Święta

15 Sty

Podobno do Sucre, konstytucyjnej stolicy, jeździ się głównie po to, żeby po trudach podróżowania po innych częściach Boliwii, w końcu się zrelaksować. Ewentualnie pouczyć się hiszpańskiego w jednej z licznych szkół językowych lub też nawet (opcja dla mniej leniwych) popracować w ramach wolontariatu w którejś z lokalnie działających organizacji pozarządowych. Sucre jest takie ładniutkie, że tak naprawdę niewiele się trzeba wysilać, żeby przyjemnie spędzać tu czas. Architektura jest piękna, hotele na dobrym poziomie, jedzenie na targu pyszne i tanie. Sucre leży na zaledwie 2700 m n.p.m., więc można też nareszcie normalnie oddychać. Nie jest to może miejsce, które bardzo inspiruje, ale odpoczywa się tu znakomicie.

Właśnie w Sucre przyszło nam spędzić Święta i było to kolejne ubogacające doświadczenie. Pod wieloma względami.  Ponieważ nasz hostel pełen był bardzo zintegrowanych, ale tylko z samymi sobą, Francuzów szykujących na Wigilijną kolację bœuf bourguignon, my postanowiliśmy ugotować sobie chociaż jedną z tradycyjnych polskich potraw świątecznych. Chociaż jedną. Żeby mimo 27 stopni, mimo wszechobecnych palm i sztucznych choinek choć na chwilę poczuć, że to rzeczywiście Boże Narodzenie. Po dwóch dniach poszukiwań potrzebnych składników, ku naszemu wielkiemu smutkowi musieliśmy pogodzić się z faktem, iż pewnych rzeczy w Sucre po prostu nie da się kupić i tyle. Obniżyliśmy więc nasze oczekiwania (i, siłą rzeczy, ambicje) i postanowiliśmy zrobić sobie chociaż ruskie pierogi. Potrawę, jak się wydawało, prawie składników nie wymagającą. Niestety, po kolejnym dniu intensywnych spacerów po targach, sklepikach i supermarketach, musieliśmy się poddać. Twarogu nie ma i już.

Jak wiadomo, święta Bożego Narodzenia wszędzie na świecie obchodzi się trochę inaczej. W Boliwii najważniejszy rodzinny obiad świąteczny odbywa się raczej w pierwszy dzień świąt a nie w Wigilię. Oczywiście wszystko zależy od regionu, konkretnej rodziny i wielu innych czynników, ale będę teraz z premedytacją uogólniać. W tym gorącym okresie do miasta, które stroi się w światełka i inne błyskotki od tygodni, ściągają całe zastępy Indian z okolicznych miejscowości. Ściągają tu całymi rodzinami, by parę dni posiedzieć na chodnikach, a w odpowiednich momentach pojawić się w miejscach, gdzie mieszczuchy motywowane świątecznymi odruchami serca obdarowują tych, którym na tym świecie jest trudniej. Place i ulice żyją. Słychać gwar okupujących chodniki rodzin, warkot samochodów, latynoskie przeróbki Jingle Bells i Cichej Nocy puszczane na cały regulator z prawie wszystkich sklepów. Ludzie chodzą szybciej, w pośpiechu załatwiając ostatnie sprawunki. W Kościele Św. Franciszka młodzieżowy zespół rockowy stroi elektryczne gitary, perkusista gorączkowo wali w swoje talerze. Miejska orkiestra cały dzień maszeruje po ulicach ćwicząc utwór na nocną paradę. W powietrzu czuć atmosferę oczekiwania.

O 23. z bocznej kaplicy przy Katedrze wyrusza bożonarodzeniowa parada. Na jej czele radośnie podskakuje gromada lokalnych dzieci. Podobno długo przygotowują się do tego występu, choć zupełnie tego nie widać. Widać natomiast, że te urocze nieskoordynowane podrygi sprawiają im niesamowitą frajdę. I pięknie to wygląda. Za dziećmi, wsparty na ramionach mężczyzn, sunie majestatycznie sporych rozmiarów żłóbek z Jezuskiem i aniołami. Potem ksiądz, a zanim kilkuset wiernych, większość ze swoim własnym, często domowej roboty, żłóbkiem. Przeróżne lalki i laleczki ubierane są w najrozmaitsze kubraczki (zależnie od tego, jak dana rodzina wyobraża sobie odzienie godne małego Jezusa), umieszczane w pozycji horyzontalnej na/w czymkolwiek, od koszyczka po plastikowe tace, potem niesione na rękach przez całą paradę aż do kościoła, w którym to o północy odbywa się pasterka (Misa de Gallo). Po mszy żłóbki są święcone pod ołtarzem i zabierane do domu. Co się dzieje dalej, nie wiadomo. Podobno właśnie po pasterce rozpoczyna się wielka fiesta, nierzadko trwająca do samego rana. U nas w hotelu Francuzi już chrapali, a wokół stolika przy którym świętowali walały się puste butelki po winie.

No bo dla każdego z nas Święta to coś trochę innego. Dla jednych to tylko okres wakacji, dla innych cenny czas dla rodziny, dla jeszcze innych ważne święto religijne. Dla Boliwijczyków to żłóbki i rodzinny obiad (tradycyjnie serwowana w ten dzień picana to wołowina z ziemniakami i kolbą kukurydzy), dla większości Polaków – Wigilia z bliskimi i barszcz uszkami, dla Francuzów -wołowina i wino. Wiem, wiem, uogólniam. Ale dziwne to były Święta. Mimo że czuliśmy się trochę samotni w Wigilię wśród palm, mimo że nikt nie rozumiał naszych entuzjastycznych opowieści o barszczu i pustym miejscu przy stole, na swój wyjątkowy sposób były te Święta całkiem świąteczne. A już na pewno niezapomniane. [-a.]

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: