Huangshan, czyli przydługawa opowieść o bankomatach, megafonach i chińskim cudzie

18 List

W przewodnikach wyczytaliśmy, że tam po prostu trzeba pojechać, bo po pierwsze masyw Huang Shan od stuleci uważany jest przez chińskich malarzy, poetów i uczonych za krajobraz idealny, po drugie słynny chiński geograf Xu Xiake, po wspięciu się na Huangshan, powiedział, że “Kto go zobaczył, nie pokocha juz innej góry”, a po trzecie (i to już powinno nam dać do myslenia) Huang Shan to dla Chińczyków jedna z najważniejszych atrakcji krajobrazowych kraju. Skuszeni przede wszystkim tym pierwszym argumentem, przepełnieni naiwną nadzieją na doświadczenie uczucia wzniosłości w obliczu tak majestatycznego piękna i spokoju, zaopatrzyliśmy się w zupki chńskie i wsiedliśmy w nocny pociąg klasy hard sleeper. Po 13 godzinach na “twardych leżankach” (trzeba przyznać, ze pościel była czysta i prawie że pachnąca), wysiedliśmy w końcu w mieście Huang Shan, zwanym również Tunxi. Z dworca odebrał nas przyhostelowy pan taksówkarz. Nie zważając ani na przepisy ruchu drogowego (zaczynam miec wątpliwości, czy takie w ogóle w Chinach istnieją), ani na pozostałych uczestników tegoż ruchu, używając klaksonu tak często i tak dowolnie jak u nas za kierownicą rzuca się miesem, dowiózł nas bezpiecznie do schroniska. Mówiąc “bezpiecznie” mam na myśli to, że dojechaliśmy cało, ale ile razy w trakcie tej przejażdżki otarliśmy się o tamten świat, nie wie nikt.

Schronisko okazało się trzygwiazdkowym hotelem,a jego właściciel Steven (Chińczyk o całkiem niezłej angielszczyźnie) dwoił się i troił, żeby nam pobyt w pięknym mieście Tunxi zorganizować. Jeszcze tego samego dnia pojechaliśmy zwiedzać niesamowite , stare wioski, z których słynie południe prowincji Anhui. Są to osady powstałe w czasach dynastii Ming i Qing (XV-XIX w.). Niektóre z nich są calkowicie odrestaurowane i wypełnione po brzegi turystami. Kręcono tu mnóstwo filmów, m.in. Przyczajonego tygrysa i coś tam jeszcze. Ponieważ przeraziła nas jakoś wizja tłumu chińskich turystów na małej przestrzeni, darowaliśmy sobie te stare-nowe wioski i pojechaliśmy do Chengkhan i Tangmo, które (jeszcze) rzeczywiście na stare wyglądały i pewnie dlatego były całkiem opustoszałe. Zwiedzających było niewielu, ale tu i ówdzie wąskimi uliczkami przemykał jakiś lokalny, który patrzył na nas z równym niedowierzaniem, co my na niego. Niewiarygodne. Przez środek miasteczka, wąskimi korytarzami prowadzi trasa dla oglądających, a po bokach normalnie mieszkają ludzie. Uprawiają herbatę, zbierają jakieś nieznane mi orzeszki, mandarynki i nie wiem co jeszcze. Rozkładają te swoje plony na ziemi na swoich podwórkach. Wszystko to schnie na słońcu, ułożone na wielkich płachtach materiału. Potem zbierają to do wielkich koszy. Gdzieniegdzie na murkach wygrzewają się wyliniałe ziewające psy, a za praktycznie każdym murem wyleguje się czarna krowa, chuda jak szczapa i łypiąca na boki swymi wielkimi oczami. Cisza i spokój. Od czasu do czasu jakieś stare świątynie buddyjskie lub konfucjańskie. I gdakanie kur.

No, ale wróćmy do samych Żółtych Gór, czyli Huang Shan. Wstaliśmy wcześnie rano i punktualnie o 7 pod hostel zajechał busik, który miał nas zawieźć do miejscowości położonej przy samym parku. Nawet ta część dnia była całkiem interesująca, zważywszy na sposób w jaki żona (konkubina? siostra?) kierowcy pozyskiwała pasażerów. On, krzycząc, niespodziewanie zjeżdżał na pobocze, chodnik, przystanek – cokolwiek się dało, a ona otwierała okno i śpiewnie, ale całkiem stanowczo, namawiała potencjalnych klientów do odbycia wspólnej wycieczki. Wyglądało to przekomicznie, ale nikt z uczestników tej całej sytuacji nie wydawał się nią rozbawiony. Chleb powszedni i tyle. W miejscu, gdzie wysadził nas zaradny pan kierowca i jego wierna wspólniczka, przesiedliśmy się w autobus national express jadący do południowego podnóża gór. I tu nagle nas olśniło. W sumie to jesteśmy w Chinach i być może ani za kolejkę, ani za wejście do parku nie będzie można płacić kartą.  Być może na szczycie gór nie będzie bankomatów, ani kantorów, ani nic takiego, co mogłoby dla nas wykrzesać jakąś gotówkę.. Być może. I wtedy jesteśmy w przysłowiowej dupie, bo według naszych wyliczeń, brakuje nam na tę drogą imprezę jakiejś marnej stówy juanów.  Próbujemy więc ratować sytuację. Wysiadamy z ekspresu i Kuba biegnie do najbliższego hotelu, żeby szukać kantoru, a ja biegnę do kasy, żeby jakoś na migi się spytać, czy biorą karty. Po dziesięciu minutach spotykamy się i obydwoje mamy nietęgie miny. Czyli że klops i nie wiadomo co teraz robić. Niby nie ma sytuacji bez wyjścia, ale droga na dół zajmie nam sporo czasu, a poza tym nie wiemy nawet czy tam na dole w ogóle jakiś bankomat jest. Dodatkowo sprawę komplikuje fakt, że ostatnia kolejka powrotna odjeżdża o 16.30, a trasa ma 11 km. Po burzliwej wymianie zdań (no bo czy to wiadomo czyja to wina, że za mało wzięlismy kasy?) postanawiamy pojechać taksówką tam i z powrotem, zaoszczedzając tym samym czas, no bo nie pieniądze. Po dłuższych targach z panem taksówkarzem (zdawał się zdecydować, że z tych głupich białych turystów, co to nawet kasy na wstęp nie wzięli, wyżywi cała rodzinę przez tydzień), w końcu wsiadamy i jedziemy. Pół godziny poźniej, zadowoleni z siebie, stoimy już przy okienku i kupujemy bilety. Ufff. No to teraz możemy zwolnić. Kolejka linowa wiezie nas baaardzo wysoko, widoki są powalające. Huang Shan to granitowe, mocno popękane skały z charakterystycznymi sosnami wyrastającymi z boków gór. Do tego bardzo często występuje tu mgła, przez co powstaje Morze Nieba – “fale” chmur poruszające się na wietrze wywołują wrażenie dryfowania wierzchołków gór. Nie umiem tego sprawiedliwie oddać, ale wygląda to naprawdę niesamowicie. Wysiadamy i zaczynamy nasz trekking. Jest mało ludzi, góry przepiękne. Aż chce się krzyczeć z radości. Studiujemy naszą mapkę zakupioną od Stevena w hostelu i, pomimo pewnych drobnych niekonsekwencji, jakie na niej zauważamy, jesteśmy dobrej myśli. W miarę zbliżania się do pierwszego spektakularnego szczytu, Szczytu Przekonania (Beginning to Believe Peak), dróżka zaczyna się zagęszczać. Kilkanaście minut później otacza nas pstrokaty i niezwykle hałaśliwy chiński tłum, złożony w większości z radosnych wycieczek zakładowych, zachowujących się mniej więcej tak, jak zachowywaliśmy się my wszyscy w podstawówce na naszych wycieczkach szkolnych. Do tego dochodzi pan przewodnik: macha zachęcająco chorągiewką, jednocześnie niemiłosiernie drąc się przez megafon. Domyślam się, że mówi jakieś bardzo interesujące rzeczy, jednak dla takiej mandaryńskiej ignorantki jak ja, dźwięk jego głosu jest bardziej niż drażniący. Nie chodzi jednak tylko o niego. Spomiędzy drzew, nie wiadomo skąd, ale wiadomo, że z głośników bardzo słabej jakości, bucząco rozbrzmiewa jakaś podniosła chińska muzyka. Kilkadziesiąt metrów dalej młody przodownik pracy zawzięcie odkurza (wykurza?) liście z alejek, żeby wycieczkom lepiej się kroczyło, jak rozumiem. Dźwięk, jaki wydaje ta jego dmuchawa wżera mi się do uszu i pozostaje tam przez następne parę godzin. I to jakich godzin.

Czas leci, my idziemy do przodu, starając się uciec przed tą całą kakofonią. Chcemy mieć góry tylko dla siebie. Trasa robi sie coraz piękniejsza, ale i coraz trudniejsza. Spotykamy coraz mniej ludzi. Spoglądamy na zegarek. Jest 14. Nie wiemy dokładnie, ile pozostało nam do przejścia, bo wspomniana wcześniej mapa okazuje się mieć jeszcze jeden, dość istotny, defekt – nie podaje dokładnie odległości. Wiemy natomiast, że jeśli nie zdążymy na kolejkę, to będziemy musieli zostać na noc w jednym z hoteli na górze, albo iść następne 5 kilometrów w dół po ciemku. Druga opcja była zbyt niebezpieczna, a pierwsza niezwykle droga (kosztowałaby nas jakieś dwa tygodnie hostelowych noclegów). W dodatku przepadłyby nam bilety na poranny pociąg do Hangzhou i rezerwacja w tamtejszym hostelu. Trzeba biec. Ale trasa, jak na złość, zrobiła się mało przystępna. Strome stopnie pionowo w górę, pionowo w dół. Po 50. Po 80. Liczę, żeby nie widzieć, ile mi jeszcze zostało.  Nogi odmawiają posłuszeństwa. Siadamy co 10-20 schodków. Czas leci, a kilometrów zdaje się wcale nie ubywać. Zaczyna padać deszcz. Góry wyglądają groźnie. Są wielkie, a my tacy mali i zadyszani. Na trasie jesteśmy tylko my i para młodych Chińczyków. Co kilkanaście minut wymijamy się. Raz oni mają więcej sił, raz my. Uśmiechamy się do siebie, ale oni nie mówią po angielsku, więc nie mamy jak ze soba rozmawiać. A zresztą. Co mielibyśmy sobie powiedziec? Ale ciężko, co? Zimno, nie? Żeby tylko się bardziej nie rozpadało… Wszystko i tak  wiadomo. Też mają niewyraźne miny. Częstują nas ciasteczkami. Cukier stawia nas trochę na nogi i walczymy dalej. Słowo daję, nigdy w życiu nie przeżyłam takiego survivalu. Docieramy do kolejki 38 minut po czasie i zdarza się cud. Huang Shan zaszczyciła swoją obecnością jakaś ważna delegacja partyjnych dygnitarzy i z tej okazji, jako że VIP’y jeszcze się nie pojawiły, kolejka jeździ po godzinach, a nas w holu witają przepiękne niewiasty, odziane w tradycyjne stroje narodowe, przepasane szarfami i uśmiechające się od ucha do ucha uśmiechami przeznaczonymi dla ludzi naprawdę ważnych. Alleluja! [-a.]

Reklamy

komentarze 2 to “Huangshan, czyli przydługawa opowieść o bankomatach, megafonach i chińskim cudzie”

  1. Ewa Ś. 4 grudnia 2010 @ 06:14 #

    o raju, ale akcja. Super piszecie. Chyba tam gdzie „dupa” występuje to Asia?:))

  2. Ewa Ś. 4 grudnia 2010 @ 06:17 #

    ale bardziej ciekawi mnie , czy ten widok jest faktycznie „idealny” i powalający?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: