Leniwa magia Kampot

14 Lu

Od razu po usłyszeniu ponurego wyroku w Toshibie zostało postanowione, że jedynym dla nas ratunkiem jest Bangkok, ale ponieważ akurat wypadł weekend i i tak nic byśmy w Tajlandii nie wskórali, zdecydowaliśmy się udać do pobliskiego Kampot.

Kampot to urocze miasteczko na południu Kambodży, z populacją 40 tys. mieszkańców. Słynie głównie z tego, że uwodzi swoją wyluzowaną, wręcz senną atmosferą oraz ciekawą i dobrze zachowaną architekturą kolonialną. Poza tym położone jest nad rzeką,co sprzyja przyjemnym popołudniom na stateczkach. Stanowi też bazę do zwiedzania m.in. Parku Narodowego Bokor.

W Kampot jest dużo turystów, ale jakoś to nie razi, bo miasto jest naprawdę dziwne, powolne, spowite typowym dla Kambodży czerwonym pyłem. Ulice jakieś takie szerokie, ale prawie puste, mnóstwo  bardzo urokliwych francuskich budynków, trochę nadszarpniętych zębem czasu, ale nadal robiących wrażenie, wielkie i niezwykle piękne drzewa, często obsypane dwukolorowymi kwiatami (nie wiem, jaka tajemnica za tym stoi, ale wygląda to niesamowicie). Do tego pełno hoteli, barów i restauracji z wybornym jedzeniem i lokalnym, i zachodnim (z czego postanowiłyśmy z Beatą skwapliwie skorzystać zamawiając największe danie w menu w postaci całego kilograma żeberek w sosie barbeque, czym wzbudziłyśmy powszechne rozbawienie zarówno wśród obsługi, jak i nowopoznanych znajomych).

Ponieważ czas nas gonił, musieliśmy wybrać tylko jedną rzecz do zobaczenia i padło na usytuowaną na wzgórzu opuszczoną francuską stację Bokor.

Bokor to wybudowane w 1921 r. francuskie miasteczko – resort. Miało dawać schronienie Francuzom, umęczonym upałem i wilgotnością Phnom Penh. Przy budowie hotelu z kasynem, który był centralnym punktem obiektu, zginęło podobno 900 osób. W trakcie pierwszej Wojny Indochińskiej w późnych latach czterdziestych, stacja została opuszczona po raz pierwszy, a w 1972 już na dobre po zdobyciu okolicznych terenów przez oddziały Czerwonych Kmerów (którzy notabene twardo się stąd bronili aż do lat dziewięćdziesiątych!).

Nie wiem za bardzo jak mam opisać nasze wrażenia z tej wycieczki, bo trudno jest ubrać w słowa coś, co przed ubieraniem w słowa bardzo się broni. Żeby dotrzeć na szczyt góry musieliśmy najpierw odbębnić swoje na pace pikapa (w ogólnym zamieszaniu i tłumie udało się nam nawet zawrzeć nowe i bardzo interesujące znajomości), potem zaliczyć nasz pierwszy trek w dżungli (umówmy się, nie był szczególnie wymagający, ale zawsze coś), potem znów wsiąść na pikapa (droga w remoncie), by w końcu naszym oczom ukazał się sporych rozmiarów opuszczony budynek. Z daleka nie wyglądał zbyt imponująco, ale im bliżej byliśmy, tym bardziej nas fascynował. Były hotel stoi na szczycie góry i widok z okien, balkonów i wielkiego tarasu (kilometr w dół)  jest oszałamiający. Do tego stare mury pokryte są czerwonym porostem, przez puste witryny okien i framugi drzwi przelewają się fale mgły, a wiatr hula po budynku tak, że stojąc w przejściach słyszy się tylko świst. Na dokładkę, sam budynek zbudowany jest na wielu poziomach, a żeby dostać się z jednego na drugi, trzeba znaleźć właściwe schody, które na każdym pietrze ukryte są w zupełnie innym miejscu. Było dziwnie, niepokojąco, nieswojo. Niesamowicie.

W drodze powrotnej dowiedzieliśmy się, że droga jest w remoncie, bo na górze będzie już wkrótce budowany nowy, lepszy resort, który przyciągnie tabuny bogatych turystów i zmieni to magiczne miejsce w kolorowy i nowoczesny jarmark. A jak. [-a.]

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: