Piekło-Niebo

22 Czer

Varanasi (Benares) to obowiązkowy przystanek na trasie każdego, kto zwiedza Indie. My nie mamy tym razem wystarczająco dużo czasu, żeby Indie zwiedzić tak, jak naprawdę byśmy chcieli, więc zmuszeni jesteśmy ograniczyć się do kilku miejsc, które po pierwsze wydają nam się potencjalnie najbardziej interesujące i reprezentatywne dla kraju, po drugie leżą mniej więcej po drodze, a po trzecie na które najzwyczajniej w świecie mamy jeszcze siłę. Wylądowaliśmy w Indiach w czasie największych upałów i muszę się przyznać, że to bardzo skutecznie zabija w nas chęć prawdziwego eksplorowania, wychodzenia poza utarte szlaki i ewentualnego kombinowania. Czyli idziemy po najmniejszej linii oporu, jeśli chodzi o wybór miejsc, które odwiedzamy. Wyszliśmy z założenia, że do Indii wrócimy i to pewnie nie raz, więc nic nam nie zaszkodzi, jak zaczniemy od tych bardziej uczęszczanych (czytaj: łatwiejszych). Pojechaliśmy więc do Varanasi, które, mimo że niezwykle turystyczne, nadal emanuje magią Indii: ich niezwykłą religijnością często graniczącą z szaleństwem (zresztą kto tak naprawdę potrafi je rozróżnić, albo kto ma do takiego rozróżniania prawo?)

Varanasi to jedno z najstarszych na świecie nieprzerwanie zamieszkanych miast i jedno z najświętszych miejsc w Indiach. Według hinduskiej tradycji, to tu właśnie najlepiej jest umrzeć. Śmierć w Varanasi zwalnia z obowiązku powtórnego narodzenia się czyli uwalnia od cierpienia. To miasto to cel pielgrzymek milionów, bo Ganges, rzeka-matka, obmywa z grzechów, inspiruje, uczy pokory. To tu, w Gangesie, najpierw obmywa się ciała zmarłych, by później nad jego brzegiem publicznie je spalić.

Wiedzieliśmy mniej więcej, czego się spodziewać, a i tak byliśmy pod wielkim wrażeniem. Stare miasto to labirynt niezwykle wąskich, częściowo zadaszonych uliczek, z sufitem splątanych kabli, po których bezustannie dokazują całe rodziny makaków. Uliczki są trochę klaustrofobiczne, bo nie dość że wąskie, to jeszcze niedorzecznie zapchane. Lokalnymi pielgrzymami, białymi turystami, żebrającymi dziećmi, sadhu (ascetami żyjącymi tylko jałmużną i medytacją), kalekami, wszelkiego rodzaju naganiaczami (hotelowymi, agencyjnymi, sklepowymi, narkotykowymi i wieloma innymi). Kozami, które, jak to kozy, zupełnie bez uprzedzeń pochłaniają całe góry wszędzie walających się śmieci. No i oczywiście słynnymi krowami, które przez nikogo nie niepokojone spokojnie i z całkiem zauważalną godnością leniwie przechadzają się wśród tłumów, pędzących w tym szaleństwie motocykli i sfor wszędzie drzemiących psów. Krowami, które na dowód swojego statusu, bezkarności i ogólnego dostojeństwa od niechcenia zostawiają za sobą olbrzymie śmierdzące placki. Na czymś w rodzaju parapetów przed wejściami do domów odpoczywają, handlują, rozmawiają, lub szykują się do umierania ludzie. Blaszane daszki i plątanina przewodów rzucają niesamowite cienie na ten magiczny świat wierzeń, rytuałów, syfu, smrodu i pozornego chaosu.

Po wielu zapytaniach o drogę w końcu udało nam się wydostać z tego labiryntu nad rzekę. Do słynnych ghatów, czyli schodów prowadzących do przystani. W Varanasi ghaty używane są przez kąpiących się pielgrzymów, przez modlących się do rzeki, przez tradycyjnie palących zwłoki. Nabrzeże pełne jest ludzi, którzy ściągają tu z całego świata, żeby dotknąć sacrum. Ja nie zbliżyłam się w Varanasi do oświecenia, ale mimo okropnego upału (ponad 40 C), starałam się otworzyć swoją głowę i serce i chociaż trochę zrozumieć ten odległy mi świat. Ciężko było. Na ghacie Manikarnika, największym ghacie kremacyjnym, z daleka ostrzeżono nas, że patrzeć możemy, ile chcemy, ale z szacunku dla rodzin zmarłych nie wolno nam robić żadnych zdjęć. Bez kwękania dostosowaliśmy się do zakazu, bo wydawał się bardzo logiczny. Wielkie było nasze rozczarowanie, a jeszcze większe zniesmaczenie, gdy za chwilę powiedziano nam, że właściwie to zdjęcia “no problem”, jeśli za tę możliwość najzwyczajniej w świecie zapłacimy. Czyli, szacunek wobec rodzin zmarłych schodzi na dalszy plan, jeśli w grę wchodzi kasa. I to od białych. Bo Hindusi (dodam, że niespokrewnieni ze zmarłymi) swoimi komórkami fotografują, ile wlezie.

Usiedliśmy na schodach hojnie upstrzonych krowim łajnem i oddaliśmy się obserwacji. Z malutkich zatłoczonych uliczek na górze co chwila wychodzą recytujące mantry miniprocesje, dzierżące na swych ramionach przystrojone nosze z zawiniętymi w jednokolorowe całuny zwłokami. Całkiem niepowoli schodzą nad rzekę, gdzie zdejmują dekoracje i powoli zanurzają ciało w wodzie, by duszę obmyć z wszelkich win. Potem układają takie ciało na uprzednio przygotowanym stosie drewna, a następnie przykrywają je ostateczną warstwą podpałki. Spod pni wystają tylko głowa (raz zawinięta, innym razem całkiem bezbronna w swojej nagości) i stopy. Stos posypywany jest proszkiem sandałowym, co nieco zabija zrozumiały w tej sytuacji odór. Najstarszy syn zmarłego, odziany w białe lunghi i białą chustę osłaniającą ramiona, trzymając w ręku płonącą wiązkę pięciokrotnie obchodzi stos dookoła, by w końcu własnoręcznie podłożyć pod niego ogień. Drewno szybko łapie płomień i po krótkiej chwili luźne do tej pory szaty zaczynają oblepiać ciało, nadając mu bardzo ludzki kształt. Najbardziej rzucają się w oczy stopy, które przeraźliwie sterczą, kłując w oczy konsekwentnie podkurczającymi się palcami. Zbyt drastycznie to opisuję? Takie właśnie jest Varanasi.

Tak widziałam to miasto oczami wyobraźni, zanim tu przyjechaliśmy. I takie właśnie jest. Tylko że nie tylko takie. To centrum religijne jest także wielkim centrum komercyjnym, z milionem stoisk, sklepików i krążących wszędzie jak sępy sprzedawców pływających świeczek, widokówek, farbek, kupowanych za gotówkę błogosławieństw w proszku, kolorowych napojów, bransoletek, kolczyków, owoców, narkotyków (Varanasi to miasto Shivy, czyli wszyscy palą gandzię i jedzą bhang, najwyraźniej tylko ja nie wiedziałam o tym, że Shiva był/jest(?) fanem tego typu używek) i wszystkiego czego dusza (a częściej ciało) zapragnie. Oprócz normalnego, czyli dobrowolnego trybu zakupów istnieje również tryb przymusowy czyli na tzw. chama. Polega to na nieopisanie nachalnym namawianiu turystów na przeróżne towary i usługi przez cwaniaczkowatych typów spod ciemnej gwiazdy. I choćbyś był nie wiem jak cierpliwy, jak np. Kuba, i tak po paru dniach będziesz tak wkurzony, że sam siebie zaskoczysz. I nie o to chodzi, że my akurat jesteśmy zepsuci, niewyrozumiali, czy wyzbyci empatii. Nie. Poziom ich zakłamania i kombinatorstwa połączony z brakiem jakichkolwiek skrupułów, refleksji i podstawowych manier może wyprowadzić z równowagi nawet świętego. Rozumiem, że to właśnie przez turystów taka sytuacja w ogóle powstała. Że wśród tych naprawdę biednych z niższych kast ( Tak, tak! Kasty mimo że oficjalnie potępiane, w rzeczywistości w wielu miejscach mają się świetnie.), że wśród tych biednych, nagabywanie i naciąganie białych (widzianych jako chodzące portfele) turystów jest najlepszym sposobem na zapewnienie sobie lepszego bytu. Rozumiem. Ale czy muszę się z tym godzić? Z tym, że 90% Hindusów, którzy do mnie podchodzą z wielkim uśmiechem pełnym pięknych białych zębów, to oszuści, kłamcy albo przynajmniej drobni naciągacze? Że w takim np. Varanasi prawie wszyscy chcą mnie po prostu okraść tylko i wyłącznie z powodu mojego koloru skóry?? Nie z nami takie numery i na szczęście udało nam się ominąć wszystkie non stop zastawiane na nas pułapki, ale nasza cierpliwość została poddana naprawdę poważnej próbie. I nie, nie wyszliśmy z niej zwycięsko. Varanasi to z jednej strony całe rzesze rozmodlonych Hindusów, a z drugiej grupki zachmurzonych białych, którzy na widok skierowanego w ich stronę uśmiechu białych zębów z irytacją zaczynają recytować: Nie, nie potrzebuję ani najtańszej na świecie łódki, ani najwyższej jakości jedwabiu z jedynego w mieście sklepu rządowego, ani najlepszego hotelu, bo mój właśnie się spalił, ani haszu z Manali, ani super-duper opium. I to przykry widok, bo biali z jednej strony dają lokalnym szansę na lepsze życie, a z drugiej, swoimi dobrymi chęciami, staraniami zrozumienia, przeżycia obcej kultury, jednocześnie wpływają na nią zmieniając (i to nie na lepsze) oblicze nawet tak świętego miasta jak Varanasi.

Czego jeszcze moja wyobraźnia nie przewidziała? Nie do końca zdawałam sobie sprawę z tak dalekiego nam, Europejczykom, pomieszania sacrum z profanum. Dla Hindusa jest to chleb powszedni i rzecz jak najbardziej naturalna. W trakcie kremacji, rodzina zmarłego ani nie wygłada na odświętnie ubraną, ani nawet nie zachowuje powagi. Zainteresowani gadają sobie w najlepsze, opierają się o barierki, a nawet żartują. Dosłownie metr od miejsca, gdzie ciała są myte, a niedopalone kości wrzucane do rzeki, w wodzie jak gdyby nigdy nic chłodzą się psy, od czasu do czasu wyławiając jakąś kostkę (lub dwie), by z zadowoleniem wyciągnąć ją na brzeg i ze smakiem obgryźć. Ze trzy metry dalej radośnie kąpią się dzieci, ze śmiechem parskając świętą wodą. Nieopodal modlą się zanurzeni do pasa pielgrzymi, raz po raz zamaczając w rzece głowę. Inni myją naczynia albo bawoły. Kilkadziesiąt metrów dalej łódka z przerażonymi (ale zachowującymi pozory opanowania i światowego obycia) turystami manewruje wokół nadętego jak balon ciała, które sobie spokojnie po rzece dryfuje, zanim ostatecznie osiądzie na przeciwległym brzegu Gangesu, gdzie najprawdopodobniej pochłoną je bezpańskie psy, które tylko na tę okazję czekają. (Ciał kobiet w ciąży, dzieci, samobójców, świętych i trędowatych nie pali się, tylko owinięte w płótna i przywiązane do ciężkiego kamienia często zawodnym sznurem, wrzuca do rzeki.)

No i kwestia tych nieszczęsnych kast. Oficjalnie nie mają one żadnego znaczenia, ale zwłoki tych z kast niższych pali się na dole, przy samej wodzie, a brahminów i innych wyższych kast na górze, przy samym odcisku stóp Vishnu. Przy obmywaniu ciał, składaniu ich na stosach, sprzątaniu niedopalonych kości pracują jednak tylko ci, których kiedyś nazywano nietykalnymi. I chociaż czasy, gdy musieli oni czołgać się tyłem, żeby zamiatać za sobą ziemię, na której potem mógł stanąć nieświadomowy niebezpieczeństwa “zanieczyszczenia” reprezentant wyższej kasty, już dawno minęły, to i tak ci “lepiej urodzeni” dalej patrzą na nich z góry i mówią o nich z niesmakiem. Co prawda ściszonym głosem, ale z pełnym przekonaniem, niejedna już osoba próbowała nam wytłumaczyć, że ci, co nas oszukują, traktują jak łatwy cel to niskie kasty, które nie mają żadnego kręgosłupa moralnego, systemu wartości, że brak im normalnych struktur rodzinnych i że to nie są “prawdziwi” Hindusi i im, tym wyżej urodzonym, za nich bardzo wstyd, ale takie już są Indie, że ludzie reprezentują sobie bardzo różne poziomy. Nie wiem, czy oszukiwali nas tylko nietykalni, ale fakt, że takie pojęcie nadal i tak mocno istnieje w świadomości publicznej bardzo nas zaniepokoił. Jeszcze nie udało mi się wziąć do ręki takiej gazety codziennej, w której  nie byłoby jakiejś historii o zabitej przez ojca córce, która uparła się, żeby poślubić kogoś spoza swojej kasty,wobec czego ojciec nie miał innego wyboru i dla zachowania honoru zamordował swoje własne dziecko. Serio. W kraju, który słynie ze swojego imponującego rozwoju gospodarczego, w którym klasa średnia jeździ dobrymi samochodami, pracuje w klimatyzowanych biurach, mówi płynnie po angielsku i do wielu funkcji życiowych używa I-phone’a, w tym samym kraju w wioskach zapomnianych i przez rząd w Dehli, i przez cały świat podziwiający wyniki gospodarcze tego azjatyckiego tygrysa, ludzie nadal żyją sobie według pradawnych praw i zwyczajów, czasem wręcz przerażająco niedotknięci postępem.

A w Varanasi wszystkie te światy się spotykają. Radykalni półnadzy asceci bezkompromisowo dążący do mokshy czyli wyzwolenia z cyklu narodzin i śmierci i typowi pielgrzymi klasy średniej, umiarkowanie religijni, ale zawsze przezorni, nawet w kwestiach duchowych. Biali turyści czasem trochę naiwnie szukający czegoś, czego być może brakuje im w ich własnych kulturach i żyjący na ghatach dawni nietykalni, wciąż funkcjonujący w dawnych społecznych schematach, ale jednocześnie próbujący jakoś te schematy przekraczać, rozmawiając z białymi, których podziały indyjskiego społeczeństwa nie dotyczą. Kwestie ducha i ciała, bezczasowość i doczesność, zasługi w niebie i zysk na ziemi, piękno wzniosłych rutuałów i śmierdząca brzydota otaczającej rzeczywistości. Wszystko to czyni Varanasi i piekłem, i niebiem. [-a.]

Więcej zdjęć – TUTAJ

Reklamy

Komentarzy 5 to “Piekło-Niebo”

  1. REnata 23 czerwca 2011 @ 08:04 #

    pieknie to napisalas!!!!
    niezwykle ciekawe historie i zapierajace dech w piersiach zdjecia Kuby!!!!

  2. magda 23 czerwca 2011 @ 10:08 #

    Uwielbiam Varanasi…

  3. dzialki budowlane na sprzedaz 24 czerwca 2011 @ 21:24 #

    Moja znajoma tam była i obiecała, że mnie zabierze ze sobą następnym razem. Nie mogę się już doczekać! 🙂

  4. Grażyna 29 czerwca 2011 @ 17:48 #

    Asiu , czytając Piekło-Niebo, oczami wyobrazni i z pomocą zdjeć Kuby , byłam w Varanasi z Wami . Dziękuje .Pozdrawiam najserdeczniej – ciotka Grażka.

  5. Asia Pitasia 30 czerwca 2011 @ 21:48 #

    Oj już wracajcie…. Jak wrócicie do napijemy się wodziczki, o!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: