Matka Boska Pokoju

5 Gru

Hałas. Tysiące samochodów, autobusów i autobusików stojących w wiecznych korkach na wąskich stromych uliczkach. Z każdego z nich wystaje głowa naganiacza, który monotonnym głosem recytuje nazwy ulic, gdzie dany pojazd się udaje. Wsiada się w biegu, w biegu też zatrzaskuje się za sobą drzwi. Uno cincuenta, señor (jakieś siedemdziesiąt groszy), niezależnie od tego gdzie się wysiada. A wysiadać można wszędzie. Parę dni temu wprowadzono pomysł przystanków przy centralnym placu, ale nikt się do tego nie stosuje, no bo jak całe życie wsiadało i wysiadało się tam, gdzie nam się żywnie podobało, to jak przyzwyczaić się do niedogodnych ustalonych przystanków?

Tłok. Od mniej więcej lat dziewięćdziesiątych, po wielkim kryzysie spowodowanym spadkiem cen cyny, Boliwijczycy wzięli sprawy w swoje ręce i handlują gdzie się tylko da wszystkim co im wpadnie pod rękę. Napoje, te butelkowane i te własnej roboty, świeżo wyciskane soki z najlepszych w moim życiu pomarańczy (ale i grejpfrutów, marchwi, jabłek, malin, papai i wielu innych smakowitości). Owoce, warzywa. Kłódki, szampony i dezodoranty. Farby do włosów, kabelki, przedłużacze. Garnitury, sukienki, bielizna. Bułki, smażone kurczaki, frytki, empanady, salteñe, hamburgery. Grillowane mięsko, zupy spod szmaty. Pirackie filmy, płyty cd i najnowsze programy komputerowe. Wszyscy gdzieś spieszą, wszyscy coś żują, gadają jak najęci. Cholity ocierają się ramionami o nowoczesne nastolatki. Starsi Indianie w kapeluszach podążają w sobie tylko znanych kierunkach konsekwentnym, pewnym krokiem. Wystrojeni w porządne garnitury biznesmeni rozmawiają przez telefon przez zestawy słuchawkowe. Indiańskie podlotki o nieśmiałych twarzach dźwigają na plecach wielkie pakunki owinięte w piękne tradycyjne koce.  Czasem wychyli się nich twarz ciekawskiego umorusanego bobasa. Na progu licznych salonów fryzjerskich stoją kolejni zachęcający i obojętnie ile razy koło nich przejdziesz, za każdym razem usłyszysz gwizd jak na psa i  Mister, barber?? Na ulicach kotłują się reprezentanci tak różnych środowisk, warstw społecznych, gustów, zwyczajów, odcieni, że zawrót głowy murowany.

Zadyszka. Miasto leży w kanionie na wysokości 3,660 metrów i mimo kilkudniowej aklimatyzacji i tak cały czas sapiesz. Każdy spacer oznacza konieczność prawie wspinaczki. Oddechu brak, siły też. Elita mieszka w środku kanionu, tam gdzie płasko, żeby nie musiała się przemęczać. Im człowiek biedniejszy, tym wyżej żyje. Dziwny to widok. Przepiękne góry wokoło, a w środku nowoczesne biurowce, hotele, apartamentowce, kolonialne domy, centra handlowe. Na zboczach kanionu niezliczone ilości ceglanych domów. Niechlujne, wyglądające na prowizoryczne, bo nigdy nietynkowane, domostwa tych biedniejszych. Kontrasty biją po oczach i nie pozwalają o sobie zapomnieć ani na chwilę. Uderzają tym mocniej, im gorzej ci się oddycha. Czy można się do tego w ogóle przyzwyczaić? I te spaliny. Włażą prosto do gardła i wywołują mdłości. Aaaaaaa…

Muzyka. To takie piękne i wiele obiecujące słowo. Tutaj jest naprawdę dużo dobrej muzyki. Sporo ambitnych twórców czerpiących zarówno z bogatych tradycji lokalnych, jak i nowych światowych trendów. Prawie nikt ich jednak nie słucha, bo wszędzie, dosłownie wszędzie, królują tandetne przyśpiewki o miłości o prostym i nudnym jak flaki z olejem rytmie. Wszystkie brzmią identycznie i cierpią nad nadmiar wyrazów amor (miłość, kochanie) i corazó(serce). Nie da się od tej wątpliwej rozrywki uciec, bo jest ona wszechobecna. Przy śniadaniu, gdy się człowiek ku obudzeniu raczy przepysznym ciastkiem wypełnionym stopionym serem i api, gorącym napojem z dwóch kolorów kukurydzy, jest obecna. Przy almuerzo, dwudaniowym lunchu składającym się na przykład z zupy z quinoa (komosy ryżowej) i wielkiego talerza smażonego mięsa, kiełbaski, jajka, sałatki, ryżu i ziemniaków, jest już głośno obecna. Przy przemieszczaniu się transportem publicznym, jest wręcz obowiązkowa. A już najbardziej rozbisurmaniona jest około 7.30 rano w hotelu, gdzie pracujące tu Indianki do porannego sprzątania, zupełnie nie przejmując się śpiącymi gringosami, włączają ulubione utwory powyżej zdolności głośnościowej ich skromniutkiego sprzętu. Wtedy słychać tylko niezastąpiony rytm, niemiłosierne zawodzenie nieszczęśliwego amanta, trzask taniego głośnika i nieuchronne szczękanie własnych zębów o poranku.

Amor. Młodzi obściskują się tu i obcałowują zupełnie bez zahamowań. Na ulicy, przystanku, w restauracji, parku, pod kościołem. El amor está en el aire!!!

Ekspresja. Potrzeba wyrażania się wydaje się jedną z podstawowych potrzeb mieszkańców Boliwii. Po pierwsze dużo tu sztuki ulicznej, mnóstwo murali, lepszego lub gorszego graffiti. Po drugie, niezgoda na obecną sytuację społeczno-polityczną. Tu widać to najwyraźniej. Administracyjna stolica kraju niemal codziennie okupowana jest przez demonstrantów. Grupy niezadowolonych co parę dni/miesięcy (zależnie od powodzenia rokowań) zmieniają się, ale miasto jest nieustannie oblężone. Kilka głównych ulic zamkniętych, fajerwerki na znak protestu, blokady, transparenty, okrzyki, parady, policja w pełnym rynsztunku i pełnej gotowości. Protestują wszyscy. Kierowcy transportu publicznego, studenci, górnicy, Indianie. Każdy ma jakieś pretensje do rządu i zdaje się, że słusznie. Boliwia jako kraj z największym odsetkiem rdzennej ludności (55%) po raz pierwszy wybrała sobie w 2005 r. Indianina na prezydenta. Evo Morales w młodości głównie pasł lamy i grał na trąbce, potem zajął się uprawą koki. Właśnie jako reprezentant cocaleros (farmerów koki), dzięki ich wsparciu, zdobył władzę. Ciąży na nim wielka odpowiedzialność, bo naobiecywał za dużo. Teraz wszyscy upominają się o swoje. Ku zadowoleniu biednej większości znacjonalizował przemysł energetyczny, zmienił konstytucję (na korzyść dyskryminowanych Indian), wyrzucił z kraju DEA (amerykańską agencję walczącą z produkcją i przemytem narkotyków). Sprzeciwia się, jak sam to nazywa, neoliberalizmowi, nie lubi Ameryki i chce, aby państwo sprawowało ścisłą kontrolę nad surowcami naturalnymi. Chce stworzyć swój model socjalizmu, a rdzennym masom bardzo to odpowiada  (bogatym potomkom hiszpańskich „panów” dużo mniej).  Niestety Evo wpadł w swoje własne sidła, bo antagonizując Amerykę może dużo stracić (amerykańska pomoc wydaje się w tym momencie niezbędna, aby kraj realizował swoje projekty). Szczyci się tym, że jest proekologiczny, ale też zależy mu na dalszym poparciu cocaleros. Stąd bardzo aktualny problem ze słynną autostradą do Brazylii. Na pewno wygenerowałaby dużo miejsc pracy, a już na pewno uszczęśliwiłaby tamtejszych farmerów koki, ale niestety musiałaby przecinać TIPNIS, park narodowy i terytorium Indian w Amazonii. Evo podpisał umowę z Brazylijczykami, którzy zaoferowali się pokryć koszty tej inwestycji. Na skutek ogromnych protestów, które nie przebiegały pokojowo i zostały brutalnie stłumione, projekt został odwołany. Boliwijczycy mają bardzo długą tradycję demonstracji i z doświadczenia wiedzą, że w ten sposób sporo można zdziałać. Debata publiczna w kwestii TIPNIS jest nadal bardzo ożywiona, a populistyczny prezydent wije się jak piskorz, próbując zadowolić wszystkich czyli nikogo. Niewielu już optymistów przypisuje mu dobre intencje. A wracając do ekspresji… Ludzie tutaj mimo zgorzknienia, zniechęcenia, braku zaufania do jakiejkolwiek władzy, mimo biedy i trudów codziennego życia mają w sobie wolę walki, potrzebę zamanifestowania swoich przekonań, mają siłę podjęcia próby zmian. I to moim zdaniem jest imponujące. Krzyczą, maszerują, zrzeszają się, puszczają petardy. Piszą farbą po murach, ale nic z naszych HWDP czy Legia Pany. Piszą, że Evo zostaje. Albo że Evo ich zdradził. Że Boliwia się zmienia. Że ktoś kłamie. Że miasto spłonie. Dla mnie czytanie napisów na ścianach miasta to jak czytanie jego duszy. Tu, bardzo niespokojnej, ale wiecznie poszukującej.

Obezwładniający zgiełk, otumaniające zapachy, osaczające tłumy. Widok namacalnego niezadowolenia społecznego w społeczeństwie, które tego nie ukrywa. Bieda i przepych, rozwój i stagnacja, tradycja i nowoczesność. Życie we wszystkich swych aspektach, ale jednak życie. La Paz to miasto, które nas niejako pochłonęło na całe dwa tygodnie. Może i obiektywnie nie jest piękne, ale nam było ciężko stąd wyjechać. Oczywiście przyczynili się też do tego Szymon i Gabicha, z którymi spędziliśmy kilka bardzo interesujących wieczorów. Był i koncert, i przedstawienie, i wspólnie lepione pierogi.

Miasto Matki Boskiej Pokoju z absolutnym pokojem niewiele ma wspólnego, ale my w tym niepokojowym chaosie odnaleźliśmy jakąś własną równowagę. Nie wiem, czemu ludzie nie lubią La Paz. [-a.]

WIĘCEJ ZDJĘĆ – TUTAJ


WIĘCEJ ZDJĘĆ – TUTAJ

Reklamy

komentarze 3 to “Matka Boska Pokoju”

  1. eulalia87 5 grudnia 2011 @ 08:24 #

    akcja przejście dla pieszych nadal trwa? czy może przejścia się już przyjęły? i przystanki są kolejnym etapem ;)?

  2. Lili 17 grudnia 2011 @ 17:15 #

    Cudowny chaos-uwielbiam takie klimaty. Graffiti-odjechane. Kuba- dobrze wygladasz. Tesknie!

Trackbacks/Pingbacks

  1. and we’re under the same stars and that’s as close as we get tonight | MyWayAround.com - Ambasada Polski w Boliwii - 14 grudnia 2011

    […] pojawiłem się na blogu Asi i Kuby, zapraszam również do obejrzenia ich zdjęć z La Paz i nie […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: