Nareszcie chłód

16 Lip

Po upalnym Jaipurze jedyne o czym szczerze marzyliśmy to chłód. Nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, ale naprawdę zatęskniłam za zimnem. Za potrzebą opatulenia się szalikiem, za ubieraniem się na cebulkę, za zakrytymi butami i dotykiem skarpetek na stopach. Dziwne, co? Od upałów po prostu żyć się odechciewa. Przynajmniej mi. Po miesiącach pod znakiem nieustannego pocenia się, gdy w końcu wysiedliśmy w McLeod Ganj, koło Dharamsali, nie mogliśmy nacieszyć się oddychaniem. Świeże, pachnące lasem powietrze w płucach było czystą rozkoszą. I w końcu długi rękaw. Na kilka dni z radością odłożyłam na dno plecaka jedyną bluzkę, w której potrafiłam funkcjonować przy czterdziestu stopniach.  Żegnaj, przeklęta.

McLeod Ganj jest pięknie usytuowane i ma wielkie znaczenie dla Tybetańczyków i dla tych, którzy wspierają ich sprawę. Jest tu jednak tylu turystów, głównie tych poszukujących sensu życia i tybetańskich souvenirów, że ciężko się cieszyć pięknem lokalizacji. Całe cztery ulice miasteczka są tak zatłoczone, że aż trudno uwierzyć, że jest się na jakiejś górze w Himalajach.

Z Dharamsali uciekliśmy do Manali. Samo Manali jest miejscem zupełnie niesympatycznym, pełnym hinduskich turystów, którzy przechadzają się w tę i nazad po tej samej rozkopanej ulicy usłanej dziesiątkami sklepików z przeróżnym badziewiem. My mieszkaliśmy w pobliskim Vashisht. Vashisht to małe miasteczko położone na wschodzie rzeki Bjas. Jest zagłębiem backpackerów, bo jest bardzo tanio (pokoje z łazienką i niesamowitym widokiem na Himalaje kosztują jakieś sześć dolarów), wprost przepięknie (ze wszystkich stron otaczały nas widoki jak z pocztówek), wygodnie (niemieckie piekarnie, espresso, izraelskie śniadania, księgarnie, szkoły jogi i medytacji i wszystko, czego dusza światowego łazęgi zapragnie)  i do tego klimatycznie (mimo całej infrastruktury przygotowanej dla zachodniego turysty i mimo zatrważającej liczby tych ostatnich, Vashisht dalej jest małym miasteczkiem, w którym ludzie noszą swoje tradycyjne stroje, zbierają zioła w lesie, hodują krowy i wyprawiają tradycyjne trzydniowe wesela, na które zapraszana jest cała wioska). Nasze plany udania się na północ zostały całkowicie pokrzyżowane (następnym razem…), więc rozgościliśmy się w Vashisht. Cały tydzień cieszyliśmy się drobnostkami, o których nigdy wcześniej nawet nie myśleliśmy. Przeobfitymi śniadaniami za półtora dolara. Wizytami w kafejce internetowej, której właściciel ze stoickim spokojem przełączał się na zasilanie awaryjne, gdy na dachu obok z okropnym trzaskiem płonął kabel do tej pory dostarczający prąd. Weselem, które trwało bez końca i na które wszyscy byli zaproszeni. Spacerowaliśmy po okolicznych lasach, dawaliśmy się naciągać w ściemnionych sklepikach z niby starą biżuterią . No i obserwowaliśmy innych podróżników. To ostatnie było rzeczywiście interesującym doświadczeniem. Indie przyciągają specyficzny typ turysty zachodniego. Zupełnie innego niż Azja Południowo-Wschodnia. Tu typowy obieżyświat ma albo długie, albo przedziwnie  wystrzyżone włosy, nosi zwiewne szaty w pastelowych kolorach, brzydzi się wynalazkiem obuwia i spotkanych na swej drodze innych białych pozdrawia uduchowionym Namaste. Miasteczko leży na zboczu góry i z hoteli usytuowanych wyżej (jak nasz) widać dachy domów położonych poniżej. A widok to fascynujący, bo turyści w Vashisht stawiają na kontakt z naturą i prężą się na dachach swych hoteli w imponujących pozycjach jogi najwidoczniej składanych w ofierze Himalajom, zawzięcie ćwiczą tańce z ogniem przy dźwiękach psychodelicznej muzyki z małych przenośnych głośniczków, albo po prostu siedzą w kręgach wtajemniczonych i zawzięcie palą słynny charas z Manali, czyli lokalny haszysz. Co poniektórzy posiłkują się mocniejszymi specyfikami i potem biegają w kółko po dachu ze wzrokiem utkwionym w niebie, rękami odganiając jakieś, podejrzewam, straszliwe nietoperze (This is bat country!!).

Vashisht jest fajne. Nasi sąsiedzi, Anglik ze świeżo poznaną Francuzką, przez tydzień nie opuścili swojego pokoju/balkonu. Zamawiali jedzenie z restauracji na dachu, czytali sobie Małego Księcia i cały dzień gapili się na góry i palili. Odwiedzały ich okoliczne psy (drugie piętro, a psiaki w jakiś przedziwny sposób odnajdowały ich i ich łóżko, w którym zazwyczaj zupełnie wyluzowani gospodarze pozwalali im spać). Przemili sąsiedzi codziennie pytali nas, czy udało nam się już dojść do wodospadu (to w sumie jedyna atrakcja w tej okolicy). W przeddzień naszego wyjazdu bardzo zadowoleni z siebie pochwalili się, że już nawet widzieli drogowskaz na ten wodospad. Takie właśnie jest Vashisht. Tu nic nie trzeba. [-a.]

WIĘCEJ ZDJĘĆ – TUTAJ

TIMELAPSE (WIDEO)

Reklamy

Komentarze 2 to “Nareszcie chłód”

  1. karo 17 lipca 2011 @ 04:36 #

    zdjęcia zapierają dech w piersiach. szczegolnie te, na ktorych widać gorskie szczyty.

  2. Kasia 18 lipca 2011 @ 16:39 #

    Wybieracie się do Ladakhu? Czytam waszego bloga od początku, a za tydzień właśnie sie tam wybieram 🙂 Może się spotkamy 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: