Myo Myint w klasie zwyczajnej

14 Maj

W Birmie staramy się nie korzystać z transportu rządowego, ale czterodniowy paraliż wszelkich prywatnych firm transportowych zmusił nas do podróży pociągiem. W normalnych warunkach pociągi zawsze wolimy, bo wymuszają interakcję, zbliżają do ludzi, a poza tym są wygodniejsze, można wyprostować nogi, wstać, przejść się choćby do łazienki. Autobusy w Birmie były dotychczas bardzo ładne, klimatyzowane i wydawałoby się wygodne, gdyby nie to, że pomiędzy dwójkami siedzeń domontowane są dodatkowe, co często czyni podróż ciasną i duszną (bo kierowca czasem postanawia zaoszczędzić na benzynie i wyłącza klimę, a okien często nie da się otworzyć). Pociąg, mimo moralnych dylematów, był przyjemną odskocznią.

Kupiliśmy klasę “ordinary”, bo taniej i zawsze ciekawiej. Pociąg wyjeżdża o czwartej rano (grafiki środków transportu w tym kraju są tak niedorzeczne, że aż nie chce mi się o tym pisać), a już o 3.30, jak dotarliśmy na dworzec, jest całkowicie zapakowany ludźmi. Całe rodziny z wielkimi pakunkami i ci, których nie stać na miejscówkę, poukładani na podłodze pod siedzeniami lub w przejściu. Czeka nas 11 godzin na twardych siedzeniach. Nie mogę się doczekać.

Najpierw konduktor sugeruje nam, że to pomyłka na bilecie, bo my przecież na pewno chcieliśmy pierwszą klasę i wysyła nas do złego wagonu. Szybko orientujemy się, co się dzieje i wyprowadzamy go z błędu. Robi wielkie oczy i pokazaje właściwe siedzenia. Siedzimy naprzeciwko bardzo starego mnicha, który zamiast brody ma 2, słownie dwa, długie siwe włosy. Jest bardzo szczupły i wygląda, jakby się miał zaraz rozsypać w pył. Obok niego siedzi jeden z czterech synów sympatycznej pani siedzącej z pozostałymi pociechami zaraz obok. Przez pierwszą godzinę jesteśmy obiektem zdziwionych spojrzeń i zabawnych (nie dla nas) komentarzy. Trochę zburzyliśmy naturalny porządek rzeczy, ale nie do takich rzeczy się ludzie w Birmie przyzwyczajają. Próbujemy spać, ale jakoś się nie daje i w końcu przysiada się do nas Myo Myint. Człowiek, który uczyni naszą podróż z Mandalay do Hsipaw niesamowitym doświadczeniem.

Myo Myint jest skromnym człowiekiem pochodzącym z małej wioski pod Mandalay. Nie skończył szkoły, ale bardzo lubi się uczyć i czytać. W torbie ma świeżo zakupioną książkę po angielsku o Bangkoku oraz podręczny słownik angielski Oxfordu. Bardzo się cieszy, że udało mu się ją tanio nabyć. (A propos książek w Birmie: na każdym, nawet najskromniejszym rynku rozkładają się na ziemi liczni handlarze sprzedający dosłownie stosy książek: po birmańsku, angielsku, starych oryginałów i nowszych kopii ksero bindowanych w kolorowe tekturki. Hurra! Ludzie w Birmie naprawdę czytają!). Wracając do Myo Myinta, on również dużo czyta i chciałby z kimś poćwiczyć swój angielski. Od razu zaznacza niepewną, ale poprawną, angielszczyzną, że nie ma wobec nas żadnych innych oczekiwań, oprócz interesującej rozmowy w języku, którego pilnie się uczy. Już samo to oświadczenie zupełnie nas rozbraja.  Jest rozwiedziony i raczej nie chce już więcej próbować. Rozszedł się z żoną po trzech miesiącach małżeństwa, po tym jak za mało zarabiał i ona codziennie wieczorem płakała. Powiedział jej, że rozumie, że ona inaczej wyobrażała sobie życie z nim i oddał jej wolność (tak właśnie się wyraził). Nie utrzymuje z nią kontaktu, bo widok jej twarzy byłby jedynie przypomnieniem jego porażki. Z pracą też nie bardzo mu idzie. Próbował szczęścia w Lashio, pracując przy uprawach herbaty, ale zarobki nie były wystarczające, a praca bardzo ciężka. Teraz pracuje jako robotnik budowlany i zazwyczaj mieszka całymi miesiącami na miejscu budowy. Zarabia 2000 kyatów dziennie (ok. 2,5 dol) i mówi, że to mu starcza, bo firma żywi go i zapewnia skromne zakwaterowanie. Jest bardzo pogodny, pogodzony z losem, chociaż delikatnie sugeruje, że marzy mu się podróż za granicę. Ukradkiem ogląda się za siebie i na boki. Stwierdza, że nie ma bezpośredniego niebezpieczeństwa, ale i tak ścisza głos. Kolejny obywatel Birmy bez złudzeń. Mówi, że w Birmie nikt nie chce już nawet o polityce rozmawiać, bo ściany mają uszy i nigdy nie wiadomo, kto na kogo doniesie. Bardzo świeże w pamięci społeczeństwa jest wspomnienie protestów z 1988 i 2007 i mało kto byłby w stanie teraz ryzykować życiem. Jak okazujemy swoje niezadowolenie, to oni do nas strzelają. To co możemy zrobić, żeby być wolnymi? Okoliczne państwa, zwłaszcza Chiny, Indie i Rosja wspierają reżim, dostarczają mu broń i tym samym zapewniają sobie intratne kontrakty na hydroelektrownie, drewno, kamienie szlachetne. Birma jest tak bogata we wszelkiego rodzaju surowce, że teoretycznie powinna opływać w bogactwa. W praktyce niestety bogaci się tylko rząd i osoby/firmy z nim powiązane, a zdecydowana wiekszość obywateli żyje w biedzie i strachu. Myo Myint mówi o tym wszystkim z łagodnym uśmiechem na twarzy. Jest spokojny. A my całkowicie oczarowani. Ja się nie boję. Jestem wolny od strachu, rozumiecie? – oświadcza, z uśmiechem nawiązując do tytułu słynnej książki liderki opozycji Aung Sang Suu Kyi.

Rozmawiamy o wszystkim. Myo Myint chciałby słuchać BBC po birmańsku, ale ma za słabe radio. Zbiera na lepsze, bo jest bardzo ciekawy co się dzieje na świecie. Myśli o zmianie pracy, namawiamy go na pracę z turystami. Mówimy mu, że obcokrajowcy będą go uwielbiać, bo nie dość, że ma złote serce, to jeszcze dobry angielski i sporą wiedzę. Pyta, czy mamy jakieś sugestie, co do tego, jak ma pracować nad swoim angielskim. Podpowiadam mu kilka rzeczy, a on uprzejmie mi dziekuje: Jestem bardzo wdzięczny za Twoje pomocne rady. Obiecuję Ci, że będę konsekwentnie je stosował. Chyba jeszcze nigdy w życiu nie czułam się taka potrzebna. Muszę iść do łazienki, bo tak mi się chce ryczeć.

Potem zaczynamy lekcje birmańskiego. Myo Myint cierpliwie powtarza i zapisuje nam fonetycznie całe frazy, a wszyscy pasażerowie całego wagonu (pociąg bezprzedziałowy) zgodnym chórem nas poprawiają. Śmieją się wszyscy. Bezzębne babcie, nastoletni hiphopowcy słuchający na swoich PSP Akona, usmarowane dzieci, spokojne żony i żujący betel mężowie, pijani w belę konduktorzy i rozebrani do podkoszulków policjanci (także pijani). A propos tych ostatnich, jeden z nich, niby zalany w trupa, zasiada przy oknie i zabiera się do zapalenia popierosa (wszyscy palą non stop, żadne sprzeciwy z naszej strony nie miałyby sensu, w końcu to ich kraj i ich zasady), kiedy jedna z kobiet pokazuje na znak NO SMOKING i z niezadowoleniem kręci głową. Mówię jej, że na Zachodzie to jak ktoś złamie zakaz palenia w miejscu publicznym, to musi zapłacić wielką grzywnę. Ona na to, że ona się całkowicie zgadza z takim podejściem i że tak powinno być wszędzie, bo ona nie chce wdychać tego smrodu. Na to nie mówiący do tej pory po angielsku niby zupełnie pijany policjant w mokrym podkoszulku: My żyjemy w wolnym kraju i możemy robić, co nam się żywnie podoba! Zamieram na moment. Na szczęście Myo Mynt mówi, że tamten nic nie mógł słyszeć, bo wcześniej siedział dużo dalej. Potem jednak siada bardzo blisko nas i uważnie przysłuchuje się naszej konwersacji, jednocześnie kontynuując  picie whisky z pozostałymi mundurowymi (no, na tym etapie mundury walają się gdzieś po górnych półkach, a ważni panowie dokazują w negliżu). W międzyczasie pani z czterema synami co chwila wyciąga ze swej przepastnej torby jakieś nowe smakołyki i nas nimi częstuje. Opowiada o sobie. Ma ośmioro dzieci, a jej mąż umarł kilka lat temu. Nie narzeka. Mam piękne życie, bo opiekują się mną wszystkie moje dzieci. Myślę, że mam szczęście. I rzeczywiście wygląda to tak, jakby się nią opiekowali. Gdy w końcu się kładzie, żeby chwilę odpocząć, jej siedemnastoletni syn bez słowa bierze wachlarz do ręki i zaczyna ją wachlować. Ubrany w hiphopowe ciuchy, czapkę z daszkiem i zaczepne spojrzenie, wcześniej ze szczerym zdziwieniem pytał nas, dlaczego i po co chcieliśmy przyjechać właśnie do Birmy. W nim widziałam potencjał na największego w rodzinie buntownika, a tu taka niespodzianka. Piękny widok. Taki niezachodni.

Czyli w pociągu naprawdę dużo się dzieje. Nie zapominajmy jednak, że to zaledwie drugi dzień obchodow Nowego Roku (Water Festival) i pasażerowie pociągów nie są w żaden sposób zwolnieni od obowiązku bycia oblanym wodą. Przed każdą stacją, na każdej stacji i za rogiem za każdą stacją, stoją całe tabuny dzieci, młodzieży i dorosłych z wiadrami, wężami, miskami i wszystkim, co tylko się nadaje. Są gotowi. Na tej trasie jedzie tylko jeden pociąg dziennie, więc muszą dobrze się zorganizować, żeby nie przegapić tego momentu. Cały pociąg usiłuje na czas zamknąć okna, żeby nie zostać zmoczonym, nie zawsze się to jednak udaje. Przy zamkniętych oknach jest naprawdę duszno, więc jedynym rozwiązaniem jest jechanie przy otwartych, przy jednoczesnym wypatrywaniu zagrożeń. Skutek jest taki, że co chwilę którymś z otwartych okien wdziera się do środka fala wody, która z czasem zamienia podłogę w bajoro, a nas wszystkich w zmokłe kury. Niektórzy (zwłaszcza ci pod wpływem whisky) nawet okien nie zamykają, tylko cieszą się każdą kroplą. To samo na ulicach. To czysta przyjemność obserwować, jak się bawią. Nikt się za bardzo nie broni przed wodą. Polewają się nawzajem na znak błogosławieństwa, to takie życzenia na Nowy Rok. Jak mówisz, że nie chcesz, to się dziwią. Jak to? Nie chcesz?? Na drogach poustawiane są barykady i każdy, kto przechodzi lub przejeżdża zwalnia i pokornie poddaje się obrzędowi. Nikt na nikogo nie krzyczy (no, może oprócz niektórych durnych turystów, którzy uważają, że na ich przyjazd cały kraj powinien zmienić swoje zwyczaje i wierzenia) i wszyscy się cały czas uśmiechają. Taki ogólnokrajowy festiwal radości. Czegoś jednak moglibyśmy się od Birmańczyków nauczyć.

Dwanaście godzin mija jak z bicza strzelił i czas wysiadać. Ze smutkiem żegnamy się z Myo Myintem. Z całego serca obiecuję, że napiszę do Was emaila za dwa tygodnie jak będę w Mandalaju. … Czy trudno jest założyć sobie skrzynkę mailową? [-a.]

Reklamy

komentarze 4 to “Myo Myint w klasie zwyczajnej”

  1. REnata 15 Maj 2011 @ 09:37 #

    Definitywnie jeden z moich ulubionych rozdzialow!!!! I, jakby nie bylo, kolejny wyciskacz lez – w momentach wiadomych.
    Ach, zazdroszcze!…

  2. tomek 21 Maj 2011 @ 03:43 #

    Fajowa opowieść i zdjęcia niesamowite jak zwykle. Nie wierzyłem w te dwa włosy, dopóki nie zobaczyłem na zdjęciu!trzymajcie się w Indiach!

  3. farmerama 11 lipca 2011 @ 21:55 #

    …piękne zdjecia, urzekły mnie. niesamowite wyczucie momentu. i szczerze zazdroszczę wyprawy. tak trzymać…

  4. Poznaj Polskę 9 października 2013 @ 18:47 #

    Super zdjęcia, zwłaszcza te z laniem wody 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: