Nie-miasto nocą, czyli jak się wymigać od śpiewania karaoke po wietnamsku

3 Lu

Są takie miejsca, do których przyjeżdża się tylko po to, żeby od razu udać się gdzie indziej. My zaliczyliśmy do takich Rach Gia czyli miasto, w którym nocuje się tylko po to, żeby wczesnym rankiem wsiąść na prom i wyruszyć w kierunku rzekomo rajskiej wyspy Phu Quoc. Trochę z przekory postanowiliśmy wieczorkiem zrobić mały rekonesans po okolicy, no bo to przecież niemożliwe, żeby tam tak całkiem nic nie było. Zwabieni odgłosami hucznej zabawy, czytaj: wietnamskiego popu w wersji karaoke, dochodzącymi z pobliskiej uliczki miedzy guesthousami, postanowiliśmy spróbować swego szczęścia. W miarę zbliżania się do źródła tego tak dobrze rokującego hałasu, naszym oczom stopniowo ukazywały się suto zastawione stoły, tabuny usadzonych przy nich postaci, krążące między dziesiątkami dłoni kieliszki, i w końcu całe masy uśmiechniętych twarzy. Zanim zorientowaliśmy się, co się dzieje, już siedzieliśmy przy honorowym stole, już nakładano nam smakołyki z dużych komunalnych talerzy do naszych osobistych miseczek, już polewano wino ryżowe do jedynego na stole kieliszka.  (Uwaga! Tutaj pije się inaczej niż u nas – obowiązuje zasada „nalej i daj komuś, kogo lubisz, a ten z kolei lubianej przez siebie osobie może zaproponować wypicie kieliszka na spółkę”. Wynik: wszyscy wstawieni, ale nikt nie narąbany.) Po kilkunastu minutach okazało się, że trafiliśmy na coś , co nazwałabym „przedweselem”, czyli imprezę organizowaną przez stronę panny młodej dla jej rodziny i przyjaciół w przeddzień ślubu. (Podejrzewamy, że pan młody wraz ze swoją ekipą bawią się w tym czasie w ten sam sposób, ale nie jest to informacja sprawdzona). Panna młoda wydawała się bardzo uszczęśliwiona naszym nieoczekiwanym przybyciem. Wyglądało to tak, jakbyśmy, o dziwo, przydali prestiżu, a przynajmniej uroku jej imprezie. Przedstawiła nas swojemu tacie (nie pytajcie jak), zwinnie dostawiała krzesła do naszego szybko zapelniającego się stołu (każdy chciał pić z białym, w końcu rzadko przytrafia się taka okazja), posadziła koło nas swojego nauczyciela z uniwerku, który wyraźnie był jej najważniejszym gościem przy tym stole. Śmiała się, przyprowadzała nowych znajomych, dokładała mięsiw, sajgonek, warzyw, owoców, zup i ryżu. Atmosfera robiła się coraz gorętsza, coraz więcej gości odważało się śpiewać do mikrofonu. W końcu wydawało się, że i nam się nie upiecze i jak nic, będzie trzeba śpiewać. I pogodziłam sie z tym nadchodzącym upokorzeniem. Gdy jednak okazało się, że śpiewać można tylko po wietnamsku i to bez napisów (nie żeby pisany po wietnamsku tekst utworu jakoś mógł nam pomóc..), udało się nam wytargować zamianę śpiewu na taniec na środku parkietu. Pląsaliśmy jak te rusałki w rytm lokalnych przyśpiewek i śmiechu było co niemiara. Jak sie domyślacie, zabawa byla przednia… [-a.]

Reklamy

komentarze 4 to “Nie-miasto nocą, czyli jak się wymigać od śpiewania karaoke po wietnamsku”

  1. REnata 5 lutego 2011 @ 05:26 #

    hello Prestizowe Rusalki! would you like a drink? 🙂

  2. Lily Voo 6 lutego 2011 @ 01:50 #

    Na pewno trafnie wyczuliscie ten klimat… 🙂

  3. Ewa Ś. 7 lutego 2011 @ 06:13 #

    ależ super! wyobrażam sobie Wasze roztańczenie , objedzenie,rozbawienie:))to są te szczególne, niezapomniane chwile!

  4. Paweł.b 20 marca 2011 @ 22:21 #

    Piękne !

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: