Hoi An, czyli sukienkowy amok

30 Gru

Może i Hoi An kiedyś, na początku naszej ery, mogło pochwalić się największym w Azji Południowo-Wschodniej portem. Może i było do XIV w. handlową stolicą królestwa Czampa. Może i do XVIII w. stanowiło najważniejszy port handlowy w tej części świata. Może i teraz jest miejscem przecudownym, choć bardzo turystycznym. Może i jego stare miasto to bardzo dobrze zachowany przykład architektury miasta portowego Azji Południowo-Wschodniej XV-XIX w. Może i tak. Dla nas jednak liczyło się co innego. Wymyślić krój, wybrać materiał, wywalczyć cenę, zdążyć na przymiarkę i w końcu odebrać… Sukienkę, oczywiście. A raczej sukienki…

Hoi An to turystyczne miasteczko położone na południowo-środkowym wybrzeżu Wietnamu nad Morzem Południowochińskim. Oprócz niesamowitej architektury oraz  licznych sklepików z lokalnym rzemiosłem turystów przyciąga tu perspektywa zamówienia garderoby u prawdziwego krawca, który to uszyje wszystko, co tylko możliwe, od torebek, poprzez spodnie, sukienki, garnitury, płaszcze, aż po buty. I wszystko na miarę. Całe stare miasto to rzędy zakładów krawieckich. Jeden za drugim, wszystkie wyglądające identycznie, ze zwojami identycznych materiałów,  prześcigające  się w sposobach zatrzymania potencjalnego klienta. Adidas? Najki? Ju pik from di kaatalog, noł problem, tu ałers! I rzeczywiście. Niewiarygodne, ale prawdziwe. W kilka godzin możesz zostać szczęśliwym (lub nie) posiadaczem dowolnie zaprojektowanych, tudzież skopiowanych, butów sportowych, mokasynów czy też sandałów. To samo z ciuchami. Za 30 dolarów uszyją Ci według upodobania dowolny płaszczyk, a za 80 nawet całkiem porządny garnitur. No cóż. Broniłyśmy się z koleżanką Beatą jakieś 3 godziny, a potem poległyśmy jak miliony przed nami. A jak to się stało? No przede wszystkim namowy pań ekspedientek padły na bardzo podatny grunt. Ja na przykład dołożyłam przed wyjazdem wszelkich starań, żeby mój plecak był bardzo lekki i niewielkich rozmiarów. Udało się, ale niestety kosztem stylu, a co za tym idzie, mojego samopoczucia. No bo ile w końcu można nosić te same spodnie, niezależnie od  kontekstu, okazji,otoczenia. Może i szybko schnną, za bardzo się nie brudzą, ani nie gniotą, ale kobieta nawet w długiej podróży i tak pozostaje kobietą i wyglądać chce zawsze ładnie. Jeśli więc wśród straganów ze świeżymi warzywami znienacka dopadnie ją przemiła Wietnamka w średnim wieku, nieprzerwanie prawiąca jej komplementy na temat rozmiaru jej boskich oczu, dopytująca się o kraj pochodzenia i z prawdziwym entuzjazmem zapraszająca do swojego sklepu mieszczącego się podobno tuż za rogiem, ta na pewno się skusi. Sklep zazwyczaj okazuje się jedną z wielu pracowni krawieckich, gdzie przed oczami omamionej już ofiary, rozkładane są rozliczne katalogi mody, nierzadko będące wycinkami z prasy brukowej ukazującymi przeróżne sławne osoby w rozmaitych kreacjach. Do tego, Bogu ducha winną turystkę nagle otacza zwarty krąg doradców, którzy proponują jej obmacanie wielu kolorowych zwojów materiału, oczywiście w celu wybrania tego najbardziej odpowiadającego klientce. Potem już tylko negocjacje cenowe i wyznaczenie terminu pierwszej przymiarki (zazwyczaj jest to jakieś parę godzin później). Uff. W oczekiwaniu na ten termin można niby sporo zrobić, zobaczyć, zwiedzić, tylko że sprawa się komplikuje, jeśli omamione kobiety są dwie, a każda z nich z utęsknieniem czeka na więcej niż jedną sukienkę. Wtedy przymiarki zazębiają się czasowo, uniemożliwiając tym samym  jakąkolwiek bardziej ambitną aktywność turystyczną. Nam właśnie przytrafiło się coś takiego i aż wstyd się przyznać, ale przez 2 dni wszystkie decyzje musieliśmy podejmować mając na uwadze ustaloną wcześniej wizytę u krawca. Z sukienek i tak nie jesteśmy w 100% zadowolone, no bo jak w takim pośpiechu można wymyśleć sukienkę, która byłaby i ładna, i praktyczna w podróży, ale przynajmniej zasmakowałyśmy tego typowego dla Hoi An doświadczenia. Jedynym poszkodowanym był chyba Kuba, który snuł się za nami od krawca do krawca z iście anielską cierpliwością, bacznie pilnując, byśmy zawsze trafiały do właściwego zakładu o właściwej porze, a nawet powstrzymując nas od składania nowych zamówień na nowe sukienki. Rezultat: Beata 3, Ja 2. Nie jest źle. A do tego Hoi An jest naprawdę piękne. [-a.]

Reklamy

komentarze 2 to “Hoi An, czyli sukienkowy amok”

  1. Ewa Ś. 31 grudnia 2010 @ 03:40 #

    no wiadomo, Prawdziwe kobietki z Was i bardzo dobrze.:)) ile mozna w tych spodniach.:))

  2. Lily Voo 4 lutego 2011 @ 08:56 #

    Warto bylo! Ja na pewno bym sie skusila.. zielona jest sliczna 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: