień (potencjalnej) podróży być może okaże się, że te bilety rzeczywiście mamy. Albo że ich jednak nie mamy i wtedy zostaną nam zwrócone pieniądze. W normalnej sytuacji, naszą szansą byłaby  również pula dla obcokrajowców (tourist quota), ale ponieważ nasze plany niefortunnie nałożyły się na plany milionów innych podróżujących, pula ta została już wyczerpana. Masz ci los, myślimy. Co my teraz zrobimy? A uczynny pan, widząc nasze załamane miny, mówi, że jeszcze nie wszystko stracone. Że jak zapłacimy trochę (taaa…) więcej, to on wtedy może zapłacić temu, komu trzeba i bilety w cudowny sposób się znajdą. Bo są jeszcze bilety typu tatkal czyli bilety awaryjne dostępne od razu. Są drogie, ale i pewne. Na tym etapie jesteśmy już mocno poddenerwowani, żeby nie użyć żadnego bardziej dosadnego słowa. Facet ewidentnie nas naciąga, a my nie możemy nic na to poradzić. W innych agencjach ta sama historia, najwyraźniej wybraliśmy najgorszy możliwy czas do podróżowania po Indiach. Radzi, nieradzi, płacimy fortunę i wychodzimy z dusznej kanciapy z biletami w ręku, ale w nienajlepszych humorach. W Varanasi historia się powtarza, ale pracujący tu pan jest bardziej rozmowny i nieco rozjaśnia nam w głowach, jeśli chodzi o system zakupu biletów kolejowych w tym pięknym kraju. Okazuje się, że w tych gorących okresach, kiedy wydaje się, że cały świat natychmiast musi się przemieścić z popularnego miejsca A do równie popularnego miejsca B, pracownicy kolei zacierają ręce z zadowolenia. To ich czas. Mimo że ich rządowe pensje są dużo wyższe od poborów przeciętnego obywatela Indii, dodatkowo zarabiają na rozchwytywanych biletach biorąc za nie po prostu w łapę. Czyli że nie dość, że jest million klas, pełno rodzajów biletów wypuszczanych w różnym czasie, to jeszcze dochodzi kwestia łapówek dla nieuczciwych pracowników kolei. Przynajmniej ten ostatni problem miała rozwiązać możliwość rezerwowania biletów przez internet, ale jak widać nie do końca tak się stało. Hindusi jednak w tym całym systemie zupełnie naturalnie się odnajdują. My niestety trochę mniej.

W Delhi idziemy na dworzec sami i oczywiście biletów nie ma. Ani tych dla turystów, ani dla Hindusów. Przynajmniej nie w klasie klimatyzowanej (przypominam o temperaturze ponad czterdziestu stopni zarówno w Dehli, jak i w docelowym Jaipurze). Ewentualnie możemy kupić miejsca na znanej nam już liście oczekujących. Jesteśmy ograniczeni czasem, więc nie możemy sobie pozwolić na niepewność. Kupujemy bilety w wagonie niższej klasy, bez klimy. Na dwudziestoczterogodzinną podróż przy wiatrakach. W końcu młodzi jesteśmy, jak Hindusi dają radę, to i my damy.

Wsiadamy do pociągu wieczorem i nie jest tak źle. Tzn. już robi się niepokojąco tłoczno, ale o dziwo temperatura nie jest taka straszna. W przedsionku obok ubikacji ludzie poukładali się już na sobie pokotem, gotowi do jazdy. Doświadczenie nie takie obce, bo przecież na różnych podłogach się już spało w naszych pospiesznych, ale tu ludzi jest troszkę więcej. Skrupulatnie zajmujemy swoje miejsca i czekamy odjazdu pociągu. Z każdą chwilą pociąg coraz bardziej się zapełnia. Siedzeń już dawno zabrakło, na naszych leżankach na górze już usadowili się jacyś ludzie. Przez wagon nie da się przejść, bo korytarze zupełnie zakorkowane. Wszędzie wiszą, leżą, siedzą (lub coś pomiędzy) jakieś nogi, ręce, menażki, baniaki z wodą i różne inne rzeczy, których nawet nie umiem zidentyfikować. Każdy ma mieć przecież swoją rezerwację, więc jak to jest możliwe, że na dolnych trzech siedzeniach siedzi i w najlepsze rozprawia sześciu facetów? Odjeżdżamy i liczymy na to, że pociąg szybko się rozpędzi i wpadająca przez okna bryza trochę orzeźwi już formujący się zapaszek i powoli szykujący się gorąc. Niestety tak się nie dzieje. Pociąg rzadko kiedy rozwija prędkość wyższą niż 20km/h i w rezultacie w mgnieniu oka w środku robi się naprawdę gorąco. Tłok jest już taki, że o wizycie w toalecie mogę sobie najwyżej pomarzyć. Na wielu z leżanek kładzie się nawet do czterech pasażerów (też pomyślałabym, że to fizycznie niemożliwe, o ile bym tego na własne oczy nie widziała). Podłogi są po prostu usłane ciałami reprezentantów różnych grup demograficznych. Do tego co chwilę ludzie się zamieniają się miejscami. Ruch w interesie taki, że w ogóle nie wiadomo, o co chodzi. Tzn. nam nie wiadomo, bo pozostali są najwyraźniej w swoim żywiole. Zapada zmrok, a leżący, siedzący i stojący zaczynają formować jakieś grupy , a potem nawet podgrupy i rozmowom i żartom nie ma końca. Co trzeci facet sobie w najlepsze pali, a popiół strzepuje do pustych kubeczków po własnie wypitym chai (bo nawet takie warunki nie powstrzymują od interesów obnośnego sprzedawcę tutejszej herbaty z mlekiem i przyprawami). Wszyscy są niby dla nas mili, ale mało kto mówi po angielsku i już powoli nie mamy gdzie siedzieć. Na naszych łóżkach u góry ktoś rozłożył już gazetę i zabrał się do posiłku. Trzy osoby na moim wyrku i trzy na Kuby. Czekamy aż zjedzą, a potem na migi komunikujemy im, że chcemy przenieść się już na nasze posłania. Mamy nadzieję na więcej przestrzeni i bliskość jednak trochę wiejących wiatraków. Mamy miejsca na samej górze, więc powinno być dobrze. Tylko czemu tylu ich siedzi na pojedyńczym miejscu? Próbujemy dogadać się z siedzącym naprzeciwko nas panem w typowej muzułmańskiej czapeczce.  Pytamy, czemu pociąg taki przeładowany, a on na to, że to dzień niezwykle ważnego w islamie święta i cały pociąg jedzie na jego obchody do Ajmeru (o zgrozo, tylko dwie godziny przed Jaipurem, gdzie my wysiadamy!). Że jutro pociągi do Jaipuru będą dosłownie puste. Suuper. My to mamy szczęście. A potem jak gdyby nic pan nas pyta, ile mamy miejscówek. Nie wiedząc o co dokładnie mu chodzi, patrzymy na siebie i mówimy, no, że dwie, a ile. A on ile ma?(jechał ze swoim ojcem). A on, że jedną. Tak po prostu. I wtedy doznajemy olśnienia. No tak. To wszystko tłumaczy. Dlaczego tak dużo ludzi jest w tym wagonie. Dlaczego siedzą po kilka osób na jednym siedzeniu/posłaniu. Dlaczego tylu ich stoi, albo leży i dlaczego ciagle kto inny siedzi na tym samym miejscu. W kraju tak przeludnionym i tak biednym (poniżej granicy ubóstwa żyje jakaś jedna czwarta indyjskiego społeczeństwa), niewielu stać na kupienie miejscówek dla całej rodziny. Kupują miejsca na wagon siedzący, bez rezerwacji miejsc, plus jedno miejsce z rezerwacją w wagonie sleeper. Wagon bez rezerwacji, jak można się spodziewać, jest naprawdę przeładowany, więc cała rodzina i tak ląduje w wagonie z rezerwacją. Mimo że na całą rodzinę mają tylko jedną miejscówkę. Przesiadają się, wiercą, całe zastępy ruchliwych jak mrówki dzieci zanoszą się płaczem. Sytuacja powoli zaczyna nas przerastać. Prawie po ludzkich głowach chodzą sprzedawcy chai’u, samos, biryani, orzeszków, lodów, wody i napojów chłodzących. Co stację do wagonu wsiadają wędrowni muzykanci i niczym niezrażeni odśpiewywują swoje piękne pieśni ku chwale Allaha w rytm jedynych dozwolonych w ich muzyce bębenków. Nad naszymi głowami co kilka minut słyszymy kroki tych, dla których po prostu fizycznie nie ma już miejsca w wagonie, więc tę podróż odbywają na jego dachu (a czytaliśmy, że taki widok to już zamierzchłe czasy). Wieczorem, już na naszych posłaniach pod sufitem, próbujemy się jakoś ułożyć, ale co chwilę ktoś kładzie się na naszych nogach. W sleeperze nie ma pościeli, ale jest już tak gorąco, że w ogóle nam jej nie brakuje. Jestem już zmęczona i to niestety odbija się na mojej zdolności empatii. Ja rozumiem przeludnienie itd., ale ja akurat kupiłam całą miejscówkę tylko dla siebie i jako absolutna egoistka z Zachodu, nie mam zamiaru z nikim się nią dzielić. I tak już ją dzielę z własnym plecakiem, bo nigdzie nie było na niego miejsca. Leżę skulona, ale jak tylko na dosłownie sekundę przesunę nogę w którąś stronę, od razu na moim łóżku pod sufitem pojawia się jakaś postać. Czasem nawet dwie, albo trzy (przysięgam!). Robi się późno, a nikt ani nie gasi światła, ani się nie ucisza. Nic z tych rzeczy. Całą noc ta masa ludzka w jakiś przedziwny sposób się przemieszcza i najwyraźniej każdy ma jakąś interesującą historię do opowiedzenia. Z początku jesteśmy całą sytuacją trochę rozbawieni. Tłok, ożywione rozmowy, posiłki w powietrzu, żarty. Wraz z nastaniem zmroku, moja cierpliwość powoli się wyczerpuje, a już zupełnie znika, gdy nagle, dosłownie na moje leżące ciało, ktoś kładzie coś mniej więcej mojego rozmiaru. Nie wiem co to, jakiś garnek, bęben, nie wiem, ale rzecz zostaje ze mnie potulnie zabrana po stanowczej reakcji Kuby. Chłopak jest zdziwiony, ale wraca w tłum. Biedny, mimo wszystko myślę, co on z tym bębnem czy cholera wie czym w tym tłumie zrobi? W końcu jakimś cudem zasypiamy (żartom, papierosom i opowieściom nie ma końca). Jak się budzę w moich nogach oczywiście już ktoś siedzi. Młoda dziewczyna, wygląda jakby już się u mnie zadomowiła. Już i tak się obudziłam, więc tym razem postanawiam być dobroduszna (może pod wpływem wyrzutów sumienia wobec chłopca z bębno-garem).  Pociąg, nagrzany i temperaturą na zewnątrz (nieuchronnie zbliżaliśmy się do pustynnego Radżastanu) i ilością rozgrzanych ciał w środku, sprawia wrażenie rozgrzanej do czerwoności puszki. Ściany i siedzenia po prostu parzą. Wszystko paruje. Słowo daję, zdychamy. Łapię się na arcymądrych, majakliwych rozważaniach typu: Czy można zemdleć na leżąco? Ciekawe, czy ktoś kiedyś umarł w pociągu z gorąca?

My nie umarliśmy. Mimo nieludzkiej wprost temperatury (jak się potem okazało, nasze ubrania, popakowane w plecakach w próżniowe worki, dosłownie się zagotowały), mimo niewyobrażalnego dla nas do tej pory tłoku, śmierdzącego dymu tanich papierosów, nieustannego hałasu, natarczywej uwagi współpasażerów,  odwodnienia z powodu tempa w jakim nasza lodowata woda zmieniała się w zupełnie niepitną zupę o smaku bliżej nieokreślonym. Mimo pięciogodzinnego opóźnienia tego horroru potocznie zwanego pociągiem, mojej przeklętej migreny, mimo ciuchów już od kilkunastu godzin dosłownie przyklejonych do naszych ciał. Taka sobie lekcja wytrzymałości, cierpliwości i przetrwania w kraju, który nijak nie potrafi sobie poradzić z faktem, że ma już 1,2 miliarda mieszkańców, a ich liczba wciąż nieubłaganie rośnie. [-a.]

Wideo (IPhone)

Myo Myint w klasie zwyczajnej

14 Maj

W Birmie staramy się nie korzystać z transportu rządowego, ale czterodniowy paraliż wszelkich prywatnych firm transportowych zmusił nas do podróży pociągiem. W normalnych warunkach pociągi zawsze wolimy, bo wymuszają interakcję, zbliżają do ludzi, a poza tym są wygodniejsze, można wyprostować nogi, wstać, przejść się choćby do łazienki. Autobusy w Birmie były dotychczas bardzo ładne, klimatyzowane i wydawałoby się wygodne, gdyby nie to, że pomiędzy dwójkami siedzeń domontowane są dodatkowe, co często czyni podróż ciasną i duszną (bo kierowca czasem postanawia zaoszczędzić na benzynie i wyłącza klimę, a okien często nie da się otworzyć). Pociąg, mimo moralnych dylematów, był przyjemną odskocznią.

Kupiliśmy klasę “ordinary”, bo taniej i zawsze ciekawiej. Pociąg wyjeżdża o czwartej rano (grafiki środków transportu w tym kraju są tak niedorzeczne, że aż nie chce mi się o tym pisać), a już o 3.30, jak dotarliśmy na dworzec, jest całkowicie zapakowany ludźmi. Całe rodziny z wielkimi pakunkami i ci, których nie stać na miejscówkę, poukładani na podłodze pod siedzeniami lub w przejściu. Czeka nas 11 godzin na twardych siedzeniach. Nie mogę się doczekać.

Najpierw konduktor sugeruje nam, że to pomyłka na bilecie, bo my przecież na pewno chcieliśmy pierwszą klasę i wysyła nas do złego wagonu. Szybko orientujemy się, co się dzieje i wyprowadzamy go z błędu. Robi wielkie oczy i pokazaje właściwe siedzenia. Siedzimy naprzeciwko bardzo starego mnicha, który zamiast brody ma 2, słownie dwa, długie siwe włosy. Jest bardzo szczupły i wygląda, jakby się miał zaraz rozsypać w pył. Obok niego siedzi jeden z czterech synów sympatycznej pani siedzącej z pozostałymi pociechami zaraz obok. Przez pierwszą godzinę jesteśmy obiektem zdziwionych spojrzeń i zabawnych (nie dla nas) komentarzy. Trochę zburzyliśmy naturalny porządek rzeczy, ale nie do takich rzeczy się ludzie w Birmie przyzwyczajają. Próbujemy spać, ale jakoś się nie daje i w końcu przysiada się do nas Myo Myint. Człowiek, który uczyni naszą podróż z Mandalay do Hsipaw niesamowitym doświadczeniem.

Myo Myint jest skromnym człowiekiem pochodzącym z małej wioski pod Mandalay. Nie skończył szkoły, ale bardzo lubi się uczyć i czytać. W torbie ma świeżo zakupioną książkę po angielsku o Bangkoku oraz podręczny słownik angielski Oxfordu. Bardzo się cieszy, że udało mu się ją tanio nabyć. (A propos książek w Birmie: na każdym, nawet najskromniejszym rynku rozkładają się na ziemi liczni handlarze sprzedający dosłownie stosy książek: po birmańsku, angielsku, starych oryginałów i nowszych kopii ksero bindowanych w kolorowe tekturki. Hurra! Ludzie w Birmie naprawdę czytają!). Wracając do Myo Myinta, on również dużo czyta i chciałby z kimś poćwiczyć swój angielski. Od razu zaznacza niepewną, ale poprawną, angielszczyzną, że nie ma wobec nas żadnych innych oczekiwań, oprócz interesującej rozmowy w języku, którego pilnie się uczy. Już samo to oświadczenie zupełnie nas rozbraja.  Jest rozwiedziony i raczej nie chce już więcej próbować. Rozszedł się z żoną po trzech miesiącach małżeństwa, po tym jak za mało zarabiał i ona codziennie wieczorem płakała. Powiedział jej, że rozumie, że ona inaczej wyobrażała sobie życie z nim i oddał jej wolność (tak właśnie się wyraził). Nie utrzymuje z nią kontaktu, bo widok jej twarzy byłby jedynie przypomnieniem jego porażki. Z pracą też nie bardzo mu idzie. Próbował szczęścia w Lashio, pracując przy uprawach herbaty, ale zarobki nie były wystarczające, a praca bardzo ciężka. Teraz pracuje jako robotnik budowlany i zazwyczaj mieszka całymi miesiącami na miejscu budowy. Zarabia 2000 kyatów dziennie (ok. 2,5 dol) i mówi, że to mu starcza, bo firma żywi go i zapewnia skromne zakwaterowanie. Jest bardzo pogodny, pogodzony z losem, chociaż delikatnie sugeruje, że marzy mu się podróż za granicę. Ukradkiem ogląda się za siebie i na boki. Stwierdza, że nie ma bezpośredniego niebezpieczeństwa, ale i tak ścisza głos. Kolejny obywatel Birmy bez złudzeń. Mówi, że w Birmie nikt nie chce już nawet o polityce rozmawiać, bo ściany mają uszy i nigdy nie wiadomo, kto na kogo doniesie. Bardzo świeże w pamięci społeczeństwa jest wspomnienie protestów z 1988 i 2007 i mało kto byłby w stanie teraz ryzykować życiem. Jak okazujemy swoje niezadowolenie, to oni do nas strzelają. To co możemy zrobić, żeby być wolnymi? Okoliczne państwa, zwłaszcza Chiny, Indie i Rosja wspierają reżim, dostarczają mu broń i tym samym zapewniają sobie intratne kontrakty na hydroelektrownie, drewno, kamienie szlachetne. Birma jest tak bogata we wszelkiego rodzaju surowce, że teoretycznie powinna opływać w bogactwa. W praktyce niestety bogaci się tylko rząd i osoby/firmy z nim powiązane, a zdecydowana wiekszość obywateli żyje w biedzie i strachu. Myo Myint mówi o tym wszystkim z łagodnym uśmiechem na twarzy. Jest spokojny. A my całkowicie oczarowani. Ja się nie boję. Jestem wolny od strachu, rozumiecie? – oświadcza, z uśmiechem nawiązując do tytułu słynnej książki liderki opozycji Aung Sang Suu Kyi.

Rozmawiamy o wszystkim. Myo Myint chciałby słuchać BBC po birmańsku, ale ma za słabe radio. Zbiera na lepsze, bo jest bardzo ciekawy co się dzieje na świecie. Myśli o zmianie pracy, namawiamy go na pracę z turystami. Mówimy mu, że obcokrajowcy będą go uwielbiać, bo nie dość, że ma złote serce, to jeszcze dobry angielski i sporą wiedzę. Pyta, czy mamy jakieś sugestie, co do tego, jak ma pracować nad swoim angielskim. Podpowiadam mu kilka rzeczy, a on uprzejmie mi dziekuje: Jestem bardzo wdzięczny za Twoje pomocne rady. Obiecuję Ci, że będę konsekwentnie je stosował. Chyba jeszcze nigdy w życiu nie czułam się taka potrzebna. Muszę iść do łazienki, bo tak mi się chce ryczeć.

Potem zaczynamy lekcje birmańskiego. Myo Myint cierpliwie powtarza i zapisuje nam fonetycznie całe frazy, a wszyscy pasażerowie całego wagonu (pociąg bezprzedziałowy) zgodnym chórem nas poprawiają. Śmieją się wszyscy. Bezzębne babcie, nastoletni hiphopowcy słuchający na swoich PSP Akona, usmarowane dzieci, spokojne żony i żujący betel mężowie, pijani w belę konduktorzy i rozebrani do podkoszulków policjanci (także pijani). A propos tych ostatnich, jeden z nich, niby zalany w trupa, zasiada przy oknie i zabiera się do zapalenia popierosa (wszyscy palą non stop, żadne sprzeciwy z naszej strony nie miałyby sensu, w końcu to ich kraj i ich zasady), kiedy jedna z kobiet pokazuje na znak NO SMOKING i z niezadowoleniem kręci głową. Mówię jej, że na Zachodzie to jak ktoś złamie zakaz palenia w miejscu publicznym, to musi zapłacić wielką grzywnę. Ona na to, że ona się całkowicie zgadza z takim podejściem i że tak powinno być wszędzie, bo ona nie chce wdychać tego smrodu. Na to nie mówiący do tej pory po angielsku niby zupełnie pijany policjant w mokrym podkoszulku: My żyjemy w wolnym kraju i możemy robić, co nam się żywnie podoba! Zamieram na moment. Na szczęście Myo Mynt mówi, że tamten nic nie mógł słyszeć, bo wcześniej siedział dużo dalej. Potem jednak siada bardzo blisko nas i uważnie przysłuchuje się naszej konwersacji, jednocześnie kontynuując  picie whisky z pozostałymi mundurowymi (no, na tym etapie mundury walają się gdzieś po górnych półkach, a ważni panowie dokazują w negliżu). W międzyczasie pani z czterema synami co chwila wyciąga ze swej przepastnej torby jakieś nowe smakołyki i nas nimi częstuje. Opowiada o sobie. Ma ośmioro dzieci, a jej mąż umarł kilka lat temu. Nie narzeka. Mam piękne życie, bo opiekują się mną wszystkie moje dzieci. Myślę, że mam szczęście. I rzeczywiście wygląda to tak, jakby się nią opiekowali. Gdy w końcu się kładzie, żeby chwilę odpocząć, jej siedemnastoletni syn bez słowa bierze wachlarz do ręki i zaczyna ją wachlować. Ubrany w hiphopowe ciuchy, czapkę z daszkiem i zaczepne spojrzenie, wcześniej ze szczerym zdziwieniem pytał nas, dlaczego i po co chcieliśmy przyjechać właśnie do Birmy. W nim widziałam potencjał na największego w rodzinie buntownika, a tu taka niespodzianka. Piękny widok. Taki niezachodni.

Czyli w pociągu naprawdę dużo się dzieje. Nie zapominajmy jednak, że to zaledwie drugi dzień obchodow Nowego Roku (Water Festival) i pasażerowie pociągów nie są w żaden sposób zwolnieni od obowiązku bycia oblanym wodą. Przed każdą stacją, na każdej stacji i za rogiem za każdą stacją, stoją całe tabuny dzieci, młodzieży i dorosłych z wiadrami, wężami, miskami i wszystkim, co tylko się nadaje. Są gotowi. Na tej trasie jedzie tylko jeden pociąg dziennie, więc muszą dobrze się zorganizować, żeby nie przegapić tego momentu. Cały pociąg usiłuje na czas zamknąć okna, żeby nie zostać zmoczonym, nie zawsze się to jednak udaje. Przy zamkniętych oknach jest naprawdę duszno, więc jedynym rozwiązaniem jest jechanie przy otwartych, przy jednoczesnym wypatrywaniu zagrożeń. Skutek jest taki, że co chwilę którymś z otwartych okien wdziera się do środka fala wody, która z czasem zamienia podłogę w bajoro, a nas wszystkich w zmokłe kury. Niektórzy (zwłaszcza ci pod wpływem whisky) nawet okien nie zamykają, tylko cieszą się każdą kroplą. To samo na ulicach. To czysta przyjemność obserwować, jak się bawią. Nikt się za bardzo nie broni przed wodą. Polewają się nawzajem na znak błogosławieństwa, to takie życzenia na Nowy Rok. Jak mówisz, że nie chcesz, to się dziwią. Jak to? Nie chcesz?? Na drogach poustawiane są barykady i każdy, kto przechodzi lub przejeżdża zwalnia i pokornie poddaje się obrzędowi. Nikt na nikogo nie krzyczy (no, może oprócz niektórych durnych turystów, którzy uważają, że na ich przyjazd cały kraj powinien zmienić swoje zwyczaje i wierzenia) i wszyscy się cały czas uśmiechają. Taki ogólnokrajowy festiwal radości. Czegoś jednak moglibyśmy się od Birmańczyków nauczyć.

Dwanaście godzin mija jak z bicza strzelił i czas wysiadać. Ze smutkiem żegnamy się z Myo Myintem. Z całego serca obiecuję, że napiszę do Was emaila za dwa tygodnie jak będę w Mandalaju. … Czy trudno jest założyć sobie skrzynkę mailową? [-a.]