Easy Riders, czyli wiatr we włosach

1 Sty

Po krawieckich przygodach w Hoi An, udaliśmy sie do Nha Trang, czyli popularnego nadmorskiego resortu. Nha Trang, poza odwiedzeniem jednej pagody z grubym buddą, nie zwiedzaliśmy wcale. Za to spacerowaliśmy po plaży, jedliśmy w restauracjach zachodnie jedzenie i odwiedzaliśmy okoliczne kluby i bary. Czyli dla odmiany zafundowaliśmy sobie takie klasyczne wakacyjne przyjemności – pisać o tym nie trzeba.

Następnym przystankiem było  górskie miasto Dalat – niegdyś ulubione miejsce francuskich kolonizatorów, uciekających przed upałem Sajgonu. Pozostawili oni tu po sobie wiele ciekawej architektury – głównie willi, ale oglądanie tych przybytków nie było naszym celem. Do Dalat przyjechaliśmy znaleźć przewodników na wycieczkę przez góry.

Easy Riders to, zainspirowana tytułem filmu, nazwa słynnej motocyklowej grupy przewodników założonej przez weteranów wojny wietnamskiej. Jest ona niestety kolejną w tym kraju instytucją posiadającą dziesiątki imitatorów. Pomysł całego przedsięwzięca to pokazanie turystom kraju od mniej uczęszczanej strony, jadąc przez przepiękne plenery – często trudno dostępne dla zagranicznych gości. To także szansa na poznanie historii prawdziwych ludzi i lekcja na temat miejsc i wydarzeń wojny wietnamskiej (tzn. amerykańskiej) od tych, którzy w niej bezpośrednio uczestniczyli. Oryginalni Easy Riderzy mieli swoje początki w Dalat, ale ludzi podających się za nich można spotkać na ulicach wielu dużych miast. Każdy z motorem (nie skuterem) i jako takim angielskim w kółko nagania turystów. “Want Easy Rider?”

Początkowo było około pięćdziesięciu zrzeszonych razem założycieli. Jednak z biegiem czasu, głównie z powodu różnic w wizji prowadzenia działalności, podzielili się na wiele mniejszych grup, często składających sie z lidera-weterana i jego młodszych współpracowników. Po wnikliwym rozeznaniu wybraliśmy nasz skład. Pan Hong, 62-letni weteran armii południowej, oraz Hiep i Lan – jego dwaj młodzi pomocnicy – stali się osobami, z którymi mieliśmy spędzić następnych kilka dni na drogach Wietnamu. Przyznam, że motory to środek transportu, którego zawsze się trochę bałem, a dodatkowo taka wycieczka miała być mocnym nadszarpnięciem naszego backpackerskiego budżetu. Decyzja o wyruszeniu w tę podróż nie przyszła więc łatwo. Na całe szczęście to zrobiliśmy i teraz mogę już śmiało powiedzieć, że były to nasze najlepiej dotąd spędzone dni w Wietnamie.

Po pierwsze – ludzie. Odwiedziliśmy kilka wiosek mniejszości etnicznych (H’mong, Ede i Khmerów), w których całe rodziny przywitały nas nieprawdopodbnie serdecznie. Od tych prostych ludzi emanowały niesamowite ciepło i radość, które ciężko opisać. Poza tym wszyscy byli zachwyceni naszą urodą i zafascynowani naszymi długimi nosami. Posiadanie tłumaczy pozwoliło nam na kontakt, którego sami nigdy byśmy nie nawiązali – nie mówiąc o dostaniu się do tych miejsc.

Po drugie – praca ludzi. Nasi przewodnicy zafundowali nam wiele postojów w bardzo ciekawych miejscach pracy lokalnych mieszkańców. Byliśmy na farmie jedwabników i w fabryce jedwabiu, w domowej wytwórni tofu, papieru ryżowego i łuskarni orzeszków, w przydrożnych pracowniach artystów rzeźbiących w drewnie (a dokładnie w korzeniach drzew) i marmurze. Zatrzymywaliśmy się na polach ryżowych, plantacjach pieprzu,  kawy i w jej małych przetwórniach. Widzieliśmy sady drzew kauczukowych i fabrykę wytwarzającą z nich gumę. Tych miejsc było jeszcze więcej, a w każdym z nich przewodnicy szczegółowo wyjaśniali nam cały proces. Nikt nas nie popędzał – mogliśmy spokojnie przyglądać się pracy ludzi, którzy zresztą za każdym razem bardzo cieszyli się z naszych odwiedzin. Obserwacje te dały nam  dużo do myślenia, bo pokazały skąd te różne rzeczy, które tak po prostu kupujemy na codzień, tak naprawdę się biorą i jak ciężką pracą są często okupione. Że te towary przed przybyciem na nasze półki jakiś zręczny Azjata zasadził, zerwał, wyprażył, obrał, obrobił, umył, wysuszył,  zmielił, zapakował i wysłał. Poza tym spryt i pracowitość Wietnamczyków robią naprawdę spore wrażenie. W końcu napędzają jedną z 20 najszybciej rozwijających się gospodarek świata.

Po trzecie – nasi Easy Riderzy. Pan Hong okazał się studnią wiedzy bez dnia. Mógł długo opowiadać o ludziach, o buddyzmie, o tutejszych zwyczajach, o wojnie. Te ostatnie historie robiły szczególne wrażenie, gdy zatrzymywaliśmy się przy zniszczonym przez bomby moście, kościele czy na fragmentach słynnego szlaku Hoszimina. Hiep i Lan doskonale uzupełniali pana Honga – będąc przewodnikami po wielu plantacjach czy zakładach. Innym benefitem podróżowania z Wietnamczykami było jedzenie, którego próbowanie z nimi w lokalnych restauracjach było dla nas całkiem nowym doświadczeniem. Dotąd kulinarne specjały poznawaliśmy trochę po omacku, a teraz ktoś w końcu nam objaśnił, co jest czym, z czym co się je i co jak się nazywa. Wszystko było naprawdę pyszne, a ceny na rachunkach magicznie okazywały się dużo niższe niż te, które dotąd sami płaciliśmy w restauracjach. Czary mary – inny cennik dla lokalnych. Dodatkowo wszyscy trzej są doskonałymi, doświadczonymi kierowcami i mimo totalnie nieprzewidywalnego i niebezpiecznego ruchu na drogach Wietnamu skutecznie omijali ryzykowne sytuacje i bardzo szybko pozwolili nam poczuć się swobodnie na siedzeniach pasażerów. Wspólne posiłki, a szczególnie te wieczorne, z obowiązkową wódką ryżową (happy water), ich poczucie humoru i niecodzienne osobowości na pewno zostaną z nami na długo.

Po czwarte – sceneria. Czterodniowa jazda na motorach przez przepiękne góry środkowego Wietnamu to coś, czego chyba nigdy nie zapomnimy. Małe laguny z nieuczęszczanymi przez turystów wodospadami czy malownicze przełęcze, gdzie nasi przewodnicy fundowali nam krótkie spacery, były zawsze przyjemnymi przerywnikami po długiej jeździe. Te góry to piękny zakątek świata, a wycieczka z Easy Riders to zdecydowanie najlepszy sposób na jego zobaczenie.

Pod koniec wyprawy, na której punkt docelowy wybraliśmy Sajgon, poważnie rozważaliśmy przedłużenie wyprawy o deltę Mekongu. Zrezygnowaliśmy tylko z powodów finansowych, ale zaraz po rozstaniu z naszymi przewodnikami zrobiło się jakoś pusto… Przez te cztery dni przywiązaliśmy się do nich i do tej przygody. Szkoda, że to już koniec… [-k.]

Reklamy

Komentarzy 6 to “Easy Riders, czyli wiatr we włosach”

  1. Ewa Ś. 4 stycznia 2011 @ 02:09 #

    wspaniała podróż! szkoda ,że kaska jest ograniczona. Tajlandia przed Wami- też podobno niesamowita!! powodzenia w dalszych wojażach w Nowym Roku.

  2. Kasia 4 stycznia 2011 @ 23:03 #

    Niedawno odkryłam ten blog i się oczarowałam. Uwielbiam czytać relacje z podróży, a tu jeszcze dodatkowo takie cudne zdjęcia! Będę śledzić 😉 Pozdrawiam

  3. Magda 13 stycznia 2011 @ 08:11 #

    http://zaczarowanawalizka.blogspot.com/2011/01/linkowo-blogowo-konkursowolinks-blogs.html
    Jeśli macie uwagi – piszcie.
    Niezmiennie trzymam kciuki za bieg wydarzeń 🙂

  4. Kasia 22 lipca 2014 @ 11:51 #

    Ale fantastyczne miejsce w sieci! Czytam i czytam i nie mogę się naczytać! A że sama jadę do Wietnamu na wrzesień, mam małe pytanko – czy napotkaliście się na „oryginalnych”, a przynajmniej jakichś sensownych Easy Riders w okolicach Hoi An?

    • Kuba [bezdomu) 22 lipca 2014 @ 12:04 #

      Czesc Kasia! Dzieki za mile slowa. Z tego co pamietam zdecydowanie najwiekszy wybor firm byl w Dalat i tam bym polecal pojechac. W Hoi An nie pamietam zebym jakichs widzial, ale moze to sie od tamtego czasu zmienilo… Tutaj masz ich strone na FB https://www.facebook.com/pages/EasyRider-Club-Dalat/304635699582953 Nawet widze na zdjeciu naszych ludzi 😉 Pozdrawiam cieplo.

      • Zuza 7 lutego 2016 @ 10:20 #

        A jak dostawaliśce się do Dalat i ile kosztowała Was taka wycieczka? Czy cena zawierała noclegi? i czy sami układaliście plan podróży?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: