Kolejka do huśtawek

28 Kwi

Kiedy planowaliśmy naszą podróż po Laosie, do Vang Vieng postanowiliśmy nie przyjeżdzać wcale. Jednak skuszeni obietnicą ciekawych okolic i może trochę jednak ciekawi słynnego, a dla niektórych jedynego (!), przystanku w tym kraju zatrzymaliśmy się tu w drodze z Luang Prabang do stolicy Laosu, Wientianu. Pierwszego poranka w recepcji hotelu przywitala nas taka rozmowa dwóch młodych Brytyjek ze swoim kolegą:

–          Słuchaj, musimy chyba pojechać do tego… yyy…  Wientianu.

–          Tak, a gdzie to jest?

–          No… Chyba w Laosie…

Tak, musieliśmy dotrzeć we właściwe miejsce – pomyślałem. To musi być Vang Vieng.

Niegdyś cicha osada, dziś azjatycka mekka backpackerów. To ta strona sceny, która w tej podróży średnio nas interesuje. W skrócie cała zabawa polega na upijaniu sie w opór, odurzaniu się happy shake’ami lub happy pizzą (składnik happy to grzybki, opium lub marihuana do wyboru), oglądaniu odtwarzanych w kółko od lat odcinków Przyjaciół i Family Guy’a  na leżankach w licznych wideobarach, i potem (to główna atrakcja Vang Vieng), spływaniu w ogólnym zamroczeniu na rzece Nam Song na nadmuchanych dętkach z opon traktorów. Przystankami co kilkadziesiąt metrów są skonstruowane z bambusa przyrzeczne bary serwujące m.in. whisky na wiaderka (!) i posiadające wymyślne konstrukcje od wielkich huśtawek, przez zjeżdzalnie po zip-line’y – których finał to zawsze wielki plusk w rzece.  Każde miejsce ma wielkie głośniki i każde oczywiście serwuje swoją muzykę, więc momentami zlewa się to w jeden wielki chaotyczny łomot. Uczestnicy zabawy to głównie bardzo młodzi ludzie (tacy, których rzadko spotykamy gdzie indziej po drodze)  i w przeważającej cześci Brytyjczycy i Australijczycy. Pewnie nawet byśmy się skusili na te wodne zabawy (jeszcze łatwiej gdybyśmy mieli znów te 20 lat), ale całe miejsce to trochę taki dziwny cyrk. Tłumy rozgolaszonych młodych turystów w szortach i bikini, pijanych i obowiązkowo wymazanych od góry do dołu w różne mniej lub bardziej wulgarne rysunki i napisy przechadzają się po ulicach miasteczka wśród mieszkańców, przy których takie skąpe ubranie (nie mówiąc o stanie i zachowaniu imprezowiczów) po prostu nie przystoi. Trochę przykro, że nikt nie wie do końca gdzie jest, chociaż każdy przewodnik nawołuje do zakrywania ciała w tym bądź co bądź konserwatywnym kraju.  Oczywiście chodzi o pieniądze, więc lokalni są zadowoleni,  że biali przyjeżdżają i u nich swoje pieniądze zostawiają, ale ich opinię o cudzoziemcach można sobie tylko wyobrazić.

Poza obserwacją tej groteski  był jednak inny powód, dla którego warto było tu przyjechać. Okolice Vang Vieng to tereny usiane górami wapiennymi, licznymi jaskiniami i sielskimi wioskami. Całodzienna wyprawa rowerowa (bolesna zresztą dla naszych siedzeń) odkryła przed nami jedne z najpiękniejszych plenerów jakie zobaczyliśmy w Laosie… [-k.]

Reklamy

komentarzy 6 to “Kolejka do huśtawek”

  1. eulalia87 28 kwietnia 2011 @ 22:58 #

    ha! teraz rozumiem skąd tylu młodych amerykanów w Luang Prabang, to te grzybki!

  2. REnata 1 Maj 2011 @ 09:23 #

    pamietam film z you tube o tym miejscu, ktory nam kiedys pokazywaliscie. podejrzewam, ze na zywo jest jeszcze straszniej/lepiej – w zaleznosci, jak kto lubi, niestety:)

  3. bro 2 Maj 2011 @ 17:28 #

    dla mnie raz happy pizza !

  4. Ewa Ś. 10 Maj 2011 @ 22:53 #

    witajcie Asiu i Kubo,podziwiam Wasze podziwianie:)) i dzięki za dzielenie się światem

  5. http://olazplecakiem.blogspot.com/ 30 września 2014 @ 09:25 #

    to tylko utwierdziliście mnie, żeby omijać to miejsce dużym łukiem

    http://olazplecakiem.blogspot.com/

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: