Yangshuo, czyli “helou, bambu bołt?”

22 List

Nie można narzekać na pociągi sypialne w Chinach. Tym razem podróż trwała aż 20 godzin, ale nie mogę powiedzieć, żeby nas bardzo zmęczyła. Większość jazdy udało się nam przespać, resztę spędziliśmy nadrabiając zaległości w czytaniu i wciągając chińskie zupki i ciasteczka. Wczesnym rankiem dotarliśmy do Guilin (w prowincji Guanxi), a stamtąd autobusem do Yangshuo. Ta niewielka miejscowość, malowniczo położona nad rzeką Li i otoczona niewielkimi, stromymi górami, spodobała nam się od pierwszej chwili. Tu znalezliśmy tak potrzebną nam zmianę tempa…

Yangshuo to od kilku lat ulubiona (obok Old Dali) destynacja białych turystów i z tej okazji można tu zjeść zachodnie jedzenie (nieco stęsknieni, nie oparliśmy się jajecznicy, naleśnikom czy veggie-burgerowi pomimo wyższych cen) oraz napić się piwa w zachodnio urządzonym barze. Takich małych biznesów (często założonych przez Australijczyków) jest tu mnóstwo i dla zmęczonego Chinami turysty jest to raj na ziemi, a często nawet baza do dłuższego pobytu. Ułatwiającym życie szczegółem okazało się też to, że, pomijając angielskie menu w tutejszych (także chińskich) knajpach, wielu tubylców porozumiewa się całkiem nieźle po angielsku (nawet co poniektóre babcie sprzedające tandetne pamiątki!). Hostel 11 okazał się chyba naszym najlepszym jak dotąd lokum w Chinach. Jego najwyższy w mieście taras na dachu stanowił przez cały pobyt nasz ulubiony punkt wieczornych posiedzeń z laptopem, zdjęciami, przewodnikami i dobrym (lokalnym, oczywiście) piwem. Widok na (podświetlone w nocy!) góry, rzekę i dachy okolicznych budynków był niezastąpiony…

Tak, nie brakuje tu tysięcy chińskich turystów na hałaśliwej, kupiecko-dykotekowej West Street czy wszędobylskich natrętnych sprzedawców DVD, zegarków i wycieczek, ale łatwo uciec tu przed tłumem i delektować się tymi, jakże uroczymi okolicami. Jedną z głównych miejscowych atrakcji jest spływ po rzece na “bambusowych” tratwach (niestety nie są wcale bambusowe tylko, jak odkryliśmy, metalowo-plastikowe – kolejna chińska ściema), dlatego też ulice wypełnione są naganiaczami krzyczącymi w kółko do turystów frazę (często jedyną im znaną po angielsku) “hello, bamboo boat?”. Ten tekst witał nas na ulicy każdego poranka i towarzyszył nam przez całe dnie tutaj, aż stał sie małym symbolem tutejszego pobytu. Po małym rekonesansie okolicznych ulic, drugiego dnia wynajęliśmy rowery i udaliśmy się kierunku małej nadrzecznej osady Liu Gong. Na szczęście – okazała się ona niepopularna wśród turystów. A niestety – kolejna chińska mapa okazała się kompletnie bezużyteczna (poważny problem w Chinach, te mapy) i dopiero po ponad godzinie błądzenia udało nam się dotrzeć na właściwą scieżkę, o czym poinformował nas pierwszy napotkany drogowskaz. Byliśmy zachwyceni, bo całą drogę nie spotkaliśmy żadnych innych ludzi, poza lokalnymi, mieszkającymi w mijanych, biednych wioskach. Po około godzinie jazdy, prowadzeni drogowskazami, dotarliśmy do miejsca przy rzece, które okazało się ślepą alejką po obu stronach ograniczoną wielkimi skałami. Drogowskazy do wioski Liu Gong wcale nie prowadziły do niej, ale do małej przystani, z rzeczonymi “bambusowymi” tratwami, które za odpowiednią opłatą do owej wioski były gotowe nas zabrać. Ot, kolejny sposób na wyprowadzenie w pole radosnych turystów. Uznaliśmy szybko, że i tę atrakcję trzeba zaliczyć, zapakowaliśmy rowery i, jak się okazało potem, niemiłosiernie przepłacając, udaliśmy się na rejs po rzece Li. Ze względu na pochmurny i zamglony dzień, widoki po drodze były niesamowite, takie jak znaliśmy ze zdjęć i ze wspomnianego wcześniej tyłu banknotu. Na miejsce dotarliśmy po jakichś 40 minutach i ku naszej uciesze dotarliśmy tam jako jedyni. Liugong to antyczna wioska, z kilkunastoma całkiem nieźle zachowanymi ponad 800-letnimi budynkami, malutką buddyjską świątynią i trzema turkusowymi stawami ukrytymi pomiędzy górami. Spacerując po osadzie, szybko odkryliśmy, że od strony rzeki stare budynki powoli już pustoszeją, a na tyłach wioski buduje się już wiele nowszych domów. Pomimo tego nie brakuje Liugong uroku. Na trasę powrotną wybraliśmy trochę dłuższą, dość wyboistą, ale za to piękną trasę przez wsie i po dwóch godzinach jazdy na nieco zdezelowanych rowerach górskich wróciliśmy do Yangshuo, z dobrze obitymi dupami, ale szczęśliwi i z dobrymi fotami.

Następnego dnia, spragnieni już schodów (żart!), zaliczyliśmy kolejny charakterystyczny dla tej okolicy punkt o nazwie Księżycowa Góra. A księżycowa dlatego, że przy jej szczycie erozja skał utworzyła dziurę o kształcie księżyca. Schodów na szczęście nie było tak dużo (jakieś 40 minut pod górę – co to dla nas “huangszanowców”), a widok ze szczytu wynagrodził nam wspinaczkę. Kolejną ucieczką w odludzie był spacer w górę rzeki, do miejsca które podpowiedzieli nam właściciele hostelu. “Sekretna Plaża” okazała sie nie całkiem sekretna, ale my gnani chęcią ucieczki, podążając dalej, dotarliśmy do pięknych miejsc nad rzeką. Okolica była naprawdę pusta, nie wspomniana przez nikogo i znana chyba tylko okolicznym rybakom zarzucającym tu i ówdzie swoje sieci. Pięknie, cicho, sielanka…

Po tygodniu pobytu i wahaniach co do kolejnego miejsca wybraliśmy kolejny punkt podróży. Chcieliśmy jechać do Kunming, odwiedzić Dali i może zrobić trek wokół Przełomu Skaczącego Tygrysa, ale pogoda w tamtych rejonach już się popsuła i nadciąga zima,a my niegotowi teraz na takie temperatury, zmieniliśmy plany. Będzie za to Hong Kong i Makao. Miasta, które zawsze chciałem zobaczyć i pomimo wysokich cen, szkoda byłoby je opuścić. Inny pomysł – Tokyo – odpadł z powodu bardzo drogich lotów. Pozostaje nam jego chińska wersja. Jako że pociągi do Yangshuo nie dojeżdzają, a kupno biletu to cała wyprawa do Guilin, postanowiliśmy spróbować nowej opcji przemieszczania się po Chinach. Autobus sypialny, wynalazek u nas nieznany, oceniany jest różnie, no ale podróżujemy dla nowych doznań. No to mamy – 3 rzędy piętrowych łózek, 10-godzinna jazda w nocy do Shenzen, a stamtąd już pociągiem/metrem na wyspę Hong Kong. Następny raport już z wielkiego miasta… [-k.]

Reklamy

komentarzy 6 to “Yangshuo, czyli “helou, bambu bołt?””

  1. Tita 22 listopada 2010 @ 21:14 #

    Zdjecia sa super!!!!

    • Jerzy Kij 24 listopada 2010 @ 17:13 #

      Pozdrawia Jerzy z Tomaszowa. Niektóre fotki bardzo malarskie i refleksyjne. Wiecej takich.

  2. Tita 22 listopada 2010 @ 21:40 #

    fotki sa powalajace!! Po raz kolejny sie powtorze. Zal dupe sciska jak nic 😉 Super piszecie , jak juz sie wasza podroz skonczy , szczerze to mozecie wydac dziennik 😉 pzdr

  3. maja 26 listopada 2010 @ 23:21 #

    asku, no co tu komentowac. przylacze sie do kolezanki co sie wyzej wypowiedziala, ‚zal czlowiekowi dupe sciska’ – bo najlepiej oddaje to sedno sprawy. zdjecia piekne a i posciki mile dla oka.

    my tu z krainy kwitnacego ziemniaka pozdrawiamy was mocno i tesknimy
    m

  4. maja 2 grudnia 2010 @ 03:43 #

    I co dalej?

  5. Ewa Ś. 4 grudnia 2010 @ 05:52 #

    ależ pięknie. Fajnie,że tam jesteście.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: