Vinh Moc, czyli życie podziemne

27 Gru

Wyobraźcie sobie wioskę, której mieszkańcy wystraszeni wojną i bombardowaniami zaczynają wszelkimi dostępnymi narzędziami kopać w ziemi tunele.  Tworzą w ten sposób swoje podziemne miasto i przeprowadzają się do niego, aby przeczekać działania wojsk. Mieszkają tam ponad pięć lat, organizując w miarę możliwośći „normalne” życie społeczne. Takich wiosek w tzw. strefie zdemilitaryzowanej (wzdłuż dawnej granicy między Wietnamem południowym i północnym) było ponad sto, ale jedynymi tunelami, których nie zniszczyły bomby lub deszcze są właśnie te w Vinh Moc, do którego, przyciągnięci tą niesamowitą historią, przybyliśmy z pobliskiego Dong Ha. Pan Hoa, czyli nasz przewodnik, całe życie mieszkał w tej okolicy, a pod koniec wojny walczył nawet w armii południowej.  Okazał się świetnym wyborem i prawdziwą kopalnią wiedzy o tym terenie.

W położonym na skarpie pięknego wybrzeża Morza Chińskiego Vinh Moc  mieszkało w tym okresie około 400 osób. Budowa tuneli, mających łącznie dwa kilometry (!), trwała ponad dwa lata. Ten labirynt ciasnych korytarzy i maleńkich pomieszczeń dla całych rodzin zajmuje trzy poziomy (najniższy na prawie 30 metrach głębokości), posiada 13 wejść, z których 7 wychodzi na skarpę nad morzem, którym z pobliskiej wyspy dostarczano zaopatrzenie. „Miasto” wykopane w gliniasto-skalnym podłożu okazało się skuteczną kryjówką przed nalotami. W ciągu 5 lat armia USA zrzuciła na ten teren ponad 9000 ton bomb (!), które zniszczyły absolutnie wszystko na powierzchni, zostawiając wiele olbrzymich lejów, które pozostały tam do dziś. O dziwo ani jedna z osób żyjących tam przez te pięć koszmarnych lat nie straciła życia. Co więcej, pod ziemią w tym okresie urodziło się siedemnaścioro dzieci (które przez brak kontaktu ze światłem słonecznym miały później problemy z oczami i skórą). Zadziwiającym jest jak sprytnie wieśniacy zoorganizowali życie w tunelach. Była tam kuchnia, mały szpital, pomieszczenie położnicze, magazyny, ubikacje, system wentylacji, otwory i baseniki do zbierania wody deszczowej, a nawet sala spotkań, w której projekcje filmów (tak, mieli nawet projektor wystawiony teraz w tamtejszym małym muzeum), słuchanie radia i występy muzyczne (!) umilały ciężkie życie w izolacji. Amerykanie byli bezradni.  Nawet nowe specjalne bomby, mające za zadanie niszczyć takie tunele, potrafiły spenetrować tylko ich pierwsze 10 metrów, a jedyna z nich, która trafiła do środka tych w Vinh Moc – nie eksplodowała. Stworzyła za to dodatkowy wlot powietrza dla ukrywających się. Tunele, całkowiecie nietknięte, przetrwały do dziś. Jedynymi zmianami było umocnienie wejść i pierwszych kilku metrów przy każdym z nich. Nasza, prawie godzinna, wycieczka pod ziemię wprawiła nas w osłupienie.  Szerokość tuneli to średnio około 80 cm, a wysokość to często mniej niż 180 cm, więc większość trasy musieliśmy iść schyleni. Wielkość rodzinnych pokojów to gabaryty takiego większego kartonu po lodówce.  Brak światła, duchota i totalnie klaustrofobiczne uczucie bardzo szybko nas zmęczyły. Ciężko sobie wyobrazić, jak ludzie mogli żyć w takich warunkach i to tak długo. Jako współczesny dodatek, wewnątrz tuneli powstawiano tu i ówdzie kiczowate plastikowe atrapy siedzących na ziemi ludzi czy nawet całych rodzin, mających obrazować życie w Vinh Moc. Można się nieźle przestraszyć natykając się w ciemności na taką atrakcję. Natomiast małe muzeum znajdujące się na powierzchni świetnie wprowadza w klimat, prezentując wiele przedmiotów i zdjęć z tamtego czasu.

Poza tunelami, Hoa pokazał nam słynny most na rzece Ben Hai, która była dawną granicą, zardzewiałe już, porośnięte krzakami amerykańskie czołgi i jeden z wielu tamtejszych cmentarzy wojskowych. Chowano na nich wyłącznie żołnierzy armii komunistycznej północy, bo ciała tych z armii południa odsyłane były do ich rodzinnych wiosek. Ciekawostką było to, że na wielu grobach pochowanych tam nieznanych żołnierzy, ręcznie dopisano farbą ich nazwiska. Jak wszędzie w Indochinach, w Wietnamie wiara we wrózbitów ciągle jest silna i to właśnie oni na zlecenie rodzin wskazują rzekome miejsce pochówku ich krewnych.

Ten dzień był ciekawą wycieczką w przeszłość. Wietnam już dawno zapomniał o wojnie i pędzi do przodu.  My z kolei mamy teraz ochotę na filmy i książki o tym konflikcie, aby będąc tu poczuć ten klimat jeszcze bardziej. [-k.]

Advertisements

komentarze 3 to “Vinh Moc, czyli życie podziemne”

  1. fragmentyzdrogi 27 grudnia 2010 @ 03:49 #

    Pozdrawiam serdecznie

  2. Ewa Ś. 27 grudnia 2010 @ 03:49 #

    dziękuję Kuba za te wpisy. Dzięki nim mogę towarzyszyć Wam w tej niezwykłej podróży. Powodzenia i czekam na kolejny dzień.

  3. REnata 27 grudnia 2010 @ 04:39 #

    wow! co za historia! najwyrazniej ludzie potrafia wiele przetrwac w niemozliwych warunkach, i jaka kreatywnosc! jakos tak mi sie skojarzylo na maxa z Anna Frank w polaczeniu ze wspolnie widzianym Mesa Verde N.P. w Kolorado.
    dzieki za opisy!!!
    Wesloych Swiat c.d.!!!:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: