Sinobrody Anioł z Quime

20 Gru

„Teraz już czuję się bardziej Boliwijczykiem. A Ameryka? Nie chcę już mieć z nią nic wspólnego…”

M. urodził się w Kalifornii i uczęszczał do tamtejszych szkół. Późniejsza przeprowadzka na Alaskę, gdzie w kompletnej dziczy zajmował się budową drewnianych domów, uświadomiła mu, że woli żyć z dala od cywilizacji. Z wykształcenia i zamiłowania botanik i archeolog, bardzo chciał rozwijać się właśnie w tych kierunkach i to przywiodło go do Boliwii w 1978 roku. Dostał solidne stypendium na badania mchów od chicagowskiego Muzeum Historii Naturalnej Fielda i tak zaczęła się jego południowoamerykańska przygoda, która trwa do dziś. Badania szły tak dobrze, że po roku otrzymał następne stypendium, później następne i tak przez osiem lat. Ostatnie dwa lata zainwestowało już w niego towarzystwo naukowe National Geographic. Przerobił swojego Landrovera, w którym z tyłu zmieścił łóżko i małą kuchnię i tak żyjąc przemierzał Boliwię i jej okolice wynajdując i badając nowe okazy mchów. Wyniki były imponujące. Zebrał i skatalogował ponad 16,000 okazów. To największa taka kolekcja zebrana przez kogokolwiek w historii tego kraju, a jego zdjęcia i wyniki badań były publikowane na stronach ważnych boliwijskich książek i katalogów przyrodniczych.

Gdy po ośmiu latach dostał od sponsorów pieniądze na powrót do ojczyzny, wiedział już, że Stany to nie jest miejsce dla niego. Ośmiusetdolarowy voucher na bilet lotniczy zamienił na gotówkę, a za nią kupił kawałek ziemi w Quime – małym miasteczku ukrytym w górach w dystrykcie La Paz. Położone z dala od dużych miast i od głównego szlaku turystycznego, bardzo ciekawe pod względem przyrodniczym ze względu na duże różnice wysokości okolicy a przez to różne strefy klimatyczne, Quime wydało mu się idealne do zamieszkania. Dzięki swoim umiejętnościom nabytym na Alasce, pracując przez prawie dwadzieścia lat, wybudował imponującej wielkości dom, białą hacjendę, w której kilka pokoi przeznaczył na prosty hostel. Przewodniki nie wspominają nic o Quime, więc odwiedza je niewiele osób. W ostatnim roku było ich 30. Pozwala to M. na skromne życie na taniej boliwijskiej prowincji, chociaż czasami i tak musi coś uszczknąć ze swoich oszczędności.

M. ma dwie córki. Jedna z nich mieszka na Alasce i sporadycznie przylatuje do ojca w odwiedziny. Druga mieszka w La Paz i to jedyne miejsce, do którego M. jeździ raz na jakiś czas w celu uzupełnienia zapasów spożywczych – w małym Quime wiele produktów jest nie do kupienia. Mówiąca bez akcentu zarówno po hiszpańsku jak i po angielsku córka robi małą karierę w międzynarodowej firmie, lubi La Paz i nigdy w życiu nie chciałaby mieszkać na prowincji. „Tu jest tak nudno! To jakieś piekło!” – mówi.

Po zakończeniu kariery jako przyrodnik, M. poza mozolnym tworzeniem domu, który powstawał w wielu etapach, zajął się swoimi pozostałymi pasjami – archeologią i geologią. Boliwia to raj również dla takich ludzi. Z pasją mówi o różnych miejscach w kraju, który zna jak własną kieszeń. O historii naturalnej regionu, o parkach, skałach i ciekawych geologicznie miejscach. Kiedy zdrowie przestało dopisywać, a braki finansowe nie pozwoliły na dalsze podróże, osiadł na stałe w Quime i teraz już praktycznie cały czas spędza w domu, gdzie realizuje się w swoim całkiem nowym hobby – w edycji filmów. Zainspirowany niezależnymi produkcjami z różnych stron świata, a jednocześnie ciągle męczony wizjami jak można by je zrobić inaczej, wymyślił swój mały kreatywny proces. Korzystając ze swojej olbrzymiej biblioteki filmowej, montuje krótkie formy używając scen z innych i tworząc w ten sposób nowe scenariusze według swojego pomysłu. Spędza nad tym całe dnie pracując na komputerze. Swoją małą operację nazwał Bluebeard Angel, czyli Sinobrody Anioł. Ostatnio zaczął dodawać napisy po hiszpańsku i prezentować swoje małe dzieła mieszkańcom wioski. Z czasem planuje zrobić więcej kopii z okładkami i zawieźć je sprzedawcom pirackich DVD w La Paz. Za ich pomocą chciałby rozpowszechnić swoje małe etiudy.

Próbował też innych rzeczy. Przez kilka lat zajmował się projektowaniem i produkcją szmacianych lalek. Dostał nawet od lokalnych władz małą pomoc finansową na działalność, ale po jakimś czasie musiał to porzucić. Zapotrzebowanie na tradycyjne zabawki chyba po prostu zanika. Kolejny talent M. to kamieniarstwo. Podczas długiej budowy domu nauczył się tego fachu i wybudował wokół posesji wiele schodów i tarasów. Doprowadził to rzemiosło do perfekcji i teraz myśli o organizowaniu kilkudniowych kursów kamieniarstwa i zarabianiu w ten sposób dodatkowych pieniędzy.

M. czuje się dobrze w Boliwii. Żyje skromnie, nie ma dobrych ubrań, a do najbliższego, bardzo wolnego, internetu musi iść dwadzieścia minut na dół miasteczka. Przydałby mu się w domu. YouTube – olbrzymia kopalnia materiałów – pomógłby przecież bardzo w jego hobby, ale na razie łącze satelitarne w domu przekracza możliwości jego budżetu. Ameryka obserwowana z zewnątrz to dla niego kraj politycznych zbrodniarzy i nie chciałby już tam nigdy mieszkać. Żyjąc w społeczności rdzennych mieszkańców Boliwii i widząc z bliska ich problemy zaczął popierać politykę prezydenta-Indianina Evo Moralesa. Wierzy, że nowy model socjalizmu, który ten próbuje wprowadzić, to dobre rozwiązanie dla kraju. Czując obywatelski obowiązek – sam zaczął walczyć z niesprawiedliwościami w kraju.

23 września 2003 roku ówczesny prezydent Gonzalo”Goni” Sanchez de Lozada  pod pretekstem uwolnienia turystów z zablokowanej protestami Soraty kazał żółnierzom strzelać do ludzi. Zginęło wtedy sześcioro osób, w tym ośmioletnia dziewczynka Marlene Nanci Rojas Ramos. Boliwia grzmiała. 11 października armia powtórzyła rozkazy prezydenta i zaczęła strzelać do ludzi w El Alto. Ale i to nie uciszyło społeczeństwa. Presja zmusiła go w końcu do rezygnacji 17 października 2003. Uciekł do USA, gdzie dostał polityczny azyl. Wściekły na tę niedorzeczną sytuację M. pojawił się wówczas w boliwijskich mediach, żądając ekstradycji Goniego i oskarżając Amerykę o wspieranie jego poczynań. Za te działania stał się persona non grata w Ameryce. Do dziś Boliwii nie udało się wymusić ekstradycji Lozady, a M. jest przekonany, że był on marionetką amerykańskiego rządu i dlatego dostał azyl i jest przez nich chroniony.

M. ciągle jeszcze stara się udzielać w ważnych sprawach w swojej społeczności, chociaż czuje już powoli starość i coraz bardziej woli oddawać się prostym pracom wokół swojego domu. Wszyscy ludzie w okolicy znają i podziwiają M. Dla nich też jest już bardziej ich rodakiem niż jankesem.

Trzy dni spędziliśmy na rozmowach, wspólnym gotowaniu, oglądaniu filmów i spacerach przez eukaliptusowe lasy Quime. Inspirujący człowiek otworzył przed nami swoje życie i dał nam sporo do myślenia. Fajnie, że są tacy ludzie na świecie… [-k.]

WIĘCEJ ZDJĘĆ – TUTAJ

WIĘCEJ ZDJĘĆ – TUTAJ

Reklamy

komentarzy 5 to “Sinobrody Anioł z Quime”

  1. paulina g. 20 grudnia 2011 @ 23:56 #

    przepiękna historia, dziękuję.

  2. kiosc 21 grudnia 2011 @ 10:45 #

    Uwielbiam czytać relacje z waszych podróży. Przy tej łezka w oku mi się zakręciła 🙂 Podróżowanie jest cudowne, a jeszcze wspanialsze się staje dzięki takim właśnie pięknym historiom. Pozdrawiam 🙂

  3. Ambasador 21 grudnia 2011 @ 21:50 #

    Dobra miejscówa, muszę się wybrać na weekend. 🙂

    • bezdomu 21 grudnia 2011 @ 22:13 #

      Wybierz się koniecznie. Zwłaszcza że droga z Konani do Quime jest po prostu przepiękna. a.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: