Sam Dollar z Battambang

28 Lu

Dollara poznał Kuba przed naszym hotelem, gdy ten próbował namówić go na wycieczkę motocyklową po okolicy. Zagadał go bardzo płynnym angielskim i od razu oczarował poczuciem humoru, dystansem do wielu spraw, dojrzałością osoby dużo starszej. Bez oporów opowiadał o swoim życiu, rodzinie, o tym, jak funkcjonuje jego własny kraj.

Dollar studiuje projektowanie mody i podchodzi do tego bardzo poważnie. Ubrania i dodatki kompletuje z pełną świadomością i swego rodzaju gustem. Ma tylko mamę, bo jego tata zmarł przed dwoma laty. Żeby tacie okazać szacunek i zapewnić dobry byt po śmierci, Dollar wstąpił na rok do buddyjskiego zakonu. Jego mama bardzo długo nie chciała mówić o swoich doświadczeniach z czasów Czerwonych Khmerów. Po wielu namowach, w końcu ze łzami w oczach opowiedziała mu o tym, jak w wyniku katorżniczej pracy, głodu i nieludzkich mordów, straciła troje dzieci (rodzeńtwo Dollara, którego nigdy nie poznał, bo urodził się dopiero w 1983), brata oraz siostrę.

Dollar z kolegami zabrali nas na całodniową wycieczkę po okolicach Battambang i był to naprawdę dzień pełen wrażeń. Jeździliśmy przez przepiękne wioski, przejechaliśmy się słynnym bamboo train (prowizorycznym ”pociągiem” skonstruowanym przez przedsiębiorczych wieśniaków w celu transportowania przeróżnych dóbr po torach nie funkcjonujących pociągów), w końcu spróbowałam suszonych na słońcu marynowanych w czosnku i chili muszelek, zjedliśmy smaczny obiad, po którym nastąpił cudowny odpoczynek na hamakach. Zwiedziliśmy interesujące świątynie, obserwowaliśmy, jak bohaterski Dollar ryzykując życiem ratuje małą małpkę, która nieopatrznie wpadła do olbrzymiego zbiornika z wodą, delektowaliśmy się przepięknym zachodem słońca na szczycie góry nie mogąc się jednocześnie nadziwić sprawności dokazujących nieopodal małych makaków, a na koniec wybałuszaliśmy oczy oglądając tysiące nietoperzy wylatujących z jaskini na żer zaraz po zmroku.

Nasi przewodnicy uświadomili nam, jak dużo mamy szczęścia, że urodziliśmy się akurat w Polsce, że możemy sobie podróżować i poznawać inne kraje. W Kambodży prawie nikt nie ma paszportu, bo ludzi zwyczajnie na taki luksus nie stać. Paszport na kraje azjatyckie kosztuje kilkaset dolarów, a na świat kilka tysięcy. A i pieniądze bez znajomości nie są podobno żadną gwarancją.

Po wycieczce zaprosiliśmy chłopaków na karaoke. Czyniąc to byliśmy przekonani, że po prostu zapraszamy ich na piwo do klubu, w którym ludzie dla rozrywki własnej i tłumu śpiewają znane piosenki. Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że kluby karaoke to miejsca podzielone na prywatne wygłuszone pokoiki z łazienkami, ze ścianami pokrytymi kolorowymi skórzanymi poduszkami, z wygodnymi kanapami, wielkim ekranem typu plazma, porządnym sprzętem grającym z dwoma mikrofonami oraz całkiem niezłą akustyką. Czas w takim pokoiku się kupuje  ($5 za godzinę tej przyjemności plus obowiązkowe raczej drogie piwo). Wraz z pierwszym zawodzeniem w drzwiach pokoiku pojawiają się dwie bardzo odświętnie (delikatnie mówiąc) przyodziane hostessy, które z gracją zabierają się do nalewania gościom piwa z puszek do szklanek oraz pomagają śpiewać duety. Kambodżanie, podobnie jak inni Azjaci, uwielbiają śpiewać, nie wiedzą co to wstyd i w wykonanie popularnych lokalnych przebojów wkładają całe swoje serce.  Jest to co najmniej ujmujące. Bawiliśmy się świetnie, a do tego na koniec podziękowaniom pod naszym adresem nie było końca, bo okazuje się, że Dollar i jego koledzy na prawdziwym karaoke byli dopiero drugi raz, bo to rozrywka wyłącznie dla bogatych.

Dollara nie trzeba było nawet ciągnąć za język, żeby opowiedział nam o tym, że każdy biznes, nawet działający na własną rękę nastoletni początkujący kierowca motoru-przewodnik, musi płacić lokalnej policji znaczny procent. Że nawet rolnik jadący z miasteczka do miasteczka zatrzymywany jest na krótkiej trasie ze 2-3 razy, żeby opłacić stojących lub też siedzących przy drodze za rozkładanym stołem funkcjonariuszy prawa (!) (i rzeczywiscie sami byliśmy tego świadkami wiele razy).

Mówił, jak ciężko żyje się w kraju, gdzie nawet nie warto głosować, bo nawet jeśli w powszechnych wyborach wygra partia opozycyjna, to i tak nadal rządzić będzie partia rządząca do tej pory (bezwstydnie pragnąca władzy i nie przebierająca w środkach), mająca za sobą pieniądze i wojsko. Już raz się tak zdarzyło. W 1993 r. ogłoszono zwycięstwo partii rojalistycznej, a rzekomo pokonany urzędujący premier, a zarazem lider partii ludowej (nawiasem mówiąc siejący terror i grozę były Czerwony Khmer) postanowił, że on i tak będzie sprawował funkcję premiera, tworząc w ten sposób niespotykaną ną świecie sytuację, w której państwo ma dwóch rzekomo równorzędnych premierów, z których w rzeczywistości rządzi ten, który przegrał wybory. Co gorsza, do dnia dzisiejszego jest on szefem rządu, tylko w XXI w. swoich oponentów morduje w mniej jawny sposób.

Opowiadał też, że w Kambodży nie da się ożenić, dopóki nie posiada się określonej sumy pieniędzy. Stawki różnią się w poszczególnych regionach, ale w okolicach Battambang najtańsze wesele można zorganizować już za jakieś $2000. Bo chodzi o to, że żadni kmerscy rodzice nie wydadzą swojej ukochanej córki za mąż za mężczyznę, który nie jest w  stanie zapłacić za swoje przyjęcie ślubne. Przeciętny Kambodżanin zarabia podobno około $400 rocznie, więc spróbujcie sobie wyobrazić, ile się musi namęczyć i nakombinować taki młody khmerski Romeo, żeby założyć rodzinę ze swoją wybranką. Czyli, jak to mówią w Azji “No money, no honey”.

Kolega Dollara, Huot, opowiadał nam o swoich rodzicach, którzy w czasach rządów Pol Pota zostali zmuszeni do zawarcia związku małżeńskiego. On był owocem tej “miłości”. Okazuje się, że Czerwoni Khmerzy nagminnie aranżowali małżeństwa, w celu stworzenia całkiem nowego społeczeństwa, wyzbytego ludzkich uczuć i przywiązań.

Dowiedzieliśmy się również, że system edukacji nawet we współczesnej Kambodży stara się omijać kwestię niechlubnego reżimu Pol Pota i młodzi ludzie, o ile nie zostaną uświadomieni przez starszych członków własnych rodzin, nie mają zbytnich szans dowiedzieć się prawdy o tych strasznych latach.

Motocyklowa wycieczka po okolicach Battambang oraz późniejszy wypad na karaoke okazały się nie tylko superrozrywką, ale i niesamowitą lekcją historii i pokory. Magiczny dzień z magicznym Dollarem sprawił, że poczuliśmy Kambodżę. Jej piękno i jej niewyobrażalny smutek. [-a.]

Reklamy

Jedna odpowiedź to “Sam Dollar z Battambang”

  1. REnata 28 lutego 2011 @ 10:51 #

    bardzo ciekawe!!!!! nie ma to jak poznawac kraj z pomoca tubylcow!
    z podworka chicagowskiego dodam, ze tu na ulicy Lincoln sa wlasnie takie dokladnie przybytki azjatyckie (glownie koreanskie) i tez sa rozrywka dla raczej bogatszej (powiedzmy:)) czesci spoleczenstwa. osobiscie nie bylam, ale znajomy (Humberto) opowiadal.
    a w Starbuksie spotykamy czasem dziadzia Azjate, ktorego prawie w ogole nie rozumiemy, ale tez uzyl tekstu „no money, no honey” – najwyrazniej rzeczywiscie jest to jakas zlota formula!
    trzymajcie sie!!!! szerokiej drogi!!!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: