Rangun, Birma.

2 Maj

(Z Nong Khai popędziliśmy do Bangkoku, a stamtąd samolotem do upragnionej Birmy.)

Od 2005 roku nie jest już stolicą, bo rząd postanowił przenieść się do wybudowanego w środku nikąd nowego miasta. Rangun chyba tego nie zauważył. To miasto według legendy zbudowane wokół ośmiu włosów Buddy przeszło długą drogę od wioski powstałej wokół wzgórza, na którym wybudowano świątynię, poprzez lata brytyjskiej kolonialnej świetności, kiedy to zbudowano je praktycznie od nowa aż po tętniący życiem, kolorowy etniczny tygiel, którym jest teraz.

Rangun od pierwszego wejrzenia zrobił na nas ogromne wrażenie. Może dlatego, że jest tak inny od wszystkiego, co widzieliśmy dotychczas. Tak różny od Indochin, w których spędziliśmy ostatnie cztery miesiące. Chaotyczny, dziki, głośny. Zaskakujący. Odurzający nowymi zapachami, ogłuszający nieznanymi dźwiękami, przypominający o swej całkiem innej historii pojazdami, architekturą, wyglądem ludzi, jedzeniem, wielokulturowością, wieloetnicznością, wieloreligijnością. Wszystkim.

Architektura

Dotychczas dane nam było podziwiać jedynie francuską architekturę kolonialną, w dodatku bardzo często dobrze zachowaną. Taką, o którą np. w Wietnamie bardzo się dba, a w Kambodży przynajmniej bezboleśnie inkorporuje do aktualnego stanu rzeczy. W Rangunie nie. Pięknym angielskim budynkom pozwala się niszczeć w zapomnieniu, tak jakby wszyscy chcieli wymazać z pamięci okres brytyjskiej dominacji. Domy po prostu się walą, są albo całkowicie opuszczone, albo nielegalnie żyją w nich jacyś nie mający wyboru nieszczęśliwcy. W jednych palą się ogniska, w innych drobni przedsiębiorcy próbują kręcić swoje małe biznesy. Rudery z nie tak dawnej przeszłości.

Ulice

Pierwsze, co zauważyliśmy to brak motocykli. Nie wiedzieliśmy, o co nam chodzi, co sprawia, że ulica wydaje się taka inna, aż w końcu nas olśniło. Ulice (bardzo dziurawe zresztą) Rangunu przemierzają jedynie zastępy bardzo wiekowych samochodów, autobusów i dziwnych riksz (Motocykle są tu zakazane).  Specyfika ruchu ulicznego jest tak inna, że aż nie mogliśmy się na początku odnaleźć. Wszystko poruszało się w zupełnie nowym dla nas rytmie i już samo to było szokiem. Poza tym ruch autobusowy. Autobusów miejskich jest co niemiara, ale korzystanie z nich jest dość trudne. Większość z nich pamięta jeszcze lata czterdzieste, no niektóre może pięćdziesiąte, i ledwo trzyma się kupy. Żeby sprawę dodatkowo urozmaicić, autobusy ponumerowane są po birmańsku, więc nie ma najmniejszych szans na domyślenie się, który jest który. Poza tym wydaje się, że znajomość lokalnego języka też na niewiele się zdaje, gdyż na przystankach autobusy zatrzymują się tak prawie (czyli nie do końca), a wiszący w nie istniejących tzn. pustych drzwiach autobusu panowie z uroczym zaśpiewem bardzo donośnym głosem oznajmiają wszystkim mniej lub bardziej zainteresowanym dokąd dany pojazd się udaje. Inaczej nikt by się najwyraźniej nie zorientował. No i kwestia ilości miejsc. Pisaliśmy już o azjatyckim zjawisku nieograniczonej pojemności pojazdów, ale tu Birmańczycy poszli o krok dalej. Wiele środków transportu posiada specjalną zagrodę dachową, na której podróżują zadowoleni z przewiewu pasażerowie.

Ludzie

W Rangunie jest naprawdę dużo ludzi. Ponad 5 mln mieszkańców kłębi się na ulicach, chodnikach, rynkach, w restauracjach, sklepikach i świątyniach. Sprzedają obklejone muchami arbuzy i świeżo wyciskane soki w brudnych kubkach, wodę z topiącej się do dziwnie szarego leja bryły lodu, smażone w głębokim tłuszczu placki z kukurydzą, warzywne samosy, przeróżne domowej roboty słodkości. Różowe koszulki z frędzelkami (Hello! Waka, waka, Shakiraaaa?), kolekcje filmów Bruce’a Willis’a 6 in 1, uniwersalne piloty (podejrzewam, że do wszystkiego), wielokolorowe prezerwatywy. Nawołują do zakupów przepięknie zawodząc, z uśmiechem na ustach i sporym entuzjazmem. Ci z drugiej strony zawzięcie towary oglądają i czasem nawet kupują. Kobiety mają twarze pokryte thanaką, żółtą pastą z drzewa sandało-podobnego. Ma chronić przed słońcem i dodatkowo chłodzić. Prawie wszyscy noszą longyi, długą spódnicę noszoną na kopertę i zawiązywaną w pasie.  Mężczyźni co chwilę je odwiązują i zawiązują na nowo, poprawiając jakość węzła. Dziurawe do granic możliwości chodniki pokryte są czerwonymi plamami wygladającymi jak krew. To betel. Niby oficjalnie nie można go sprzedawać, ale co krok stoją stoiska serwujące na miejscu  zawijane w pobielone wapnem liście betelu orzechy betelu i suszony i marynowany tytoń. Takie zawiniątko wkłada się w policzek i czeka aż trochę rozmięknie, by potem oddawać się przyjemności żucia połączonego z regularnym spluwaniem czerwoną mazią. Deszcz plwocin tych nie jest w stanie zmyć, dlatego też całe ulice pokryte są brunatnymi plamami, a zdecydowana wiekszość birmańskich mężczyzn na stałe cieszy (?) się czerwonym uśmiechem. Birmańczycy, Hindusi, Nepalczycy, Chińczycy, Arabowie, potomkowie europejskich handlarzy, kombinatorów i urzędników. Kobiety w longyi, sari, czadorach. Meczety, pagody, synagogi, kościoły. Słychać modlitwy i krzyki dosłownie całego świata. Kulturowy zawrót głowy.

Shwedagon Paya

To najważniejsze miejsce kultu religijnego w całej Birmie. Według legendy Pagodę Shwedagon zbudowano w VI w. n.e. na świętym wzgórzu Singuttara. Dwóch handlarzy przywiozło 8 włosów Buddy i właśnie wokół tych relikwi zbudowano światynię. Z biegiem lat ją rozbudowywano i coraz bardziej ozdabiano i teraz jest raczej nowa niż stara. Shwedagon Pagoda jest wielka i widać ją prawie z każdego punktu w mieście. Ściągają do niej pielgrzymki z całego kraju. Ludzie modlą się i składają ofiary z jedzenia (które natychmiast zostają pochłaniane przez sprytne kruki czy wrony). Obmywają posągi symbolizujące znak ich dnia urodzenia. Wiążą kolorowe wstęgi na wielkich drzewach banyanu (własnie pod jednym z nich podobno Budda doznał oświecenia) i podpierają je bambusowymi kijami (żeby “podeprzeć” los swojej rodziny czy interesu). Podwieszonym pod sufitem ogromnym wachlarzem, za pomocą megakorby, wachlują wielki posąg Buddy (!). Biorą udział w nabożeństwach prowadzonych przez licznych mnichów.  Plotkują, wygłupiają się, w skupieniu medytują, flirtują. Dzieci biegają, dorośli się śmieją. Siedzą lub klęczą, są poważni lub bardziej towarzyscy. Każdy wybiera sobie miejsce, które jest dla niego najważniejsze. Kaplic, kapliczek, świątyń, itp. jest tu tyle, że nie ma jak tego ogarnąć. Przynajmniej my nie mogliśmy. Ale z drugiej strony, czy powinnismy próbować? Coraz bardziej mi się wydaje, że religijność azjatycka jest wartością dla Europejczyka zupełnie niepojmowalną. Można się do niej zbliżyć, próbować ją zgłębiać, ale moim zdaniem leży ona zupełnie poza naszymi uwarunkowaniami mentalnymi i kulturowymi. [-a.]

Reklamy

komentarze 3 to “Rangun, Birma.”

  1. REnata 3 Maj 2011 @ 02:40 #

    dzieki za przyblizenie Birmy! brzmi fascynujaco, co potwierdzaja rewelacyjne (jak zwykle) zdjecia Kuby! jakos tak kojarza mi sie te obrazki z bardziej kolorowa wersja Slaska, albo Krakowa (Kazimierz).

  2. maciej 6 czerwca 2012 @ 15:15 #

    Ja w sierpniu 2012 wybieram się do Birmy. Czy moglibyśmy sie skontaktować telefonicznie i pogadać o tym kraju? prosze o sms i oddzwonię 514 020 250 – Maciej

  3. wteiwewtamte 6 października 2014 @ 11:18 #

    Swietne zdjęcia ! Siedzimy wlasnie w Nay Pyi Taw i czekamy na autobus do Rangunu i tak przypadkiem znaleźliśmy Waszego bloga. Jak złapiemy lepszy internet to na pewno tu wrócimy bo wpis bardzo interesujący. Pozdrawiamy !

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: