Przez pola stanu Szanów (I)

4 Maj

Kalaw wśród turystów słynie z wycieczek do Jeziora Inle poprzez okoliczne wioski mniejszości, głównie Szanów i Pa-O. Już w Laosie został nam polecony jeden przewodnik, który mógł pochwalić się zarówno dużym doświadczeniem, jak i olbrzymią wiedzą o tym regionie. Poszliśmy do jego biura, ale z rozmowy wynikało, że raczej dla dwóch osób treku nie zrobi, bo mu się po prostu nie opłaca, ale mamy się nie martwić, bo późniejszym autobusem przyjeżdża kilka osób i możemy z nimi stworzyć większą grupę. Nie bardzo nam się to uśmiechało, liczyliśmy na bardziej intymny kontakt z osobą, z którą mamy spędzić trzy dni. Odwiedziliśmy więc inne biura i po kilku „wywiadach” został nam przedstawiony Tho Ke*. Na początku bardzo się denerwował, bo powiedzieliśmy, że chcemy przewodnika z bardzo dobrym angielskim, a jemu szef kazał udowodnić, że on takim właśnie włada. Trochę się więc jąkał, ale jego angielski nie miał już dla nas takiego znaczenia, jak go zobaczyliśmy. Wzięliśmy go od razu, bo podobały nam się jego włosy. Wiem, jak to brzmi, ale chłopak miał włosy kogoś, kto myśli inaczej niż cała reszta. Kogoś, kto jest niezależny, myślący, trochę dziki. Na Zachodzie jego włosy nie wyróżniałyby go z tłumu, ale w Birmie wyglądał zjawiskowo.

Tho Ke wziął nas pod swoje skrzydła na trzy dni. W obezwładniającym słońcu maszerowaliśmy przez przepiękne pola uprawne i iglaste lasy. Raz pod górkę, innym razem z górki. Czasem po płaskim. Mimo okropnego gorąca podziwialiśmy uroki ogromnych upraw czosnku, fasoli i przeróżnych kwiatów. Gdzie się nie obejrzeliśmy widzieliśmy grupki kobiet z opatulonymi ręcznikami głowami, pracujących w skupieniu na polach. To głównie ludzie Pa-O (druga największa grupa etniczna w stanie Szanów), według legendy pochodzący z czarnego jaja złożonego przez matkę-smoka. Pa-O do dziś szczerze w to wierzą i żeby upodobnić się do prarodziców noszą wielkie turbany z grubych kolorowych ręczników. Szliśmy wzdłuż torów kolejowych i co rusz mijaliśmy całe zastępy lokalnych mieszkańców udających sie na piechotę do oddalonej o kilkadziesiąt kilometrów wioski. Obładowani byli w sposób zupełnie nie do opisania, a  zagadnięci, mówili o wielkiej ceremonii na cześć mnichów-nowicjuszy, na którą ściagali ludzie z wielu okolicznych wiosek, żeby razem świętować przy jedzeniu i muzyce. Przechodziliśmy też przez malutki, ale jakżeż fascynujący dworzec kolejowy, pełen kolorowych turbanów, głośny i tak ruchliwy, że nie wiadomo było na co patrzeć. Pociąg spóźniał się jakieś pięć godzin, sprzedawcy świeżych soczków, domowej roboty jogurtów i innych smakołyków zacierali ręce i donośnie zachwalali swoje produkty. Na jakieś dwie minuty nasza obecność zainteresowała ich, ale po tym czasie zajęli się sobą, bo przecież ile można się gapić na białe twarze. Czuliśmy się zupełnie nie na miejscu, głupi turyści, nie rozumiejący nic a nic z ich życia, zwyczajów, trosk. Potem nagle zrobiło się ciszej, niepokojący szmer przeszedł wśród oczekujących pasażerów i wszyscy tak jakby odwrócili się od torów. Po szynach mknął jak błyskawica jakiś dziwny pojazd, ni to pociag, ni to samochód (Tho Ke mówił o nim „car train”). Ten pociągo-samochód pełen był uzbrojonych po zęby wojskowych stojących wokół uśmiechniętego „ważniaka” w mundurze. Kuba szybko wycelował w niego aparat, ale nie zdążył pstryknąć ani jednego zdjęcia, bo nasz przewodnik już krzyczał do niego przerażony: Nie rób zdjęć!! Schowaj aparat!!!!!!!!!! Przestraszyliśmy się i my. To był podobno jakiś generał na stan Szanów, a takiemu ot tak zdjęć robić nie wolno.

Sam wysiłek połączony z widokami był niezwykle satysfakcjonujący, ale to spotkania z ludźmi, u których zatrzymywaliśmy się na lunche i noclegi uczyniły ten trek niezapomnianym.

Weźmy na przykład pierwszą noc.  Spędziliśmy ją w małym buddyjskim klasztorze na wzgórzach pomiędzy wioskami. Doszliśmy tam po południu, kiedy słońce właśnie zaczęło chylić się ku zachodowi. Przywitał nas widok młodych mnichów z oddaniem grających w kick ball’a (bardzo popularną tu grę) na tle dorodnych bambusów. Obok tego zaimprowizowanego boiska kilku innych mnichów, jak się wydawało w bardziej kontemplacyjnych nastrojach, grało w golfa. Wyglądało to wszystko nieziemsko.  Parę minut po tym, jak wchłonęliśmy trochę wszystko to, co działo się wokół nas, podszedł do nas główny mnich, ochoczo przedstawił się jako „boss monk”, po czym tak zaczął się śmiać ze swojego własnego sformułowania, że w pierwszej chwili  pomyślałam, że nie dość, że jest upośledzony, to jeszcze zaraz pęknie. Był bardzo szczupły, trochę jakby  „podwiędły”, miał szaloną twarz i bezzębny uśmiech (no, to może trochę niesprawiedliwie powiedziane, bo, gwoli ścisłości, trochę zębów miał, tylko ich stan pozostawiał wiele do życzenia). Nie rozstawał się z papierosem (typowym dla Birmy i produkowanym lokalnie cherootem). Jego angielski był nie za specjalny, ale potrafił przekazać to, na czym mu najbardziej zależało. Np. że w życiu jest bardzo szczęśliwy, bo nie ma żony (znowu ten śmiech), że jesteśmy bardzo mile widziani, podobnie jak potencjalne datki, że nie czuje się za dobrze, jakaś grypa go chyba łapie i musi się ciepło ubierać (przypominam, że słupek rtęci wskazywał ponad trzydzieści stopni C). Jak już w końcu dał nam trochę spokoju (po dwudziestu kilometrach marszu w tym upale naprawdę chcieliśmy po prostu odpocząć), zaczęli podchodzić do nas nowicjusze pragnący poćwiczyć swój słabiutki angielski. Nie za dużo umieli, ale ich zapał był godny podziwu. Żadnej żenady, oporów, tylko szczery serdeczny uśmiech i przeogromna chęć skomunikowania się z kimś spoza ich świata. Nie potrafiliśmy im odmówić. Gadaliśmy z każdym, który do nas podchodził, a im milsi byliśmy, tym mniej pozostali się krępowali, więc wydawało, się kolejka do konwersacji z nami zamiast się skracać, wydłuża się. Jednocześnie po całym terenie wokół klasztoru wesoło dokazywali góra dziesięcioletni nowicjusze (w Azji zwyczajem jest oddawanie małych chłopców na co najmniej tydzień do klasztoru, żeby nauczyć ich podstaw buddyzmu, etyki i samodzielności). W końcu zdołaliśmy się wyrwać z objęć tej ogólnej gościnności i nieśmiało zasugerowaliśmy chęć kapieli czy też czegolwiek nawet w najmniejszym stopniu ją przypominającego. Skierowano nas do skleconego z blachy falistej baraku, w którym stały dwie betonowe beczki z deszczówką oraz kilka pustych puszek po farbie.  Radzi nieradzi zrobiliśmy co musieliśmy i tak odświeżeni udaliśmy się na kolację, którą w międzyczasie przygotował dla nas Tho Ke. Po niskim stole ustawionym w zaciemnionym baraku (prąd w Birmie jest bardzo zawodny zgodnie z zasadą: jak jest, to jest, a jak go nie ma,to nie ma) biegał sporych rozmiarów karaluch, od niechcenia strącony przez naszego drogiego przewodnika tuż przed posiłkiem. Głodni jak wilki, zasiedliśmy na podłodze i z wdzięcznością pochłonęliśmy to, co dostaliśmy. Tho Ke rozsiadł się wygodnie, wyciągnął dwie brudne szklanki (z góry założył, że kobieta nie pije) i buteleczkę whisky. To o co chcielibyście mnie zapytać? Na pewno jesteście ciekawi, jak tak naprawdę żyje się w Birmie, co? Cały dzień Tho Ke trzymał się na dystans, prowadził nas, opowiadał historie związane z okolicami, ale nie mówił nic, co mogłoby nam przybliżyć jakoś jego osobę. A teraz, niespodziewanie oddał się nam tak całkowicie, że przez chwilę nie bardzo wiedzieliśmy, jak ująć w słowa to wszystko, nad czym zastanawia się w sumie cały świat. W końcu sam zaczął mówić. O tym jak bardzo marginalizowane są mniejszości w Birmie. Jak mało perspektyw mają młodzi ludzie wychowujący się w wioskach etnicznych. Jak już coraz mniej wśród młodego pokolenia kultywuje swoje narodowe tradycje, mówi w języku swoich przodków. Ubolewał nad tym, jak biedni są ci ludzie, żyjący swoim prostym życiem, nie interesujący się polityką, nic nie rozumiejący. W jak wielkiej nieświadomości żyją młodzi.  W Birmie żyje ponad sto różnych grup etnicznych (nie lubią byc nazywani mniejszościami, bo to jeszcze bardziej legitymizuje birmańską większość) i to według bardzo ostrożnych szacunków. Rząd  nie uznaje ich pretensji do inności, nie mówiąc o suwerenności, więc grupy te są często traktowane jako zło konieczne, które jakoś trzeba zasymilować, przemalować na znajome barwy, utemperować, pokazać kto tu rządzi. Obecnie podobno walki zbrojne między rebeliantami a armią rządową ustały, po tym jak rząd zmusił ich do złożenia broni na początku lat dziewięćdziesiątych. Nikt tego jednak do końca nie wie, bo informacje są filtrowane i nie wiadomo za bardzo w co wierzyć. Właśnie przez te wszystkie okoliczności, mniejszości nie mogą liczyć ani na porządną edukację, ani opiekę medyczną. Są praktycznie pozostawione same sobie, na łasce lokalnych dobroczyńców i międzynarodowych organizacji pozarządowych. Niby o tym wszystkim czytałam, ale usłyszane z ust Tho Ke suche informacje stały się rzeczywistymi, tłustymi faktami. Nie mogłam już dłużej słuchać. Z głową pełną niewygodnych myśli udałam się do wielkiego holu medytacyjnego, gdzie jakiś dobry duszek zaaranżował już dla nas jakieś symboliczne posłania. Nie mogłam spać. Mnisi się kręcili. Albo ktoś przychodził pomedytować/pomodlić się, albo jakiś dziewięcioletni zagubiony chłopiec próbował ubrać pod swe mnisie szaty wielkie skarpety i gruby sweter (ze słabym rezultatem, cały się zaplątał i widok jego dziecinnej bezradności zupełnie mnie rozczulił). Po północy nastoletni nowicjusze wracali z transmisji meczu piłki nożnej z pobliskiej wioski. Byli cicho, ale ja miałam już wyostrzony słuch i słyszałam każdego owada, każde sapnięcie (wszyscy spali w tym samym holu), każdą kroplę wody kapiącą nie wiadomo skąd. Jak w końcu zasnęłam, to o piątej rano obudziło mnie pierwsze zbiorowe intonowanie. Starsi mnisi recytowali w skupieniu, najmłodsi prawie że wykrzykiwali słowa z charakterystycznym dziecięcym zapałem. Byłam niewyspana, ale czułam się bezpiecznie i spokojnie. Ze stanu porannej błogości wyrwał  mnie smród cherootowych papierosów mnicha-szefa i jego niepokojący śmiech. Zjedliśmy śniadanie, zostawiliśmy obowiązkowy, jak się wydawało, datek i wyruszyliśmy z powrotem w trasę. [-a.]

* – imię zmienione

Reklamy

Jedna odpowiedź to “Przez pola stanu Szanów (I)”

  1. REnata 9 Maj 2011 @ 06:16 #

    „wzielismy go od razu, bo podobaly nam sie jego wlosy”!!! – ha,ha,ha!…. i kto by przypuszczal(nie przeczytawszy nastepnego zdania), jak gleboki i sensowny byl to wybor!
    mimo, ze naprawde trudno wczuc sie w Wasza sytuacje, i nawet Wasze swietne opisy + zdjecia pewnie nie oddaja rzeczywistosci w wiecej niz 15 %, to jednak czasami przechodzi mnie dreszczyk emocji i czuje sie prawie, jakbym tam z Wami byla!!!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: