Przez pola stanu Szanów (II)

6 Maj

Drugi dzień wycieczki obdarował nas kolejnymi pięknymi krajobrazami, tym razem były to czerwone polne dróżki i imponujące wapienne skały.

Tho Ke to bardzo kontaktowy człowiek. Zagadywał prawie każdą napotkaną na naszej drodze osobę. Zmęczonych chłopów na wozach zaprzężonych w bawoły. Obładowane wielkimi pakunkami wieśniaczki patrzące się na nas tak, jakby nigdy w życiu nie widziały czegoś równie niedorzecznego. Innych przewodników, których jednak gdzieś tam po drodze widzieliśmy. Nepalskiego gospodarza skromnej chałupy-jadłodalni na szczycie góry z widokiem na okoliczne pola. Panią podającą nam darmową gorącą zieloną herbatę jako dodatek do zimnej Star Coli (Gdy zachodnie koncerny po kolei wycofywały się z rynku birmańskiego, jednej z nich, Pepsi, lokalni podkradli technologię, czego wynikiem była właśnie Star Cola, o łudząco podobnym logo i o dziwo smakująca wybornie, a kosztująca jedną trzecią tego, co np. Coca Cola).

Zrobiło się jeszcze goręcej niż poprzedniego dnia. Było ciężko. Niejako w nagrodę noc spędziliśmy w przepięknym tradycyjnym domku na palach w wiosce Pa-O, u rodziny zmarłego przed kilku laty przywódcy Pa-O na ten region. Jego żona przyjęła nas jak członków rodziny. Nie mówiła za wiele po angielsku, ale bardzo starała się pokazać nam, że bardzo się cieszy z naszej obecności i że mamy się czuć jak u siebie w domu. Sama wioska była niewielką osadą z mieszkańcami wyglądającymi jak z jakiegoś filmu. Sporo już w Azji widziałam zaciekawionych i zdziwionych spojrzeń, ale tu byliśmy naprawdę obcy. Tho Ke od czasu do czasu przyprowadzał tu turystów, ale ponieważ, jak już wiemy, chłopak ma niespokojną duszę, to i miejsca i ludzie bardzo szybko mu się nudzą. Dlatego postoje noclegowe białasów często aranżował w nowych miejscach. Tym sposobem ani on się nie nudził, ani lokalni mieszkańcy nie mieli szans przyzwyczaić się do widoku białych twarzy. Gdy pod koniec dnia w końcu dotarliśmy do miejsca, gdzie mieliśmy spędzić noc, pozostawił nas samym sobie, wyciągnął cheroota i zaczął czytać podarowanego mu przez nas Economista. My w tym czasie wylegiwaliśmy się na rozłożonych specjalnie dla nas na środku „salonu” matach i w błogim zmęczeniu obserwowaliśmy zabawę dwóch małych kociaków dokazujących w promieniach zachodzącego słońca. Wiem, ocieram się o kicz, ale wierzcie mi, tak właśnie było. W Birmie mało kogo stać na szklane okna, więc otwory okienne opatrzone są jedynie w drewniane okiennice, które na noc się zamyka. W ciągu dnia natomiast okna są pootwierane, a słońce nie dość że wpada do środka przez nie, to jeszcze przez szczeliny w bambusowych ścianach. Wygląda to cudownie. Zwłaszcza jak wspomniane już słońce własnie zachodzi.

Przyszła i czas na kąpiel. Poprzedniego wieczora warunki łazienkowe nie były idealne, ale przynajmniej nie można było narzekać na brak prywatności. Tym razem przyszło nam odświeżać się bardziej publicznie, tak jak się to robi prawie wszędzie w tym kraju (nawet na ulicy w Mandalaju). Przed domem stały dwa wielkie betonowe pojemniki z wodą przykryte blachą. Na jednym z nich chińska plastikowa miseczka. Mieliśmy nie lada zagwostkę próbując ustalić, która woda bardziej nadawała się do mycia naszych nieczystych ciał. Woda z lewej była brudna, a woda z prawej brudniejsza. Z typowo zachodnią postawą roszczeniową wybraliśmy wodę czystszą (rano okazało się, że zupełnie niesłusznie, bo ta woda właśnie przeznaczona była do gotowania.. no cóż..) i nią właśnie próbowaliśmy się umyć. Nie było łatwo, żadne z nas nie opanowało jeszcze sztuki mycia się na widoku wszystkich pod mokrym longyi. Wokoło nagle pojawili się jacyś ludzie i uśmiech nie schodził z ich twarzy przez cały czas trwania operacji. Operacja skończyła się sukcesem zaledwie połowicznym (tzn. na końcu byliśmy tylko trochę mniej brudni niż na początku), ale Tho Ke w międzyczasie ugotował nam pokazową wprost kolację i nie było kiedy i po co roztrząsać kwestii higienicznych. Posiłek składał się z kilku dań, smakował wyśmienicie i wprawił nas w bardzo dobry nastrój. Gdy już się posililiśmy, zauważyliśmy, że dopiero teraz nasza gospodyni i jej córka zabierają się do gotowania czegoś dla siebie. Kuchnia była ciemnym pomieszczeniem z jednym małym oknem i paleniskiem na środku. Ponieważ ogień był tylko jeden, tylko jedna rzecz naraz mogła być gotowana. Dlatego naszemu przewodnikowi zajęło dobre dwie godziny przygotowanie dla nas tak urozmaiconego posiłku. Czyli w skrócie, nasi gospodarze musieli czekać, aż my się najemy, żeby zacząć gotować coś dla siebie. Zrobiło nam się trochę głupio, ale oni uważali, że wszystko jest w porządku, więc nie pozostało nam nic innego, jak przyjąć zaproszenie naszego pijanego już przewodnika i zasiąść z nimi na ziemi w całkiem ciemnej kuchni. Przyszedł czas na rozmowę, zdawał się mówić jego wzrok.

Zapadł zmrok i okno kuchenne zostało zamknięte, żeby niepotrzebnie nie prowokować żadnych latających i pełzających stworzeń.W rogu kuchni z jednej miski jadły trzy osoby. Ich skromny posiłek składał się w większości z gotowanego ryżu i śladowych ilości czegoś bliżej nieokreślonego, co miało chyba ten ryż jakoś okrasić. Teraz to już czuliśmy się po prostu jak świnie, rzuciliśmy się na nasze jedzenie jak zwierzęta. A może jak byśmy trochę zostawili, to oni mieliby bardziej obfity posiłek? Zaczęliśmy rozmawiać. Niema do tej pory córka rodziny, o wdzięcznym imieniu Snow, nagle przemówiła ludzkim głosem i to w dodatku po angielsku. Na początku bardzo nieśmiało, a potem już coraz odważniej opowiadała nam o szkole (jako pierwsza z wioski składającej się ze stusześćdziesięciu rodzin poszła na uniwersytet), o chłopaku (bardzo miłym, ale niestety Birmańczyku, a ona na męża chce tylko Pa-O), o genezie jej ludzi (miała dziewiętnaście lat i naprawdę szczerze wierzyła w legendę o smoku), o zwyczajach i tradycjach Pa-O (bardzo chciałaby zostać nauczycielką, żeby przekazywać je młodszym pokoleniom). Potem przyniosła swój tradycyjny strój i nalegała, żebym go przymierzyła. Z dumą pokazywała mi jak zawiązać kolorowy ręcznik na głowie, żeby jak najbardziej przypominał głowę smoka. Tho Ke umierał ze śmiechu i bez przerwy krzyczał: Tourist dragon! Look at that! Tourist dragon!!! Gdy w końcu zostaliśmy sami, Tho Ke rozpoczął swoje fascynujące pijackie rozważania.  W powietrzu unosiło się tyle dymu, że prawie nie widzieliśmy swoich twarzy. Może tak mu było łatwiej odpowiadać na nasze trudne pytania, a może po prostu zrobił się wylewny pod wpływem Grand Royal. Opowiadał o swojej żonie, którą poznał w tak zwanej „czarnej strefie” w stanie Kachinów (jej rodzina cały czas zajmuje się uprawą opium). O obozach pracy zarówno dla niepokornych, jak i tych jak najbardziej pokornych, przypadkowych, członków mniejszości. Mówił o wszechobecnym, wszechogarniającym braku nadziei na jakiekolwiek zmiany. Ludzie nie chcą już nic wiedzieć. Chcą po prostu normalnie żyć. Mało kto interesuje się polityką, bo nikt nie ma już złudzeń. Wojsko kontroluje wszystko. Wydaje się, że ostatnio kontrola ta została trochę poluzowana, internet jest ogólnie dostępny (jest to prawdopodobnie najwolniejszy internet na świecie, ale zawsze coś) i mimo prób cenzury, każdy rzeczywiście zainteresowany może spokojnie obejść rządowe blokady i czytać w necie praktycznie o wszystkim. Brzmiało to bardzo pocieszająco, tylko co z tego, sprowadził mnie na ziemię Tho Ke, skoro niewielu to już obchodzi. Birma jest krajem tak niejednolitym, że tylko jednej osobie udałoby się utrzymać ją w ryzach bez przemocy. Aung San Suu Kyi. Tylko ona cieszy się autorytetem zarówno wśród większości birmańskiej, jak i praktycznie wszystkich mniejszości. Ale teraz i tak jest już za późno. W końcu wolna, jest już za stara, żeby zjednoczyć naród. Tho Ke śmiał się z powszechnej wiary w zabobony, astrologię i inne tego typu głupoty, jak to nazwał. Jego zdaniem to istotny czynnik blokujący zmiany w jego kraju. Poza tym nie mógł zrozumieć, co Zachód sobie myśli, jak nakłada sankcje na Birmę. Przecież z tego powodu cierpią tylko i wyłącznie zwykli ludzie, nie rząd! Junta ma to w nosie, bo w żaden sposób nie polega na zaangażowaniu Zachodu. Kraj ma wystarczająco dużo bogactw naturalnych, które można przecież bez żadnych skrupułów eksploatować i bezczelnie się na nich bogacić, żeby nie musieć przejmować się żadnymi sankcjami. Rządzący są bogaci, bezkarni, niepokonani. Ameryka nie ma tu żadnych interesów (chociaż powinni się dwa razy zastanowić, bo odkryto tu olbrzymie złoża ropy), więc interwencja zbrojna też jest wykluczona. A że łamane są prawa człowieka…

W słowach Tho Ke nie było goryczy. Z jego ust nie padło nic, co brzmiałoby jak skarga. Jest na to zbyt dumny. Uwielbia podróżować, ruch to jego motto (zjeździł dosłownie całą Birmę).  Kocha Boba Marleya (stąd włosy – a jednak, nie pomyliliśmy się). Gra na gitarze, głównie rocka. Lubi też słuchać Beethovena i Chopina (no powiedzcie, że to już nie przesada!). W innym życiu bardzo chciałby pójść do londyńskiej National Gallery, bo po prostu uwielbia sztukę. Wie jednak, że to niemożliwe, że to się nigdy nie zdarzy. Pytał nas o tyle miejsc na świecie, że za każdym razem, jak musiałam odpowiedzieć, że tak, byłam i tam, mój żołądek się kurczył, a do ukrytych pod wielkimi okularami oczu napływały łzy. A on się tylko spokojnie uśmiechał. Ja rozumiem więcej, bo w moim birmańskim ciele uwięziona jest zachodnia dusza. [-a.]

Advertisements

komentarze 2 to “Przez pola stanu Szanów (II)”

  1. REnata 9 maja 2011 @ 06:40 #

    Wyciskacz lez!!!!!!!…

    Plynie z tego kilka roznych nauk, m.in. taka, ze powinnismy bardziej doceniac to, co mamy, co bylo nam dane, albo co osiagnelismy.
    Poza tym az burzy mi sie krew na mysl o tych wszystkich bezmozgowcach, ktorymi jestesmy otoczeni w zyciu codziennym (np. „spoiled Americans”).
    Ponadto zasmucajacy jest brak checi i nadzieji na zmiane istniejacej sytuacji; mozna tylko miec nadzieje, ze nie wszyscy sa pograzeni w tej apatii.
    Mimo, ze to nielegalne i pewnie dosc denerwujace pewne koncerny, bardzo spodobaly mi sie Star Cola i Grand Royal. ciekawe jak smakuja zmieszane?:)
    „Tourist Dragon” – tu az prosiloby sie o zdjecia!!!

    Macie racje – nie ma to jak poznawac kraj i kulture w taki lokalny, wrecz intymny sposob!

  2. Today's News Headline 13 grudnia 2011 @ 17:14 #

    I don’t disagree with this article…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: